Rozmowa z Agatą Kuleszą o macierzyństwie, przyjaźni i uczuciach. „Wygadałaś się”

11 min. czytania
Aktualizacja 10.09.2024
25.06.2024 20:02
Zareaguj Reakcja
---- ----

Agata Kulesza, jedna z najbardziej znanych i nagradzanych polskich aktorek, była gościnią Maksa Behra w audycji „Zza kulis”. W szczerej rozmowie opowiadała nie tylko o aktorstwie, byciu oldschoolowym i social mediach, ale również o bardzo osobistych sprawach, jak macierzyństwo, przyjaźń czy uczucia. Czy aktorka się wygadała?

Agata Kulesza, aktorka
fot. Artur Zawadzki/REPORTER/East News
--1-- ----

Pierwszą część wywiadu z Agatą Kuleszą można przeczytać w artykule: „Jestem chyba trochę oldschoolowa”. Rozmowa z Agatą Kuleszą nie tylko o social mediach

Maks Behr: Rozmawialiśmy trochę o aktorstwie, a ja bym chciał trochę o macierzyństwie, bo macierzyństwo ostatnio bardzo mocno wybrzmiewał ten temat w pani życiu zawodowym, a w prywatnym chyba zawsze, jeśli się jest mamą. Czym jest dla pani macierzyństwo?

Agata Kulesza: Wydaje mi się, że akurat dla mnie to zupełnie naturalna sprawa. Ja miałam ten instynkt, od razu wiedziałam, że będę chciała mieć dziecko. Mam wspaniałą Mariankę i wydaje mi się, że jestem niezłą matką. Trochę byłam Matką Polką w tym sensie, że nie potrafiłam zostawiać córki. Miałam oczywiście opiekunki, bo pracowałam w teatrze, ale chciałam, żeby ten czas beze mnie był jak najkrótszy. Karmiłam piersią dwa lata i byłam jakaś taka oszalała, ale może tak jest zawsze, jak się ma jedno dziecko. Teraz oglądam macierzyństwo z trochę innej strony, moja córka już jest dorosłą kobietą. Oglądam macierzyństwo przez role, które gram, bo już teraz gram cały czas jakieś matki. Za chwilę wejdę w babki, ale jeszcze nie. Chociaż zagrałam już babkę w „Simonie Kossak”. [Film nie miał jeszcze premiery, zaplanowano ją na 15.11.2024 – przyp. red.]. Dotykam więc przez role różnych matek. Myślę sobie, że wszyscy jesteśmy teraz po różnych terapiach, gdzie pierwsze, co się omawia, to jest matka. Kiedyś matka była święta, nietykalna. Teraz zaczynamy tykać matki. Słusznie zresztą, bo to matka jest osobą, która pierwsza chyba wgrywa nam jakieś oprogramowanie, jakiś software, według którego później się poruszamy. I nawet jeżeli się buntujemy, to myślę, że to bardzo ważne, by w terapii zrozumieć i nie obwiniać matki, tylko zobaczyć jaki jest mechanizm i spróbować go zmienić.

Myślę, że przecież większość matek chce dobrze, ma swoje naleciałości od swoich matek i to tak się kręci i kręci. W teatrze Ateneum gram teraz matkę Stanisława Ignacego Witkiewicza, to jest bardzo trudny tekst o toksycznej relacji między synem a matką. Przy tej roli dużo rozmawiałam z moimi koleżankami, które mają synów, bo jednak relacja między synem a matką i między córką a matką to zupełnie inne historie. Zresztą obserwując moje bliskie koleżanki, które mają synów, widzę, że dla dziewczynek matki są chyba surowsze. Chłopcom wszystko wolno. Zgadzamy się?

Zależy jaką ma się matkę.

Agata Kulesza: A mama rozpieszczała Pana?

Mama jest najcudowniejsza na świecie i dawała zawsze dużo wolności. Ja akurat tę wolność lubię wykorzystywać w dobry sposób. A to trzeba by było mamę zapytać, czy tej wolności było zbyt dużo. Czy mamusia rozpieszcza synka? Nie wydaje mi się, żebym był bardziej rozpieszczony niż moja młodsza siostra. Ale zastanawiało mnie, czy Pani wchodząc w tak różne, jak to Pani ładnie nazwała, oprogramowania, też zagłębia się w to, jak te relacje różnie funkcjonują i patrzy na nie najpierw z perspektywy prywatnego życia, a zawodowego.

Agata Kulesza: Oczywiście, że tak. Na przykład relacja Witkacego z matką była toksyczna. Właściwie to oni i się kochają, i nienawidzą, i chcą osobno żyć, i nie potrafią osobno żyć. Są w jakimś dziwnym uścisku, jakby byli właściwie jedną istotą. I jak tak patrzę na moje koleżanki, to ma wrażenie, że chłopcy chyba więcej manipulują. Co oni tym matkom opowiadają! A one tak święcie w to wierzą... Z tym nie można dyskutować, trzeba to zostawić, a świat dynamicznie wszystko poukłada. Jak się przygotowywaliśmy do tego przedstawienia, czytaliśmy artykuł o tym, że matki często poniżają ojców i wybierają syna. I powstaje wtedy taka dziwna figura, że syn nagle przez matkę jest wyciągnięty na pozycję mężczyzny w domu. I u Witkacego tak mamy. Matka narzeka na nieudanego syna, a jednocześnie widzi w nim swojego męża, którego nie ma, nieobecnego ojca Leona. Więc to jest w ogóle kompletnie zagmatwane, tak jak zresztą większość relacji między ludźmi. Zagrałam też matkę Simony Kossak, Elżbietę Kossak, która była bardzo trudną osobą.

Jaką matką była Elżbieta Kossak?

Agata Kulesza: Bardzo suchą, bardzo surową dla Simony, z książek wynika, że właściwie niedobrą. Można przypuszczać, że ona to robi, żeby chronić Simonę, żeby córka dała sobie radę w świecie, ale metodę wybrała dyskusyjną. Zagrałam też matkę w „Domu Dobrym” u Wojtka Smarzowskiego. To taka nieduża rola pejzażowa, ale jednak dużo dyskutowaliśmy – to film o przemocy domowej – że przemoc ma bardzo różne oblicza. Matka może być oczywiście jawnie przemocowa, a wtedy często dziecko ma gardę ustawioną, umie się bronić, ale istnieje przemoc w białych rękawiczkach, pasywno-agresywna, kiedy nawet jeśli się chwali człowieka, można go ścinać bardzo skutecznie.

Ja sobie zapisałem taki ładny Pani cytat o córce: „Marianka jest wspaniałą dziewczyną, jest moją podporą, motywacją i inspiracją”. Czego ostatnio nauczyła się Pani od córki i czy istnieje możliwość, by ta relacja była w pewnym momencie relacją przyjacielską?

Agata Kulesza: Czy ona jest przyjacielska? Ja nie wiem… Wydaje się, że ja zawsze będę jej mamą, nie mam potrzeby bycia jej przyjaciółką. Jestem matką, z którą się ma bliski kontakt. Mamy bliski kontakt, ale wydaje mi się, że przyjaciółka jest od czego innego. Ona jest osobą, która mnie zadziwia, bo jest bardzo odważna i po pierwsze, budzi to mój wielki zachwyt, że ona nie boi się świata, jest otwarta i wszystkiego próbuje, wszystkiego jest ciekawa, jest pazerna na życie. Ostatnio mnie zdziwiła, bo zabrała do Anglii swój samochód, a tam przecież jest ruch lewostronny. Jak wsiadłam do tego samochodu, byłam przerażona, a ona sobie świetnie radziła z tą kierownicą nie po angielskiej stronie. Naszej przyjaciółce, która z nami jechała, wciąż wydawało się, że wszyscy na nią jadą. Tak, Marianka, jest dla mnie inspirująca, bo ona fajnie sobie siebie wymyśla i fajnie konstruuje swój świat. I lubi ludzi, wszędzie na świecie czuje się u siebie. I to jest bardzo fajne.

Czy Panią jako matkę uczą coś te postaci, które pani odgrywa? Czy można sobie coś zabrać z tego dla siebie?

Agata Kulesza: Sama ze sobą dyskutuję. W jednej ze sztuk w Teatrze Ateneum też gram matkę. To jest jest taki wyciskacz łez, wszyscy płaczą. Mam tam czworo dzieci, dorosłych już i jestem matką kontrolującą, taką, która ma oczekiwania wobec dzieci, właściwie mówi im, jak mają żyć. Kiedy to grałam, zapytałam z lękiem moją Mariankę,czy ja jestem taką matką. Marianka powiedziała, że ja jestem na kompletnie innym biegunie, że kiedy dorastała, to być może dawałam jej za dużo wolności, że czasami miała ulgę, kiedy jej czegoś zakazywałam. I mi się wydaje, że dziecku czasami jest potrzebny nakaz. Bo kiedy ono nie wie, jaką podjąć decyzję, a ktoś zdejmie z niego tę odpowiedzialność, to mu to bardzo pomaga. Gdy mi to powiedziała, poczułam ulgę. Na pewno swoje błędy popełniłam, to się okaże. Chociaż Marianna na razie nie formułuje jakichś zarzutów. Ale tak, przy każdej matce myślę o tym, czy taka jestem.

A ma Pani poczucie, że jest Pani taką figurą aktorską, której przypisane są emocje najtrudniejszego kalibru?

Agata Kulesza: Trochę mam i trochę się z tego cieszę, bo to są wymagające role, ale ciekawe. Oczywiście jak za chwilę mi się znudzi grać matki, to może powiem, że już mi się nie chce i że wolałabym sobie odpocząć. Właściwie wszędzie teraz gram matki.

Kiedy rzuci się na stół hasło „Agata Kulesza”, to onieśmiela to bardzo wiele osób. Sprawia Pani wrażenie osoby poukładanej, bardzo twardej.

Agata Kulesza: Nie, może tak być, że jak się słyszy Agata Kulesza, że to będzie taka surowa osoba, taka zerojedynkowa, może... Ja tak wyglądam. Kamera też we mnie widzi smutek. Więc widocznie taka po prostu jestem. W pracy jestem bardzo asertywna, twarda. W życiu mniej. Ale to, jaka jestem prywatnie, wiedzą moi przyjaciele i to chyba na tym mi zależy, żeby oni mieli dostęp do mnie prawdziwej. Oczywiście, to nie oznacza, że to, co gram, jest nieprawdziwe.

Mam bardzo duże grono przyjaciół i jestem nasycona. Ja nie jestem osobą ani chłodną, ani surową, ani niewrażliwą. Myślę, że też przez różne rzeczy, przez różne okoliczności pewnie też gdzieś tam stwardniałam. I wiem jak się bronić przed różnymi ciosami, bo sobie to wypracowałam, ale to jest moja praca. Ale jeżeli z kimś jestem blisko, to daję mu do siebie dostęp. I dbam o to, żeby ta relacja była prawdziwa, z moimi zaletami i z moimi wadami. Daję mu dostęp do siebie. A czy jako aktorka? Nie wiem. Czasami ludzie chcą mnie przytulać, to jest częste, że kobiety mówią: czy mogę panią przytulić. To jest wielkie szczęście, że oni reagują na to, co ja robię w pracy.

A czy sztuka jest na tyle uwalniająca, zawód aktorki na tyle terapeutyczny, że można jednocześnie oddać się mu całkowicie, a jeszcze zadbać o siebie?

Agata Kulesza: Myślę, że tak. Gdy na przykład przechodziłam trudne momenty w życiu, to bardzo dużo rzeczy, nagromadzenie emocji wyrzucałam na scenie, mimo tego, że przekładałam to na emocje, które potrzebne były w sztuce. One wychodziły. W jakiś sposób siebie czyściłam. Teatr w ogóle jest bardzo terapeutyczny.

A kiedy jest się na scenie, to myśli Pani o tym, żeby publiczność też w jakiś sposób się sterapeutyzowała? Czy z perspektywy sceny myśl jest zawsze o tym, by jak najlepiej wejść w postać? Na pewno jakoś jest Pani też trochę dyrygentem...

Agata Kulesza: Jestem dyrygentem, ale piękno teatru polega również na tym, że jest to wymiana energetyczna między nami. Ja nie jestem tam sama, nie mam szklanego ekranu przed sobą, tylko jesteśmy razem. Kiedy wychodzę na scenę, to bardzo często wiem, czy publiczność jest ze mną, czy nie. Ja wiem, czy oni się nudzą. Wiem, czy oni ze mną oddychają. I jeżeli są skupieni, to wiem, że mogę spokojniej i trochę inaczej grać. Jeżeli jeszcze latają, muszę ich skupić i czasami się nie chwycimy, nie zahaczymy się. Widzę, że ja ich nie interesuję i w tym momencie oni mnie złoszczą i mi się też wtedy nie chce im nic dawać. Naprawdę taka relacja z widownią jest bardzo ciekawa.

A czym jest dla Pani przyjaźń?

Agata Kulesza: Przyjaźń? To jest jedna z najważniejszych relacji, jaka może być w życiu.

Dlaczego jedna z?

Agata Kulesza: Bo jest jeszcze miłość, która jest wspaniała. Relacja z rodzicami bardzo ważna... Przyjaźń to jest coś, co wydaje mi się w wielu momentach życia najważniejsze, dlatego że o to można zadbać. Może to nieodpowiedzialne, co teraz powiem, ale może się tak zdarzyć, że ktoś przejdzie przez swoje życie bez miłości. Bo mu się nie zdarzy, ale przyjaźń jest w twoich rękach. Możesz wybrać tego człowieka i razem z nim popracować, żebyście się zaprzyjaźnili i byli ze sobą razem. To jest coś, co można stworzyć.

W jaki sposób najlepiej z Pani perspektywy?

Agata Kulesza: Uważnością, czułością do drugiego człowieka, dbałością, szczerością, otwartością. Oczywiście, że szukamy też takich ludzi, którzy jakby chemicznie nam odpowiadają, ale chodzi o to, żeby później tego nie zaniedbać.

Podobno jak się ma zdrowie i przyjaźń, to wszystko się w życiu da.

Agata Kulesza: Też tak uważam.

Mówi Pani, że Pani dom jest domem bardzo otwartym. Na czym to polega?

Agata Kulesza: Myślę, że on zawsze był otwarty i nawet jeszcze jak Marianka z nami mieszkała, to ja po butach wiedziałam, ile dzieciaków u nas śpi. Nawet jej zmieniłam łóżko, żeby miała większe, bo często te dzieciaki mieszkały poza Warszawą, więc jak już było późno, to spały u nas. I lubiłam to. One też lubiły być u nas i nigdy nie wiadomo było, kogo się przy lodówce spotka. To było fajne.

Mój dom jest taki, że do mnie zawsze można wpaść. Często robimy tak, że umawiamy się z moimi przyjaciółmi albo na jakieś jedzenie, albo robimy pasztety przed Wielkanocą, albo bigosy przed Bożym Narodzeniem, albo robimy pączki. To są takie imprezy. Albo malowaliśmy razem obrazy. I nawet jak mieszkałam w małym mieszkanku, to się śmialiśmy, że metraż nie ma żadnego znaczenia. Nie jest tak, że robię imprezy na 30 osób, ale jak ktoś zadzwoni i pyta: „Mogę przyjść?”, to jeżeli mam wolne, to oczywiście zapraszam. Ale też w przyjaźni jest tak, że jeżeli powiem, że nie mam dzisiaj siły, muszę pobyć sama, to przyjaciel mnie zrozumie. Możemy też się umówić na jakiś wspólny film.

Pani żyje trochę w kolektywie z ludźmi i to jest fajniejszy pomysł na życie według Pani?

Agata Kulesza: Ja bardzo lubię być sama ze sobą i nawet tak sobie czasami myślę, że mi czasu zabraknie, żeby zrobić te wszystkie rzeczy, które mam zaplanowane, ale jednocześnie wiem, że są takie sytuacje, kiedy bez ludzi nie dałoby się rady. Teraz na przykład obmyślamy z moimi przyjaciółmi, jak to zrobić, żeby naszą starością nie zepsuć życia naszym dzieciom. I naprawdę zastanawiamy się nad tym, jak to by było fajnie zbudować sobie taki wspólny dom starców. Jedna moja przyjaciółka mówi, musi być jedna kuchnia, może nawet między naszymi pokojami powinniśmy zbudować basen, bo może ktoś nie będzie chodził, to żeby dopłynął na materacu na wspólne spotkanie. Śmiejemy się, żebyśmy razem stracili pamięć i mogli sobie opowiadać codziennie te same anegdoty i nikt nie będzie mówił do drugiego: już to mówiłeś.

A jak pani dba o swój balans i świeżość umysłu? Bo przy takim ciągłym wyciskaniu siebie jak gąbkę trzeba mieć jakieś patenty.

Agata Kulesza: Różne mam. Czytam książki. Czasami po książce widzę, że nie daję rady, że jest rodzaj takiego rozedrgania, że nie mogę się skoncentrować. Wtedy się denerwuję trochę, ale idę albo na taras, albo pooglądać trochę zielonego. Ja bardzo lubię też ptaki oglądać, takie w mieście. Na przykład gdy muszę się wyciszyć, słucham podcastów, ale takich, które mnie nie denerwują. Teraz na przykład... słucham podcastu „Ze stoickim spokojem” dr. Tomasza Mazura, praktykującego stoika. Tylko on mówi tak fajnie, że czasami jak wieczorem to puszczę, to muszę rano tego odsłuchać na nowo, bo zasypiam. Bo taki spokój bije z tego, jak i co on mówi, to jest takie ciekawe.

Pani jest pracoholiczką?

Agata Kulesza: Jeżeli chodzi o mój zawód, to istnieje podejrzenie, że tak. Ale umiem odpoczywać. I to nie jest tak, że na przykład teraz miałam dwa tygodnie wolnego i wiedziałam, że jeszcze tydzień by mi się przydał. Czyli gdybym była pracoholiczką, to nie wytrzymałabym. Ja jestem pracowita w pracy, jestem rzetelna, też się trochę wygłupiam, lubię tę atmosferę planu i żartuję sporo, ale tak, mogę pracować długo.

A pani stosunek do nagród i pochwał zmienia się z perspektywy lat? Bo kiedyś sukces Panią przytłaczał, a dzisiaj się Pani tym cieszy.

Agata Kulesza: Bardzo się cieszę. Nawet ostatnio układałam książki i nagrody. Kiedyś miałam te nagrody w kuchni, tak między takimi słoikami. I mówię: czemu tak chciałaś zanegować te nagrody? Przecież się uciesz z tych nagród. Naprawdę, nie musisz się wstydzić, że masz nagrody. I nagle je powyciągałam i pomyślałam sobie, że mam jeszcze taką jedną nagrodę, którą nie wiem, czy ktoś w Polsce ma. Wszystkie nagrody są ważne, ale ta nagroda krytyków z Los Angeles jest wyjątkowa. Jednak ta wyjątkowość czasami człowiekowi jest potrzebna.

A jaki tytuł dałaby pani naszej dzisiejszej rozmowie?

Wygadałaś się.

W swoim notatniku, który pisała Pani mając lat 14-15, spisywała Pani między innymi swoje marzenia. Jedno z nich brzmiało: „Chciałabym kiedyś zostać wielką aktorką”. Czy czuje Pani, że to marzenie się udało zrealizować?

Myślę, że jestem zaskoczona jak daleko zaszłam.

Całej rozmowy z Maksa Behra z Agatą Kuleszą można wysłuchać na kanale Chillizet na You Tubie.

Oglądaj

Redakcja poleca

Źródło: CHILLIZET / audycja „Zza kulis” / spisała i zredagowała Aleksandra Sobieraj