"Przetarłam córkom szlaki niezależności". Maria Seweryn o macierzyństwie i pracy w teatrze

13 min. czytania
Aktualizacja 05.11.2024
05.11.2024 09:41
Zareaguj Reakcja
---- ----

Czy samotnie wychowująca dzieci mama może się rozwijać zawodowo? Czy da się osiągnąć work-life balance, pracując w teatrze i opiekując się dziećmi? Czy córki wychowuje się tak samo, jak syna? O tym między innymi rozmawia Natalia Waloch z Marią Seweryn, aktorką, reżyserką, mamą trójki dzieci. 

Maria Seweryn
fot. Wojciech Olszanka/East News/ Maria Seweryn
--1-- ----

Natalia Waloch: Dzisiaj moją gościnią jest Maria Seweryn, aktorka, reżyserka związana z warszawskim Och-Teatrem, ale też freelancerka, mama trójki dzieci. Jak tam twój work-life balance? Bo jak się Ciebie przedstawia, to tych ról życiowych jest wiele (śmiech).

Maria Seweryn: Jeśli on w ogóle istnieje (śmiech), to... coraz lepiej, bo uczę się hamować. Zrobiłam sobie rok bez nowych produkcji. Nie chodzi o to, że mam tak dużo pracy, tylko, że od wielu lat żyję z takim lękiem, że muszę robić jakieś nowe rzeczy, bo inaczej stanę w miejscu, bo zabraknie mi pieniędzy, bo zniknę, bo nie będę miała poczucia własnej wartości... Z tego powodu cały czas parłam do przodu i robiłam naprawdę bardzo dużo. Zrozumiałam w pewnym momencie, że muszę wreszcie stanąć, zrobić coś dla siebie, bo mi się wszystko wypaliło w środku. Gdy zaczęłam płakać w samochodzie, jadąc na próbę do teatru, to zrozumiałam, że doszłam do jakiejś ściany. Zrobiłam sobie przerwę w takim sensie, że nie weszłam w tryb twórczy, nie robiłam żadnych nowych rzeczy. Oczywiście nadal grałam (i gram) wiele spektakli.

Po prostu ciągniesz te 63 projekty już zaczęte? (śmiech)

Maria Seweryn: (śmiech) Grałam spektakle, bo kocham to robić, spotykałam się z publicznością i to był fajny rok. To wyhamowanie było dla mnie bardzo dobre.

Totalnie to rozumiem. Konia z rzędem matce pracującej, która nigdy nie płakała w samochodzie, albo na przykład w kolejce w supermarkecie.

Maria Seweryn: Tak, wszystkie to znamy...

Mam wrażenie, że work-life balance to jest jakiś taki święty graal. My go szukamy, ale on nie istnieje. U mnie to polega na zarządzaniu wyrzutami sumienia. Jak zarządzam nimi na tyle dobrze, że się daje żyć, to uważam, że jest balans (śmiech).

Maria Seweryn: To jest bardzo trudne. To w ogóle jest gruby temat. My żyjemy, jak to powiedziałaś, z wyrzutami sumienia, z ciągłym poczuciem winy. Mamy go, gdy chcemy pracować i jednocześnie wychowywać dzieci, gdy chcemy być obecne w ich życiu, a jednocześnie rozwijać się. Wszystkiego nie da się połączyć. To po prostu niemożliwe. Do pewnego momentu twoje dzieci cię potrzebują 24 godziny na dobę. Koniec, kropka. A matki samotnie wychowujące dzieci... Jak Ty mówisz samotna, czy samodzielna? Bo ja przyznam, że nie lubię słowa "dzielna". Nie znoszę, jak ktoś mi mówi: "Jaka ty jesteś dzielna!", wtedy robi się ze mną coś niedobrego, to wzbudza we mnie negatywne uczucia. Sama wychowuję moje dzieci, ale moje córki są już dorosłymi kobietami.

No tak, ale masz za sobą te wszystkie lata, kiedy byłaś z nimi intensywnie. Ten wysiłek nie zniknął...

Maria Seweryn: Nie, on wciąż jest. Każdy z nas, rodziców (i matki, i ojcowie) wychowujących dzieci wiedzą, że są różne chwile. Były i szczęśliwe momenty, i bardzo trudne momenty (tych ostatnich było bardzo wiele), ale teraz, gdy dziewczyny są dorosłe, siadamy przy stole i mamy taki dobry, fajny kontakt. To wszystko przełożyło się na bardzo dobre relacje. To jest dla mnie nagroda za te wszystkie lata. Cieszę się, że mają do mnie zaufanie, że nie mają do mnie pretensji, a nawet jeśli mają, to wiedzą, że mogą mi o tym powiedzieć. To jest piękne. W ogóle nie ma między nami takich blokad. Oczywiście mogą się na mnie wkurzyć, mogą mi coś szczerze powiedzieć, skrytykować i to nie jest żaden problem.

Redakcja poleca

Wychowywałaś dzieci i jednocześnie pracowałaś. Chciałam ciebie zapytać o Twoje motywacje. Co cię pchało do tego, aby jednak nie rezygnować z pracy, z rozwoju, z bycia artystką, z bycia nie tylko matką? Czym praca, sztuka jest dla ciebie, dla Twojej tożsamości?

Maria Seweryn: Bardzo lubię ten zawód, nawet kocham. Próbując w teatrze, grając w teatrze (bo film mnie aż tak nie przytulił, nie polubił, jak teatr), po prostu czuję się szczęśliwa. Te spotkania na żywo z widzami są naprawdę niezwykłą wartością, biorąc pod uwagę, w jakich czasach żyjemy, i w jakim kierunku te relacje międzyludzkie zmierzają. W teatrze jeden człowiek opowiada, drugi słucha, pojawiają się jakieś emocje, przemyślenia. To jest najważniejsze. Mam wrażenie, że teatr jest taki nieskończony w swoich możliwościach, bo on funkcjonuje na naprawdę prostych zasadach, takiej absolutnej umowności. Jeden aktor na Placu Konstytucji, czy na Placu Narutowicza, może opowiedzieć, stworzyć cały świat dla swoich widzów. Ja to po prostu kocham. Może jestem naiwna, ale wciąż wierzę, że teatr może komuś zmienić życie, poprawić nastrój, dać chwilę zapomnienia.

Poza tym, to jest niezwykły przywilej, że całe życie zawodowe zajmujesz się człowiekiem, psychologią, wielkimi tekstami (czasami gorszymi, czasami lepszymi). Dużo czytasz, dużo rozmawiasz... My stale rozmawiamy o tym, czym jest szczęście, miłość, człowiek, co będzie ze światem, po co robić przedstawienia, co ważnego mamy do przekazania. Sama przyznasz, że wielka radość.

Rozumiem to doskonale, bo sama uważam się za osobę uprzywilejowaną. Mogę być dziennikarką i zajmować się światem, jego złożonością. Patrzeć, jak on się zmienia, jak zmieniają się ludzie. To rzeczywiście coś fantastycznego. Ale tak sobie myślę, że kobiety są uwikłane w takie różne role i mamy badzo mało przestrzeni, na to, by zajmować się tym, co z nas, tak z głębi płynie. To jest chyba ważne, aby dopuszczać ten głos, znaleźć temu miejsce.

Maria Seweryn: Tak, to jest bardzo ważne, ale u mnie to chyba jest coś poza zawodem. Ja już na szczęście wychodzę z tego schematu myślenia, że muszę zacisnąć zęby i że ze wszystkim sobie poradzę. U mnie to siedzi gdzieś w środku, pod splotem słonecznym, i wiąże się z głową, sercem, brzuchem. Im jestem starsza, tym bardziej jestem z tym w kontakcie, zaczynam to odkrywać, rozumieć. Bo ja raczej należałam do tych kobiet, dla których wszystko było ważne: dzieci, zadania, pieniądze, ale w tym wszystkim było jakby trochę mniej mnie. Nie miałam czasu, by spojrzeć na siebie i zastanowić się na przykład, na co mam dzisiaj ochotę. Latami o takich rzeczach w ogóle nie myślałam, teraz się to powoli pojawia. Ale to jest bardzo trudne...

Masz rację, bardzo trudne. Przyznam, że jak mam tzw. wolne przebiegi i pytam siebie, co ja bym teraz chciała zrobić, to najczęściej po prostu nie wiem. Jestem tak wytrącona z równowagi, jak ten rozpędzaony koń, którego ktoś nagle chce zatrzymać. A może lepiej, jak ten wół roboczy (lepsze porównanie!). Nie wiem, czego chcę...

Maria Seweryn: Ale nie wiedzieć też jest dobrze...

Ale to nie jest tak, że ja nie wiem, ale zaraz sobie coś wybiorę z tej całej różnorodności świata. Ja naprawdę nie wiem. Czuję, że na chwilę odpuścili mi szychtę, ale ja nie wiem, co ze sobą zrobić... Może posprzątam dzieciom w szafie...

Maria Seweryn: Pojawia się bezradność. Rozumiem to doskonale, ale to jest doskonały trening. Nie wiesz, to nie wiesz. To też jest ok. Siadasz i nadal nie wiesz, ale z tego później mogą wyjść bardzo ciekawe rzeczy. Naprawdę!

Redakcja poleca

Zostałaś mamą jako 22-latka, czyli na maksa szybko. Czy był taki moment, kiedy pomyślałaś: "o kurka, będzie ciężko"?

Maria Seweryn: No pewnie, nie pamiętam dokładnie, kiedy to było i czego dotyczyło, ale były takie momenty, z całą pewnością. Byłam wtedy bardzo zakochana w moim późniejszym mężu. Potwornie zakochana. Jestem taką osobą organiczną. Mniej w tym było rozumu, więcej serca. Zaczęłam mieć takie sny, że nie mogę mieć dziecka. Po kilku takich snach okazało się, że jestem w ciąży. Rozumiesz, to wynikało z jakiegoś głębokiego pragnienia i lęku, że nigdy się to nie wydarzy. Z tego mojego pragnienia urodziła się moja cudowna, absolutnie wspaniała córeczka Lena. Mój wielki skarb. Ale bywało ciężko, no wiesz, dzieci miały dzieci. Taka jest prawda. Musieliśmy po prostu w przyspieszonym tempie dojrzeć, jeśli to w ogóle możliwe. Żyliśmy w takiej trochę nieświadmości.

A opowiesz nam historię, jak poszłaś kiedyś z maluszkiem do szkoły teatralnej? Byłaś wówczas studentką, prawda?

Maria Seweryn: Byłam bardzo szczęśliwa, gdy urodziłam Lenę i bardzo chciałam ją światu pokazać. Ona urodziła się w październiku, czyli mógł to być listopad. Ja byłam w ciąży na trzecim roku w szkole teatralnej, ale jakoś udało mi się pozdawać egzaminy, wszystko dociągnęłam szczęśliwie do końca. Ale wracając do tematu, byłam szczęśliwa, gdy w końcu wyszłam z Leną z domu. Chciałam ją pokazać moim kolegom, koleżankom na roku, nawet cudownym paniom w szatni. Mój rok miał akurat próby do dyplomu w sali teatralnej i ja tam wparowałam. Okazało się, że było to bardzo źle widziane, zostałam wyproszona z sali. Powiedziano mi, że po prostu nie życzą sobie takich scen i żebym sobie zapamiętała, że do pracy nie przyprowadza się dziecka, zwłaszcza do teatru. Jakoś mi to nie grało, bo przecież pamiętam, że jako dziecko wielokrotnie siedziałam w teatrze. Poczułam się strasznie, jak taki nieudacznik... Nagle to nie było moje miejsce. Dodam, że nikt nie powiedział: "nie, nie, no jak tak można?!". Wszyscy przytaknęli, bo takie były czasy. Ale wiesz, co mi to zrobiło? Że jak reżyseruję i jakaś aktorka przyjdzie i powie, że ma problem, że nie ma z kim dziecka zostawić, to ja jej mówię: "nic mnie tak nie cieszy, jak dzieci na próbach". Czasem one próbują, a w nosidełku dziecko. Czasem ja je pobujam, czasem dzieciaki biegają po scenie. Naprawdę sprawia mi to radość.

Staram się unikać pytań o znanych rodziców, ale jesteś córką Krystyny Jandy oraz Andrzeja Seweryna, i wybrałaś ten sam, co oni, zawód. Wyobrażam sobie, że torowanie sobie drogi, jako niezależnej artystce, nie było proste. Jak tutaj sobie z tym radziłaś?

Maria Seweryn: Kończyłam szkołę teatralną, kiedy jeszcze było przyjęte, że dobrze jest mieć etat w teatrze, zakotwiczyć się gdzieś. Posiadanie etatu było dla wybrańców. To był cel, który trzeba było osiągnąć. Obecnie zmieniły się realia, teraz jest kompletnie inaczej, ale wtedy, gdy dostałam propozycję etatu w ogóle się nie zastanawiałam. Trafiłam do tego samego teatru, co moja mama. Myślę, że między innymi z tego powodu wytrzymałam tylko rok na etacie. Potem już nigdy nigdzie nie byłam zatrudniona, zawsze byłam niezależnym bytem, próbującym w różnych miejscach, łączącym się z różnymi grupami artystycznymi. Rzeczywiście bardzo szybko pojawił się u mnie taki odruch, potrzeba separowania się. To było mega trudne. Wiesz dwójka ikon polskiego kina, wspaniałych ludzi. Chyba dlatego tak szybko poszłam do offu i robiłam teatr offowy. To zresztą były początki offu w Polsce. Moim zdaniem, gdybym nie poszła tą drogą, to może bym się nie odnalazła, to znaczy, może by mnie gdzieś tam sponiewierało bardzo. Mam silne poczucie swojej niezależności, ale to świat czasem mi jej nie daje. Zresztą często się śmieje, bo niektórzy ludzie wciąż myślą, że mam tylko 17 lat i nadal jestem małą córką Krystyny Jandy (śmiech).

Wiesz, chyba mogłabym się do tego przyzwyczaić (śmiech). Muszę jeszcze dopytać, jak ta twoja niezależność twórcza rezonuje w Twoich córkach?

Maria Seweryn: One, moim zdaniem, szybciej się orientują i szybciej umieją powiedzieć "nie". Mam poczucie, że przetarłam im te szlaki niezależności. My otwarcie o tym rozmawiamy. One przez lata mnie obserwowały. Myślę, że one więcej wiedzą niż ja wiedziałam w ich wieku.

Ale to dla matki chyba świetna wiadomość, że córki mają trochę lżej, prawda?

Maria Seweryn: Tak, to znaczy, ja nie wiem, czy one mają lżej, ale są chyba bardziej świadome ode mnie.

To Cię jeszcze pociągnę za język, jeśli chodzi o dzieci, bo bycie rodzicem w dzisiejszych czasach nie jest proste. Kiedyś na ręce patrzyła nam tylko jakaś ciotka, sąsiadka, a dzisiaj wszyscy. Każdy upomina, są poradniki, podcasty, internet hejtujący. Czym ty się kierowałaś wychowując dzieci?

Maria Seweryn: Tylko i wyłącznie intuicją, bo wywodzę się z takiego domu, w którym rodzice byli nieobecni. Wychowywałam się w dużej samotności, więc nie miałam takich klasycznych, dobrych wzorców, z których mogłabym czerpać. Wierzę w kontakt z dzieckiem, w otwartość, traktuję dzieci, jak partnerów, ale bez przesady, bo wszystko ma swoje granice.

Przyznam, że boję się rozmawiać o wychowywaniu dzieci, bo to materia skomplikowana i bardzo indywidualna. Każde dziecko jest inne. Jedno wiem: obecność w życiu dziecka, towarzyszenie mu jest najważniejsze. Nie chodzi tylko o obecność fizyczną (choć ona też jest ważna), ale o taką mentalną. Nie możemy chować głowy w piasek (że tak nawiąże do spektaklu "Głowa w piasek"). Jeżeli rozmawiamy z dzieckiem, jest jakiś problem, to my często chcemy załatwić to na raz, a to czasami zajmuje znacznie więcej czasu. Trzeba nauczyć się to wytrzymywać, rozmawiać, wracać do tematu. To jest bardzo trudne. Bardzo. Nie można iść na skróty. W ogóle relacje międzyludzkie są najtrudniejsze i najważniejsze jednocześnie. Ta obecność jest ważna, bo oczywiście zdarzają się chwile trudne, ale też jest wiele chwil szczęścia.

To ja znów przeskoczę to sztuki. Wspomniałaś o swoim spektaklu, który wyreżyserowałaś. Reżyser to trochę taki stereotypowo męski zawód. Pamiętam, że gdy dwa, czy trzy lata temu do szkoły filmowej przyjęli na pierwszy rok reżyserii same dziewczyny, to pytano: "Ale jak to, czy nie było żadnych zdolnych chłopców?" Ale jak przez 40 lat przyjmowano samych chłopców, to nikt nie pytał, czy nie było żadnych zdolnych dziewcząt. To tylko dowodzi, że reżyser jest uważany za zawód męski. Ty do tego zawodu weszłaś. Jak tam jest kobiecie? Czy nadal są jakieś przeszkody?

Maria Seweryn: Nie wiem, jak w filmie, bo tam może być trochę inaczej. Film to jest trochę taki survival, jeśli chodzi o tryb pracy. Natomiast w teatrze jest spokojniej, łagodniej. Mam wrażenie, że tu jest czas. Jest trudno, ale bardziej z takich czysto technicznych powodów. Na temat filmu wolałabym się nie wypowiadać. Tu w teatrze nie czuję, że moja płeć jest problemem, że jestem kobietą. Ale ja też generalnie nie boję się mężczyzn.

Redakcja poleca

A oni ciebie?

Maria Seweryn: No właśnie... oni chyba się trochę boją. Mój ukochany kolega, Adam Sajnuk, reżyser, kiedyś mi powiedział: "Wiesz, że coś takiego się stało, że mężczyźni boją się otworzyć drzwi kobiecie, boją się ją w rękę pocałować. Gdy kobieta mówi za głośno, to też się boją, że ona jest zbyt głośna po prostu". Oni się muszą na nowo odnaleźć (śmiech). Ale też nie przesadzajmy, jest wielu fantastycznych mężczyzn, którzy potrafią się w tym świetnie odnaleźć. O... robiłam kiedyś muzyczne przedstawienie "Edith i Marlene". Ja reżyserowałam i pracowałam nad tekstem, a Janek Młynarski robił aranżację, zajmował się całą sferą muzyczną spektaklu. Musieliśmy się spotkać na scenie, ale nie było tam żadnej próby dominacji, żadnego siłowania się, kto ma rację, a kto nie ma racji. W ogóle nie było takich sytuacji. Mam wrażenie, że raczej to występuje na scenie politycznej, że wielu polityków tak ma, że próbują dominować, ale w teatrze raczej tego nie ma. Może to kwestia środowiska?

Inna rzecz, że wciąż jest problem z płacami. To jest jakiś absurd i nadal w naszym środowisku występuje. Ciągle się z tym zderzamy. Na przykład nagrywamy audiobooki i okazuje się, że kobiety dostają mniej niż mężczyzni. To jest dla mnie kompletnie niezrozumiałe. To jest ta sama praca, więc płaca też powinna taka sama. Różnią się tylko głosy, ktoś ma głos kobiecy, a ktoś ma męski. Próbujemy to regulować, ale to zależy też od różnych firm, od ich sposobu myślenia.

Ty masz dwie córki i syna. Wychowujesz ich tak samo?

Maria Seweryn: A skąd! Znasz tę moją historię? Przyszłam kiedyś do domu, wtedy Lena miała 14-15 lat, a Jadzia był młodsza o 7 lat. To śliczne dziewczynki i do tego wiedzą, jak się zachować. Wtedy zrozumiałam, że ja je źle uczę, że mają się godzić, że muszą ulegać, bo ich maniery właśnie świadczyły o uległości. Ja sama to dyganie wyniosłam z domu. Więc któregoś dnia weszłam do domu, po spektaklu, i mówię: "Usiądźmy w kuchni przy stole, mam wam coś do powiedzenia. Wszystko, co do tej pory mówiłam, że macie być grzeczne, ustępować i w ogóle, to ja tu wycofuję. Walczcie o siebie, róbcie według tego, jak czujecie". Wszystko im odwróciłam i moja Lena, która miała wtedy 14-15, mówi: "Tak mamo, no raczej". Wtedy zrozumiałam, że spoko, że ona to po prostu wie. A Jadzia mówi: "O, to fajnie". Bardzo jej się to spodobało, że nowe możliwości się jej otwierają. To jest rodzinna anegdota, ale to był naprawdę przełomowy moment.

A syn? Jestem w nim zakochana. On ma dwie wspaniałe siostry, więc wychowuje się w świecie kobiet. To już jest kapitał. Widzę, że ja przy nim jestem bardziej obecna. To jest ta różnica w wychowaniu. Kiedy się Och-Teatr otwierał, siedziałam w remoncie przez pół roku, a potem był moment, że trzeba było to otworzyć i rozkręcić. Ja prawie w ogóle stamtąd nie wychodziłam. Był taki moment, że ja swoje dzieci widziałam tylko rano. A sama je wychowywałam! Wstawałam rano, robiłam im śniadanie, odwoziłam do szkoły, a potem, jak do mnie przychodziły do teatru, to je widziałam, bo jak wracałam do domu po spektaklach, to one już spały. Patrząc z perspektywy czasu, zastanawiam się, jak ja mogłam tak żyć. Nie chciałabym tego powtórzyć.

Miałam podobny etap w swoim życiu i tak sobie pomyślałam, że te zabiegane matki, których często nie ma w domu, mają wyrzuty sumienia, że te dzieci, nie mają tych matek na wyciągnięcie dłoni. Ale nikt nie mówi, że to nas też ograbia z czegoś.

Maria Seweryn: Ja to przy synu poczułam. On jest jeszcze mały i myślę sobie: "Boże, nigdy mi się już to nie przytrafi. Ja chcę to mieć, chcę widzieć te postępy, te zmiany w nim, chcę być tego świadoma".

A jakie masz marzenia czy plany na najbliższy czas?

Maria Seweryn: Okazuje się, że gdy odpuszczasz, to przychodzą do ciebie bardzo ciekawe rzeczy. Tak więc spełni się moje ogromne marzenie i będę grała z Janem Peszkiem na scenie. Jestem taka szczęśliwa, bo czekałam na to całe swoje zawodowe życie. Jesteśmy w próbach. Premiera 5 grudnia w Teatrze Polonia. Tekst napisał Jarosław Mikołajewski. Zagra też Małgosia Zajączkowska. Przedstawienie ma tytuł "Sztuka wywiadu". Gram tam dziennikarkę, która przychodzi do wielkiego aktora autoryzować wywiad. Dla mnie to jest niesamowite doświadczenie, nie tylko ze względu na Jana Peszka. Wywodzę się z teatru realistycznego, psychologicznego. To znam bardzo dobrze, a tu wchodzę w świat teatralny Peszków, bo reżyserem tego przedstawienia jest Błażej Peszek. To dla mnie fascynujące. Czuję się tak, jakbym w pewnym sensie od nowa uczyła się tego zawodu.

Bardzo dziękuję za to spotkanie i rozmowę.

To fragment niezwykle ciekawej rozmowy Natalii Woloch z Marią Seweryn. Poniżej cała rozmowa. Zachęcamy do jej odsłuchania.

Redakcja poleca

Źródło: CHILLIZET/ audycja "Po swojemu"/ rozmowę spisała i przeredagowała Monika Karbarczyk