„Cały czas wierzę, że wejdę do kawiarni i się zakocham”. Rozmowa z Sebastianem Delą
Sebastian Dela to jeden z tych aktorów młodego pokolenia, którego twarz i talent pamięta się długo po obejrzeniu filmu (ostatnio zagrał w „Błaznach” w reż. Gabrieli Muskały). W audycji „Zza kulis” opowiadał o tym, jak to jest pracować w kopalni soli, dlaczego warto zrezygnować z AWF-u i iść do szkoły filmowej, a także gdzie szuka miłości i dlaczego młodzi ludzie coraz częściej nie są w stanie tworzyć długoletnich związków.
Maks Behr: Często podkreślasz, że jesteś z Wieliczki, a nie z Krakowa. Przywiązujesz dużą wagę do swojego rodzinnego miasta?
Sebastian Dela: Tak. To tam się wszystko zaczęło, tam się czuję najbardziej w domu, mam swoją rodzinę, przyjaciół, których znam najdłużej. Niewątpliwie to dla mnie bardzo ważne miejsce. Uważam, że nie można tak po prostu go zostawić, więc mogę się odpłacić właśnie tą pamięcią i podkreślaniem, skąd jestem.
Ale kiedy tam wracasz, to co ci się przypomina jako pierwsze?
Sebastian Dela: To zależy, z kim się spotkam, bo jednak w Wieliczce były różne grupy: albo ludzie ze szkoły, albo z pracy w kopalni, albo z grupy teatralnej. Ale zawsze wracam z rozrzewnieniem do wspomnień pracy w kopalni soli, ale też do pierwszych podrygów teatralnych w salce pod kościołem Michalitów w Pawlikowicach.
Jakich nietypowych umiejętności można nauczyć się w kopalni soli?
Sebastian Dela: Och, mnóstwa! W kopalni soli można się nauczyć historii Solonii, solizaurów, zobaczyć skarbnika, soliludka, więc zapraszam wszystkie dzieci. I na pewno też kontaktu z człowiekiem, bo jest to miejsce nastawione głównie na turystykę, zwłaszcza dział, w którym pracowałem. Dzięki temu mogłem też odrobinę podszlifować język obcy.
Ale ty chyba nie masz problemu z wychodzeniem do ludzi?
Sebastian Dela: Ostatnio o tym myślałem i... stwierdzam, że jednak sporo mnie to kosztuje, angażuję się zazwyczaj na tyle mocno w rozmowę, w spotkanie, że jest to dla mnie tak intensywne, że później lubię jednak odpocząć w samotności.
Do szkoły teatralnej poszedłeś do Łodzi, nie do Krakowa, choć jesteś z Wieliczki. Miałeś dosyć krakusów czy chciałeś zaczerpnąć troszeczkę świeżego powietrza?
Sebastian Dela: Bardzo bym chciał powiedzieć, że to był mój wybór, ale tak kolorowo, niestety, nie jest. Szkół aktorskich, teatralnych i filmowej w przypadku Łodzi, jest tylko kilka w Polsce, a z ponad 1000 zdających dostaje się nie więcej niż 23. Dostałem się ostatecznie do Łodzi. I bardzo dobrze, bo to jest moje miasto z drugiej komory serca, zaraz po Wieliczce.
Od razu po liceum się udało?
Sebastian Dela: Miałem rok przerwy. Uważam, że ten rok bardzo dużo mi dał i wydaje mi się, że wielu osobom ten rok by się przydał, a czasami tego roku pobycia z samym sobą, kiedy wszystko buzuje, może poznania czegoś innego poza tym, co się zazwyczaj robi, nie ma. Trzeba mieć z czego czerpać, żeby robić aktorstwo, więc ten rok naprawdę dał mi bardzo dużo. A przy okazji poznałem wspaniałych ludzi na AWF-ie, bo przez trzy miesiące studiowałem w Akademii Wychowania Fizycznego. To było miejsce na przeczekanie. Trochę porwałem się z motyką na słońce, bo ja byłem po klasie humanistycznej w liceum, a tu nagle trzeba znać biologię człowieka, wszystkie kości, mięśnie, stawy. Dotrwałem tylko do pierwszego kolokwium.
Kiedy człowiek powinien się zorientować, że za dużo bierze na siebie, że marzenia nie zawsze są w zgodzie z możliwościami, zapasem energetycznym? Czy ty już doznałeś jakiegoś wypalenia?
Sebastian Dela: Nie chciałbym tego nazywać wypaleniem, bo to nie jest tak, że chodzę teraz do pracy za karę czy nie lubię tego, co robię, lub że nie sprawia mi to radości. Absolutnie nie. Ale uświadamiam sobie, że tak naprawdę... to nie jest całe życie. To jest tylko dodatek. Cudowny dodatek, ale tylko dodatek. Mnie trochę już brakuje momentu doświadczania, poznawania czegoś nowego jak podczas tego roku przerwy po liceum. No bo jeżeli przechodzisz z pracy w pracę, to kiedy masz poznać coś innego, czym później wypełnisz kolejną swoją pracę?
A co chciałbyś poznać?
Sebastian Dela: Na przykład chciałbym wyjechać na miesiąc do Szkocji. Nie wiem, dlaczego na miesiąc, ale wydaje mi się, że właśnie przez miesiąc chciałbym zwiedzać Szkocję. Mieszkać w chatce, patrzeć na wodę z kubkiem kawy w ręce.
Potrafisz usiedzieć w jednym miejscu? Lubisz się nudzić? Tak się zatrzymać na chwilę i ciągle od siebie nie wymagać. Bo od stresu też można się uzależnić. On działa jak narkotyk.
Sebastian Dela: O, zdecydowanie. Jestem przekonany, że jestem uzależniony od stresu.
Lubisz się stresować?
Sebastian Dela: Oczywiście, że tak. Jeżeli tylko można przeciągnąć wyjście na pociąg o trzy minutki, żeby jednak nie iść spokojnym tempem, to oczywiście! Żeby jeszcze biec, zastanawiać się, czy zdążę, czy nie! I ta adrenalina: udało się albo, cholera, nie udało się. Tak, zdecydowanie jestem uzależniony od stresu.
A stabilizację lubisz? Mam na myśli ciągłość powtarzalność, schematyczność.
Sebastian Dela: To zależy, o jaki aspekt życia pytasz. Bo jeżeli chodzi o pracę, to nie wyobrażam sobie tego. Pracowałem już na kilku stanowiskach, na których dzień w dzień robiłem to samo. W przypadku turystów zawsze trafił się jakiś dziwny, inny, nowy, więc to jeszcze było to do przejścia, ale kiedy na przykład pakowałem sól do woreczków, a te małe woreczki kilogramowe do większych worków 25-kilogramowych, przenosiłem to na paletę i tak kilka ton dziennie, to chyba bym oszalał. Malowanie płotu? Cały czas to samo, szaleństwo. Ale na przykład mam jakieś swoje rytuały w domu, gdzie wolałbym, żeby nic się nie zmieniało. Bo one są już moje, sprawdzone i je lubię. Więc to zależy.
Jakie są rytuały Sebastiana Deli? Grasz w Fifę, nie odbierasz telefonu, lubisz się wyspać?
Sebastian Dela: Bardzo lubię się wyspać. Ja jestem człowiekiem, który nie ma problemów z zasypianiem w każdym miejscu o każdej porze w każdych warunkach. Więc spanie do oporu. Moi rodzice przez chwilę za dzieciaka myśleli, że mam cukrzycę, bo tak długo spałem zawsze i byłem śnięty. Czasami zdarza mi się nie odpowiadać na telefony, bo po prostu potrzebuję czasu dla siebie. Trochę mam problem z Instagramem, bo kiedy widzę ikonki wiadomości i jest ich więcej niż jedna, to już mnie to przytłacza, paraliżuje.
Mało ciebie w social mediach, to prawda...
Sebastian Dela: Bo ja nie uważam, żebym był na tyle ciekawym człowiekiem, żeby zajmować komuś czas tym, co ja robię, co u mnie... Raczej stronię od tego. Nie tyle kreuję treści, co jeśli już, to je szeruję, jeśli coś jest związane na przykład z pracą. Ale social mediów używam i to, niestety, bardzo dużo. Najgorsze jest to przed snem, jak sobie wezmę na chwilę telefon i co pięć minut myślę: co ja robię ze swoim życiem, ale idę dalej, co ja robię, co ja oglądam, ale idę dalej i tak mija godzina, półtorej. Więc tak, social mediów używam w tym sensie za dużo. Tyle już razy słyszałem, że w tych czasach to jest jednak narzędzie pracy. Chociaż ja wierzę, że nie. Wierzę cały czas, że aktorstwo nie musi polegać na tym, ile mam wyświetleń, ile mam obserwujących. No bo przecież kiedyś tego nie było i robili ludzie świetne rzeczy. A teraz, niestety, bardzo często ludzie się kierują tym, kto ile ma wyświetleń, ile ma obserwujących. I zaryzykuję stwierdzenie, że odbija się to bardzo często na jakości artystycznej.
Uważasz, że jesteś artystą?
Sebastian Dela: Ja mam problem z określaniem siebie jako artysta – nawet trudno mi to przechodzi przez usta. Co innego, kiedy ktoś to o mnie powie. Ja nie mam problemu z tym, żeby ktoś mnie tak nazwał, ale sam o sobie tego nie powiem. Bo uważam, że to dla innych ludzi jest ta moja sztuka, że to oni mogą mnie tak określić. A kiedy mówi się tak o samym sobie – jestem artystą – to jest to dla mnie jakieś bardzo podejrzane. Trąci to samozachwytem.
A jesteś dumny z tego, co udało ci się już zrealizować? Bo masz w środowisku taki trochę pyszałkowato-narcystyczny wizerunek…
Sebastian Dela: Jeszcze bardzo lubię określenie „buńczuczny”. I moje ulubione, że we mnie jest „tyle dezynwoltury”. Bardzo ładne słowa, zapamiętałem je. Bywam też pyskaty. Z profesorami się czasami przepychaliśmy słownie. Ale szkoła filmowa to była też lekcja pokory.
Jakim przyjacielem, partnerem w życiu, w relacjach jest Sebastian Dela? Jakim chciałby być?
Sebastian Dela: Chcę być wspierający, chcę być godny zaufania i… dawno już nie było, słuchaj…
Dawno nie było miłości? A jesteś w ogóle na nią gotowy?
Sebastian Dela: Nie wiem, ale już chyba bardziej nie mogę być gotowy. Ja cały czas szukam, chodzę po kawiarniach, bo cały czas wierzę w to, że wejdę do kawiarni i się zakocham. Więc po prostu chodzę po kawiarniach i już długo chodzę po nich chodzę. Kogo stać na to, żeby pić ciągle kawy po 25 złotych? Może sam muszę założyć kawiarnię.
Może aplikacja randkowa?
Sebastian Dela: Nie, ja nie umiem. W sensie próbowałem, ale nie potrafię tak. Nie umiem po prostu tak rozmawiać. Ja chyba jestem jeszcze starej daty, że chciałbym doświadczyć, pójść do klubu, spotkać się twarzą w twarz, a nie że ja się domyślam, co konkretny emotikon znaczy, bo coraz nowsze są emotikony, dla tej akurat konkretnej osoby, której zupełnie jeszcze nie znam. Albo czy te trzy kropki to jest po prostu taki styl pisania... Nie potrafię w to. Możemy spotkać się na żywo, możemy pogadać, wtedy wyczuć swoją energię nawzajem, intencje.
A jak myślisz, dlaczego młodym ludziom jest tak trudno tworzyć długodystansowe relacje?
Sebastian Dela: Bo jest tyle możliwości. Myślę, że to jest duży problem, ta mnogość możliwości, więc po co się starać, kiedy możemy wymienić, po co naprawiać, zawsze może zdarzyć się coś lepszego, bo… jest tyle możliwości. Nie wyobrażam sobie, żeby przeżyć życie samotnie. Ja bardzo lubię odpoczywać sam, ale nie chcę żyć sam. Zdecydowanie uważam, że tak naprawdę szczęście jest wtedy, kiedy możesz je dzielić z drugą osobą. Więc, jasne, szanuję wszystkich, którzy mając 25 lat mówią, że będą singlami na zawsze i że to jest najlepsze. Ale ja uważam, że szczęście jest wtedy, kiedy masz z kim się nim dzielić i absolutnie nie chcę przeżyć życia sam.
Twój ekranowy image to zły chłopak, zbój z ogoloną głową. A jaki jesteś na co dzień?
Sebastian Dela: Tak, właśnie dlatego tutaj na głowie wszystko odrasta. Teraz chcę jednak postarać się i spróbować przekonać ludzi, że...
...jestem amantem.
Sebastian Dela: Nie wiem, czy dałbym radę z byciem amantem. To byłby chyba duży przeskok, ale przecież bad boy kocha najbardziej, prawda?
Wiadomo! Wariat i bad boy kochają najbardziej.
Sebastian Dela: No i bije najmocniej. Ale nie wiem, czy prywatnie taki jestem. Ja raczej teraz i dawniej jakoś za bardzo nie szukałem zaczepki, awantury, konfliktu. Dobra, konfliktowy byłem. Więc miałem jakąś łatwość do grania wysokich emocji, agresywnych, ale też napatrzyłem się na to w życiu trochę w Krakowie, więc jakoś tak to poszło spod palca. Jasne, że czasami bywałem buńczuczny jak Olo [postać z „Błaznów” – przyp. red.], ale może nie odpowiadałem profesorom, że chcę w życiu palić blanty. Mam nadzieję, że to jest jedyne, co jest we mnie podobnego do Ola.
Wystąpiłeś w dwóch filmach Patryka Wegi: „Pitbull”, „Miłość, seks i pandemia”. Miałeś trochę wątpliwości, że może to w pewien sposób ukształtować początek twojej ścieżki zawodowej?
Sebastian Dela: Patryk w tamtym momencie bardzo mi pomógł. Zaufał przede wszystkim. To było doświadczenie! Ja staram się nie romantyzować tego zawodu. Albo mi wyjdzie w aktorstwie i będę się z tego utrzymywał, albo wrócę na AWF lub do Kopalni Soli w Wieliczce. Może teraz jest trochę lepiej, bo coś już zrobiłem, ludzie mniej więcej trochę kojarzą, że jest ktoś taki jak Sebastian Dela. Ale job is job. Ja studiowałem aktorstwo, żeby być aktorem. I jasne, chciałbym wybierać tylko jakościowe projekty, które są super. Może przyjdzie taki czas. Na razie zbieram na mieszkanie, muszę się utrzymać w Warszawie. Normalne życie.
A jak zareagowałeś na nominację do Węży w kategorii najgorsza rola męska za występ w filmie „Miłość, seks i pandemia”?
Sebastian Dela: Oburzyłem się. Oburzyłem się, ale tylko dlatego, że nie zaprosili mnie na galę. Bo jeżeli miałbym dostać nagrodę, to chciałbym powiedzieć kilka słów. Tutaj nikt nie zaprosił.
Ale robisz swoje?
Sebastian Dela: Tak. Staram się najlepiej, jak potrafię. I żeby nie odlecieć ani w jedną, ani w drugą stronę. Żeby jakiś nieprzychylny komentarz czy właśnie nominacja do Węży nie sprawiła, że się zamknę w sobie i będę przeżywał. To jest tylko praca. Wciąż uczę się tego. I żeby znaleźć moment na życie. Wiem, ile mam szczęścia, ilu ludzi by chciało być na moim miejscu przynajmniej zawodowo, jestem świadomy tego i jestem bardzo wdzięczny każdego dnia za to szczęście, za wspaniałych ludzi, którzy otoczyli mnie opieką, pomogli. Zaufali – to jest dobre słowo. Zdaję sobie sprawę że aktorstwo jest dosyć niewdzięcznym zawodem pod tym względem, że albo się uda, albo się nie uda. Nie wszystkim się udaje. I wiem, że jestem w gronie szczęściarzy, którym się na razie udaje.
Kiedy myślisz o swojej przyszłości, to jaki obrazek widzisz?
Sebastian Dela: Zdarzają się myśli bardzo sztampowe – żona, dzieci – ale na co dzień raczej o tym nie myślę. Staram się żyć z dnia na dzień. Tym, co jest. Staram się nie planować, bo jestem zdania, że lepiej się pozytywnie zaskoczyć, niż niemiło rozczarować.
Piękna puenta. Dziękuję ci bardzo.
Całą rozmowę z Sebastianem Delą można obejrzeć na kanale Chillizet na You Tube'ie.
Źródło: Chillizet / audycja „Zza kulis” / redakcja: Aleksandra Sobieraj