„Jestem chyba trochę oldskulowa”. Rozmowa z Agatą Kuleszą nie tylko o social mediach
Agata Kulesza, jedyna polska aktorka nagrodzona przez Stowarzyszenie Krytyków Filmowych z Los Angeles, była gościnią Maksa Behra w audycji „Zza kulis”. Znana jest przede wszystkim z oscarowego filmu „Ida”, „25 lat niewinności. Sprawa Tomka Komendy”oraz „Zimnej wojny”. To była rozmowa m.in.o dynamice aktorstwa, o tym, dlaczego ciężej jest znieść sukces niż porażkę oraz o social mediach i byciu oldskulowym.
Maks Behr: Jakim była Pani dzieckiem, Pani Agato?
Agata Kulesza: Nieśmiałym.
I ta nieśmiałość polegała głównie na…?
Agata Kulesza: Na wycofaniu. Tak było do siódmego roku życia. Byłam nieśmiałym dzieckiem. Do sklepu spożywczego szłam z kartką, mama pisała co mam kupić, mówiłam tylko cicho „dzień dobry”.
I to „dzień dobry” pomogło później... otworzyć się na dalsze etapy artystyczne i dołączyć do zespołu tańca dziecięcego? Czy właśnie taniec był swego rodzaju sposobem, żeby się nie odzywać, jeśli się nie chciało?
Agata Kulesza: Wydaje mi się, że szybko się zorientowałam w szkole, że jest jakaś dynamika w klasie i że jak tak będę cicho z boku, to mnie zjedzą. Chyba jakiś taki mechanizm obronny mi się odezwał w środku i zaatakowałam. I właściwie później już byłam na pozycji lidera.
I do dzisiaj jest Pani na tej pozycji? Czy są momenty, w których warto odpuszczać? Z czym wiąże się bycie liderką od dziecka?
Agata Kulesza: Nie, odpuszczam chyba bardzo dużo, bo myślę, że się już nasyciłam i pewnie z powodu jakichś deficytów i prymusostwa gnałam i biegłam, żeby gdzieś w tej czołówce znaleźć jakieś dobre miejsca, a teraz myślę, że absolutnie odpuszczam. Chyba się nasyciłam.
Bycie aktorką pomogło w pewnym stopniu spełnić się pod kątem bycia liderką życiową? Od początku wiedziała Pani, że to jest droga, która pomoże się Pani w jakiś sposób nasycić?
Agata Kulesza: Wydaje mi się, że jest coś takiego jak gen występowania i ten gen występowania ja miałam, bo jako dziecko rzeczywiście zapisałam się do domu kultury i tańczyłam w zespole Gama, więc mimo tej nieśmiałości jednak chciałam występować. Śpiewałam w chórze Politechniki Szczecińskiej. Niby bezpiecznie, bo w grupie, ale jednak występowanie. Później zdałam do szkoły teatralnej i cały czas trwam przy tym zawodzie, który bardzo, bardzo kocham i nadal jest moją pasją. Kiedy miałam 16 lat, pomyślałam sobie, że może mogłabym zostać aktorką, ale nie byłam młodą osobą, która startuje w konkursach recytatorskich czy działa w teatrze amatorskim.
Co było Pani pasją od lat młodzieńczych?
Agata Kulesza: Bardzo lubiłam oglądać teatr i marzyłam o tym, żeby być aktorką, ale... nie próbowałam swoich sił tak praktycznie. Myślałam o tym i zdecydowałam się, żeby zdawać do szkoły teatralnej i na dodatek to mi się udało. Myślę, że to był wtedy dla mnie ogromny sukces.
Z perspektywy czasu myślała Pani kiedykolwiek, że to była zła lub bardzo dobra decyzja?
Agata Kulesza: Myślę, że to była bardzo dobra decyzja. Nawet w momentach zwątpienia w moim zawodzie, kiedy na przykład nie miałam pracy i telefon milczał, to dobrze poznałam ten zawód również od strony nieodwzajemnionej miłości. I poznałam też wzajemną miłość w tym zawodzie i uważam, że jest on piękny. Zawsze mnie śmieszy, kiedy moi koledzy lub koleżanki mówią: „Wiesz, tam dziecko chce zostać aktorką. Odradzam”. Nie rozumiem tego. To jest wspaniały zawód. Oczywiście, jeżeli się nie uda, to bywa bardzo ciężki i może trzeba sobie dać spokój, bo to rodzi różne frustracje. Ale jeżeli się uda i ten zawód pokocha nas swoją miłością, to jest przepiękny. Mam takie fajne życie i w takich fajnych miejscach dzięki temu zawodowi byłam, i takich świetnych rzeczy doświadczyłam. Mam do czynienia ze wspaniałymi, kreatywnymi ludźmi. Nie mogę się nachwalić, ale... zdaję sobie sprawę, że aktorstwo bywa bardzo trudne i pamiętajmy o tym, że aktor pracuje na samym sobie, więc nerwy też ma zszargane.
Pani kariera od dekady rozkwita jak piękny kwiat, ale do któregoś momentu była inna.
Agata Kulesza: Była inna. Bardzo dużo grałam w teatrze, może nie miało to takiego przeniesienia ani na telewizję, ani na film, ale zawsze coś tam robiłam i całe życie utrzymywałam się właśnie z tego zawodu. Natomiast to, że telefon nie dzwoni… Ja się bardzo cieszę, że też przez to przeszłam, i oczywiście cieszę się z tego, że zaczął dzwonić. To jest pewna dynamika. Dostajemy się do szkoły teatralnej i w tym momencie wydaje nam się, że jesteśmy wybrańcami. Następuje okres bycia bałwanem, zarozumiałym bucem, któremu się wydaje, że teraz całe aktorstwo polskie i cały świat będzie należał do niego. Ten zawód jest trochę narcystyczny i jak się człowiek dostanie do tej szkoły, to jest rzucony dla tego narcyza jakiś taki pokarm, takie ziarno i się w to idzie. I taka dynamika jest prawidłowa i słuszna.
Bycie aktorskim bałwanem. Co to dokładnie oznacza?
Agata Kulesza: To jest, oczywiście, jakoś urocze. To taki dziwny moment, jak w dojrzewaniu. Gdy dojrzewamy, to jak hormony ruszą, wszyscy mamy okres bycia głupkiem, którym nie wiadomo co rządzi. I jak się człowiek dostanie do szkoły teatralnej, nie mówię, że wszyscy, ale obserwowałam, że jest to pewna zasada, to nagle rozpoczynają się śpiewy na klatkach schodowych w szkole albo w toalecie, bo tam jest fajne echo, i ci wszyscy aktorzy chodzą i śpiewają, i się gimnastykują, i impostują, a legitymacja szkoły teatralnej aż pali w kieszeni, żeby innym pokazać. A później... nadchodzi zupełnie inna rzeczywistość. To jest taki zawód, że mało kto od razu ma sukces, to też pewnie ma jakąś swoją cenę. To jest drogi zawód, jeżeli chodzi o koszta własne – więc albo jest frustracja, że nie umiem, jestem za słaba, muszę udowadniać. Rodzi się żółć, zaczynają się pretensje do wszystkich dookoła. Gdy sukces jest za szybki, to pojawia się nagle za wczesna wiara w to, że jest się wyjątkowym. W sumie jest to zawód jak każdy inny, tyle tylko, że się pojawiamy w telewizji i że ludzie nas rozpoznają. Oczywiście trzeba też sobie zadać pytanie, z jakiego powodu się zostało aktorem.
A w Pani był ten element bałwaństwa?
Agata Kulesza: Był, myślę, że był. Swoje tam w toalecie wyśpiewałam i na klatce schodowej też wyimpostowałam. I był też moment pewnego żalu, że mogłabym więcej grać. Później był ten moment, kiedy już byłam dojrzałą aktorką i, nie lubię tego słowa, ale kariera ruszyła do przodu. Ale z mojego doświadczenia, bo to już jest trzydzieści lat, w 1994 roku skończyłam szkołę teatralną...
Ale debiut był w dziewięćdziesiątym trzecim, o ile dobrze pamiętam.
Agata Kulesza: Albo drugim, tak? Jakoś tak. Możliwe. Byłam po drugim roku. Ale myślę sobie, że, jak patrzę z perspektywy, o dziwo, w tym zawodzie łatwiej jest znieść porażkę niż sukces. Sukces jest bardzo trudny.
A czym ten sukces jest okraszony? Czym wadzi w życiu najmocniej?
Agata Kulesza: Mnie już nie wadzi, bo ja się nauczyłam tym dobrze sterować, ale po pierwsze istnieje naprawdę duże zagrożenie, że uwierzymy w to, że jesteśmy w jakiś dziwny sposób wyjątkowi, a wyjątkowy jest każdy człowiek w swojej wyjątkowości. Miałam też poczucie, że ktoś mi odbiera mnie samą. To znaczy, że na przykład media uważają, że jestem ich własnością, że po jakimś sukcesie, na przykład po „Idzie”, były awantury, dlaczego ja nie daję wywiadów. Nagle wpadłam w pułapkę, że czułam się pozycją, czymś wyciętym z tektury, gdzie miałam do wyboru, że albo zostanę tą pozycją, albo będę próbowała ochronić siebie jako człowieka, żeby nie musieć.
Czy aktorstwo jest dla Pani głównie rzemieślniczym oddaniem się dla sztuki? Czy też jednak w tym zawodzie trzeba się troszkę porozdrabniać? Co niekoniecznie trzeba lubić.
Agata Kulesza: Oczywiście, że tak. Bardzo by było fajnie, idealnie, gdybym ja mogła wykonywać swój zawód i po prostu tylko grać. Ale czasy mamy takie, jakie mamy. Musimy opowiadać o tym, co robimy. Musimy reklamować rzeczy, które zrobiliśmy, więc wszelkie wywiady to jest ciężka praca, ale z drugiej strony to nie jest moja praca. To jest odłam, jakiś kawałek mojego zawodu, z którym się zgadzam i który robię. I rozumiem to, ale moją ulubioną częścią mojego zawodu jest bycie aktorką i granie, tworzenie, kreowanie postaci. Czy to jest rzemiosło? Tak to nazywam, ale od czasu do czasu ma się taką możliwość, kiedy wejdzie się na trochę wyższy poziom i to jest już wtedy poziom sztuki.
Wywiadów nie lubi Pani udzielać? Chyba że są dobre.
Agata Kulesza: Ale udzielam, tak czy siak. To znaczy po pierwsze, czasami się rozgaduję i uważam, że mówię za dużo, później autoryzuję i czasami jestem zła, bo nie podoba mi się to, co zostało napisane i poświęcam temu czas. No i te czasy takiej otwartości... Ja jestem chyba trochę oldskulowa.
Na czym polega ta oldskulowość? Czy to jest w dzisiejszych czasach możliwość bycia sobą i niezgadzanie się z tym, jak świat funkcjonuje?
Agata Kulesza: Nie wiem, czy to jest niezgadzanie się. Świat jest, jaki jest. Świat ma swoją dynamikę. Świat się rozwija. Wszyscy wy młodsi ludzie macie inne mózgi, inaczej przyswajacie. Ja nie przyswajam tak szybko. Ja się bawiłam na podwórku w zupełnie inne rzeczy niż wy. Co innego mnie ukształtowało. Dużo czytałam, inaczej czytałam. Miałam inny rodzaj skupienia. Absolutnie nie mówię, że mój jest lepszy, a wasz jest gorszy. Jesteście po prostu inni. Ale ja chcę żyć po swojemu. I zobaczyć, co jest dla mnie dobre, a co mi przeszkadza. Jeżeli mój mózg nie przyswaja tak szybko jak wasze mózgi, albo ja wolniej czytam te wszystkie komunikaty i obrazki, które nie do końca rozumiem i do tej pory nie wiem, co ta buźka znaczy, a co tamta. I to jest mój wybór. Nie rozumiem tylko – i podkreślam, że nie wartościuję tego – dlaczego ja mam oglądać zdjęcie tego, co ktoś je. Mnie nie interesuje, co kto ma na talerzu. Teraz jest podobno nowa moda, że fotografuje się puste talerze, co opowiedziała mi pewna młoda dziewczyna. Ale pytam: po co? No, że takie było dobre. Ja tego świata w ten sposób nie rozumiem. I nie rozumiem tego, że mam żyć, oglądając świat przez telefon albo tylko fotografując. Jestem przyzwyczajona i najwięcej mam w głowie obrazów z mojego dzieciństwa, które sama zaobserwowałam. Sama. Ja to pamiętam. Nie muszę mieć tego w telefonie. Nie krytykuję tego, bo widzę, że świat taki jest. Widzę zresztą, że również moje koleżanki czy koledzy w moim wieku znajdują w tym jakiś rodzaj przyjemności i życia. To ta intensywność mnie trochę przeraża.
Mówi Pani głównie o social mediach, o używaniu telefonu, o tym, że świat pędzi. Tak to rozumiem. Czyli w takim razie jest pani analogowa?
Agata Kulesza: No nie do końca, przecież mam telefon i oczywiście odbieram mejle i od czasu do czasu też coś tam przesunę, ale Instagrama nie mam.
Czyli kategoryczne nie dla social mediów?
Agata Kulesza: Nie, niekategoryczne, bo je mam i to byłaby jakaś hipokryzja. Od czasu do czasu korzystam, czasami przejrzę je jak gazetę. Ostatnio jak zajrzałam na Facebooka – nie wiem, czy jeszcze ktoś korzysta z Facebooka, ale mam tam znajomych, chyba korzystają – to trochę widzę, że to się zrobiła jakaś gazetka reklamowa. Nawet nie wiem, jak zablokować ten nadmiar, żebym widziała na przykład tylko moich znajomych. Mam piętnaście postów o psach, o podróżach, o dywanach, bo chciałam kupić i szukałam ostatnio, a tylko od czasu do czasu widzę tam post znajomego. I to mnie męczy. I jak to robię, bo rzeczywiście czasami to robię, to mówię sobie: „Naprawdę nie masz nic ważniejszego, fajniejszego do zrobienia w życiu?”. Czasami muszę się zmusić i odciągnąć. Może powodem jest i to, że boję się, że w tym utknę. Że gdybym zaczęła robić te zdjęcia, i te talerze, i to jedzenie, i pisać, gdzie jestem i co widzę, to może bym się uzależniła od tego. Każdy teraz właściwie ma galerię. Co kto namaluje, zrobi jakieś fajne zdjęcie, to to wszystko jest do obejrzenia. Każdy jest artystą, każdy robi filmiki. Każdy pokazuje, gdzie jest. Każdy się uczesał, każdy się wymalował, kupił sobie nowe buty. No, co mnie to obchodzi? To moje niegrzeczne „co mnie to obchodzi” nie jest oczywiście do ludzi, którzy to robią, to jest do mnie samej. Chodzi o świadomość, że mam wybór, co mogę oglądać, co chcę oglądać i co mnie wzbogaca.
Czy uważa Pani, że ten wybór to jest w dzisiejszych czasach przywilej? Bo często w tej chwili jest tak, że kiedy młody aktor, aktorka wchodzą na casting, to po pierwsze, muszą używać social mediów, po drugie, czasami producenci decydują się na konkretne osoby ze względu na zasięgi. To czy to jest łatwiejszy, czy trudniejszy świat?
Agata Kulesza: Myślę, że dla młodych aktorów to jest ich świat, oni w tym wyrośli, więc też mają świadomość, że nawet jeżeli nie mają ochoty prowadzić prywatnie swojego profilu, to pewnie ci bystrzejsi potrafią zrobić z tego jakąś fajną zabawę, żeby te zasięgi zwiększyć. Rzeczywiście to jest wymagane. Ja mam ten przywilej, że jeszcze do tej pory nikt nie nakazał mi stworzenia mojego profilu, żeby... właśnie zrobić duże zasięgi i sprowadzić ludzi na jakiś film.
Pani się da cokolwiek nakazać?
Agata Kulesza: No pewnie się da, bo jeżeli ktoś by mi to wytłumaczył i powiedział, że w ten sposób nam to coś pomoże, to może bym nawet to zrobiła, ale wydaje mi się, że to jest trudne, bo trzeba mieć na to fajny pomysł. Jestem taka, jaka jestem i siebie akceptuję. Widzę, jakie te social media są wciągające. Moja siostra, która jest polonistką, nagrywa rolki, krótkie filmiki o języku polskim. Widzę, ile z tym jest pracy. Trzeba się tego nauczyć, tu coś znika, tam nie znika, a jej uczniowie mówią: „Pani profesor, pani musi robić napisy, bo my to oglądamy w autobusie i czasami nie przez słuchawki, muszą być napisy”. To jest jakiś inny rodzaj komunikowania się, więc jeżeli ja na razie mogę sobie pozwolić na ten luksus, to wybieram drogę komunikacji między mną a widzem poprzez granie.
Dziękuję za szczerość. Kłaniam się nisko.
Całą rozmowę z Agatą Kuleszą można obejrzeć na kanale Chillizet na Youtubie.
Źródło: CHILLIZET / Audycja „Zza kulis” / spisała i zredagowała Aleksandra Sobieraj