Dlaczego boimy się odrzucenia? Katarzyna Miller: Bo jesteśmy uzależnieni... od oceny
Odrzucenie budzi w nas ogromny lęk, który często wiąże się z naszym dzieciństwem. To jak sobie z nim radzimy, zależy od tego, jakie mamy zasoby. Niektórym cały świat się rozlatuje, inni cierpią, ale wiedzą, że to chwilowe – tłumaczy Katarzyna Miller, psycholożka, psychoterapeutka, autorka wielu książek i podcastów. Dowiedz się, skąd się bierze w nas lęk przed odrzuceniem? Jak sobie z nim poradzić.
Jeremi Pedowicz: Tematem naszej rozmowy będzie odrzucenie. Wiele osób boi się tego doświadczenia...
Katarzyna Miller: Odrzucenie jest tematem bardzo ważnym, bo jednym z naszych największych lęków jest właśnie lęk przed odrzuceniem. On się oczywiście wiąże z dzieciństwem i z tym, czy czuliśmy się naprawdę akceptowani, przyjęci, witani na tym świecie, a także z tym, czy nasi rodzice lub opiekunowie zajmowali się nami w sposób, który nas wypełnił poczuciem, że jesteśmy wystarczająco chciani i fajnie, że w ogóle jesteśmy.
Jeremi Pedowicz: Zastanawiam się, czy z perspektywy psychologa, psychoterapeuty, pracuje się podobnie z osobami, które muszą sobie poradzić po rozstaniu długoletniego związku, po zawodzie związanym z miłością, która nie doszła do skutku, czy zwolnieniem z pracy, w której spędziło się wiele lat?
Katarzyna Miller: Te wszystkie odrzucenia są istotne i przykre. Oczywiście ludzie różnie reagują, zależnie od swoich zasobów i od tego, co dostali. Jedni mają poczucie, że świat się skończył, że wszystko się rozlatuje. Inni wiedzą, że to są chwilowe sytuacje i że trzeba przecierpieć jakiś moment dyskomfortu, bo on jest zawsze. Odrzucenie, nawet dla ludzi, którzy są pewni siebie, też jest przykre. Przykro jest usłyszeć, gdy ktoś nam mówi: "już cię nie kocham" lub "nigdy cię nie pokocham", albo "dziękujemy ci za pracę, już cię nie potrzebujemy".
Natomiast chciałabym podkreślić, że niektóre osoby boją się tych odrzuceń w każdym momencie swojego życia. Jeśli są osoby, które mają taki rozległy lęk przed odrzuceniem, to na przykład, gdy ktoś nie popatrzy niewystarczająco długo, to u nich od razu wyzwalają się takie myśli: "ja się dla niego/niej nie liczę", "on/ona mnie nie widzi", "nie jestem dla nich ważna", "nie obchodzę ich", "nie potrzebuję mnie". Taki człowiek ma w sobie bardzo dużo pewności, że jest niepotrzebny, więc cokolwiek zrobią inni, on będzie to brał do siebie. To zresztą ciekawy przypadek, bo taka osoba czuje się, jak pępek świata. Ktoś się śmieje po drugiej stronie ulicy, a ona myśli: "to ze mnie!". Ofiary takiego lęku w sposób niewystarczająco leczniczy kompensują sobie te obawy tym, że są najważniejsze, ale negatywnie najważniejsze, czyli myślą, że nikt mnie nie kocha, nikt mnie nie lubi, wszyscy mi źle życzą, nic mi się na uda, na pewno mnie nie zechcą i tak dalej.
Jeremi Pedowicz: A jak można pomóc tym osobom?
Katarzyna Miller: Najpierw taki lęk trzeba przede wszystkim zdiagnozować, bo nie zawsze wiemy, że to jest naprawdę to. Czasami mamy poczucie, że to nie jest żaden nasz lęk, tylko że świat jest taki paskudny, prawda? To inni robią wszystko źle.
Jeremi Pedowicz: A czy to nie jest w tym momencie racjonalizacja? Staram się po prostu stworzyć jakąś konstrukcję, która ma mnie uratować?
Katarzyna Miller: Oczywiście, że tak. Myślimy, że świat jest paskudny, ludzie są świnie, a ja jestem wrażliwą istotą, delikatną albo bardzo niedocenioną. Różnie sobie ludzie radzą z tym, że czują te przykre rzeczy. Najpierw więc trzeba to zdiagnozować, zobaczyć, w jakim zakresie się to czuje, w czym nam to przeszkadza, a w czym pomaga. To jest dla ludzi coś zaskakującego. Gdy pada pytanie: "co stracisz, jak stracisz ten lęk?", odpowiadają: "nic, będzie mi świetnie, będę się fantastycznie czuć, będę pewna siebie, będę wiedział, co robić". No, nie będziesz wiedział od razu. To jest duży problem. Jeśli taka osoba będzie powoli, powoli wydostawać się z lęku, to jednocześnie musi powoli, sumiennie i wytrwale uczyć się zastępstwa za lęk, czyli tego, co się robi, kiedy się człowiek nie boi. Na przykład ma taki lęk, że pójdzie załatwić jakieś sprawy i nic mu nie wyjdzie, że potraktują go gorzej niż innych. Co można w takiej sytuacji zrobić? Trzeba zacząć zachowywać się tak, jakbyśmy mogli tę sprawę załatwić. Idź do urzędu i umów się sam ze sobą, że jeśli coś od razu nie wyjdzie, to ty się tym nie zdziwisz, nie przejmiesz. To działa jak takie odczulanie i jest w tym trochę metody poznawczo-behawioralnej. Robimy to, czego się boimy. Jeśli dziecko boi się dotykać pieska, to my mu w bezpieczny sposób, powolutku, podsuwamy tego pieska, by mógł go pogłaskać i zobaczyć, że to może być przyjemne i nic złego się nie stanie. To jest metoda, którą można samemu stosować, o ile człowiek zechce być dla siebie przewodnikiem i przyjacielem. Musimy się tego nauczyć. Oczywiście wokół nas są ludzie, którzy są dla nas mili i przyjaźni, ale jeśli mamy takie nastawienie, że wszystko jest do kitu, to ich nie zauważamy, albo nie doceniamy.
Jeremi Pedowicz: Są osoby, które chcą wyzwolić się z tego lęku i zacząć działać prężnie, rzetelnie i sumienie, ale wydaje mi się, że jest też drugi typ osób, które w pewnym sensie ekscytują się swoim cierpieniem i nie chcą z tego wychodzić, bo to sprawia, że one czują się lepiej niż inni.
Katarzyna Miller: Ma pan rację, nie chcą. To są takie ofiary, które "ssą" te osoby, które opiekują się nimi, które współczują im i... nie wymagają za dużo. Bo to jest fajne, prawda? "Jestem taka biedna, taka nieporadna", to znajdzie się ktoś, kto zrobi za mnie wszystko, albo przestanie ode mnie wymagać. Ja to nazywam krzywym interesem, bo co prawda nie mam satysfakcji z siebie, jako osoby twórczej, czy autorskiej, ale mam to, że robią za mnie, a ja nic nie muszę. Zaczynam się do tego przyzwyczajać i potem za nic nie chcę tego oddać. A wie Pan, jak ktoś nie chce czegoś oddać, to nie odda. Tu żaden psychoterapeuta nie pomoże. Poza tym, terapeuci nie są od tego, żeby przerabiać człowieka, tylko po to, aby współtworzyć z nim to, co on chce zmienić.
Jeremi Pedowicz: Mam takie wrażenie, że wiele z tych osób ma takie natrętne myśli, właściwie takie scenariusze dotyczące osoby, którą kocha, albo koleżanek w pracy, czy kolegów w szkole. Jak uciec od takich schematów myślowych?
Katarzyna Miller: Znowu wracam do tego, co przed chwilą mówiłam. Jeżeli nam to coś daje, to naprawdę bardziej chcemy dostawać te "zyski", nawet jeśli one są zastępcze, niż ponosić "koszty i wysiłek" do zmiany. Natomiast, jeżeli mamy dość, kiedy uświadamiamy sobie, że już czegoś nie chcemy, bo już nam się to nie opłaca (to jest myśl tzw. dorosłego wewnętrznego). Tu taka dygresja, w Polsce za rzadko mówimy "nie opłaca mi się już", bo jesteśmy tak wychowywani. Nie uczy się nas myślenia dorosłego, tylko myślenia dziecka, które słucha rodzica. To jest nasze nieszczęście duże. Pewnie zresztą nie tylko u nas. Wracając do temu, jeśli ktoś mówi: "ja już naprawdę nie zyskuję, tylko więcej tracę", no to wtedy warto się przestawiać. Przede wszystkim trzeba się rozejrzeć i zacząć troszkę inaczej patrzeć i diagnozować. My w ogóle nadajemy znaczenie temu, co robimy. To jest podstawa naszego życia wewnętrznego – ja sobie nazywam, jaki ten mój świat jest. Pan mówi o takich natrętnościach i o takich powtarzalnościach. Niesamowicie dużo ludzi mówi sobie: "ja tak wszystko sobie analizuję, tak się zastanawiam, ale nic z tego nie wynika". Na okrągło to samo, w dodatku w stronę negatywną. W ogóle negatywizm jest naszym przekleństwem. To, że my mało mówimy sobie dobrych rzeczy, innym ludziom zresztą też. My siebie nie doceniamy, my przeważnie siebie tylko poganiamy. Oczywiście są ludzie w miarę z siebie zadowoleni i super. Zresztą terapia ku temu prowadzi, abyśmy siebie akceptowali i pozwalali sobie na bycie takimi, jakimi jesteśmy. Abyśmy przyznali, że mu też mamy prawo do błędów, do tego, że jeśli mi coś nie pasuje, to mogę to zmienić.
I tu pojawia się coś takiego, jak cyrkulowanie, które zdejmuje nas zdejmuje odpowiedzialność. Nie ma odpowiedzialności, jeżeli się boję, że mi nie wyjdzie. To jest taki syndrom, że ludzie się boją lęku, czyli boją się bania. Każdy zdrowy, normalny człowiek się czegoś boi i to jest słuszne, bo czasem jest się czego bać, prawda? Natomiast jeżeli ktoś ma bardzo mocno wdrukowany system zrzucania z siebie odpowiedzialności, bo "urzędnicy są nieżyczliwi", "nikt mnie nie lubi, więc mi nie pomoże", a co za tym idzie pojawia się myśl: "po co będę się do tego zabierał, skoro i tak mi nie wyjdzie". To jest z góry spełniająca się przepowiednia. Najpierw więc trzeba pozwolić sobie na zdjęcie z głowy, czy z oczu watę, którą sobie wkładamy, by nie zobaczyć prawdy, że jesteśmy tacy, jak inni. Nie jesteśmy żadnymi potworami. Przeważnie mamy wszystko, co jest nam potrzebne do życia, tylko tego nie używamy, bo nas skrzywdzowno. Ta krzywda jest takim nieustannym wytłumaczeniem, prawda?
Jeremi Pedowicz: A czy możemy postrzegać radzenie sobie z odrzuceniem na zasadzie żałoby i pięciu kroków, które się z tym wiążą?
Katarzyna Miller: Możemy. To jest bardzo ładny pomysł, muszę panu powiedzieć. Twórczy. Trzeba sobie odżałować swój styl myślenia albo swoją przeszłość. Bo to jest tak, że jeżeli znaleźliśmy jako dziecko jakąś strategię przetrwania (to jest bardzo ważne pojęcie!), na przykład, że będę ofiarą. Dodam tylko, że tego typu strategię przetrwania wybierają osoby, które są wrażliwe, delikatne, które nie mają w sobie buntu, siły, bo na przykład tak zostały "zgniecione" jako dzieci. Ta strategia jest inwestycją, w którą włożyliśmy sporo energii, dopieszczaliśmy tę rolę. Jeśli trzeba się z nią rozstać, to warto ją pogrzebać, zorganizować jej uroczystość pogrzebową. Na terapii, zwłaszcza grupowej, cudnie wychodzą takie rzeczy. Przygotowuje się taki uroczysty pogrzeb tej "ofiary", ona idzie do tej ziemi, my powiemy o niej parę dobrych słów, życzymy jej, aby w tym innym świecie się lepiej czuła. Ten sam akt jest ważny i ma leczniczą moc. Potem należy też pamiętać o tych 5 stopniach żałoby, czyli musi pojawić się zaprzeczenie, złość, niechęć, a później ukojenie i zgoda.
Musimy pamiętać, że człowiek się nie rodzi, by być ofiarą. Człowiek rodzi się wrażliwy, delikatny i twórczy. Musi zobaczyć, że to myślenie "jestem do dupy", nie jest jego, to jest jakaś naleciałość.
Jeremi Pedowicz: Jeżeli mówimy o ludziach wrażliwych, którzy doświadczają odrzucenia, stają się ofiarą i zaczynają wokół siebie tworzyć taką skorupę, zamykają się, to czy ona też nie zamyka ich na inne bodźce, na przykład szczęście?
Katarzyna Miller: Ależ oczywiście. Niektórzy tworzą skorupę pod tytułem: "Nie chcę nic czuć" i stają się takim robotem trochę, ale to nie jest typ ofiary, tylko typ robota. A robot nie zbiera opieki, a robot zbiera raczej uznanie za to, co zrobił. Natomiast, jeżeli to idzie w taką stronę: "pokażę wam, jaka jestem biedna, nie kopcie mnie, nie zrobię wam krzywdy", to jest to typ ofiary. Jeżeli zaczynamy wytłumiać w sobie uczucia bólu, smutku, rozpaczy, no to też nie czujemy przyjemności, zadowolenia i radości.
Gdy ktoś przychodzi do mnie i mówi, że nie pamięta, co się działo w dzieciństwie, to ja już wiem, że było bardzo trudno i udało się zapomnieć. Ludzie sobie czasem myślą: "skończę szkołę, jakoś przez to przebrnę, a potem pójdę na swoje i jakoś lepiej się urządzę". I robią to! Jest wielu zdolnych, mądrych ludzi, którzy byli krzywdzeni, ale poradzili sobie w życiu. Muszę dodać jeszcze jedną dygresję, gdy myślimy o krzywdzie, to myślimy, że ktoś był na przykład bity. Ale to nie tylko to! Skrzywdzić można też psychicznie. Niektóre rodziny wydają się cudowne, a są dla dzieci wykańczające. Teraz taki człowiek, który jest emocjonalnie ze sobą samym nieszczęśliwy, bardzo często ma zdolności i zrobi profesurę, zrobi trzy doktoraty, zrobi trzy zawody, pokaże, że potrafi w czymś być najlepszy. Zbiera dowody na to. Ale wciąż mu czegoś brak...
Jeremi Pedowicz: A propos tych braków. Czasami mierząc się z odrzuceniem, możemy również tracić poczucie swojej kobiecości, czy męskości. Czy odbudowywanie tych cech jest związane z odbudowaniem pewności siebie?
Katarzyna Miller: Od czego się zacznie, to się zacznie, byle się od czegoś zaczęło. Zawsze pewność siebie, niezależnie od tego, czy dotyczy naszych zdolności intelektualnych, czy fizycznych, musi się podbudować taką pewnością wewnętrzną na temat siebie samego.
Musimy siebie zauważać jako "ja". W angielskim to się "self" nazywa, by nie tłumaczyć tego jako ego. Bo chodzi o takie "ja" wewnętrzne. Pozwala zastanowić się, na czym nam zależy. Bo dziecko, które jest hodowane, tresowane, nie wie, na czym mu zależy, bo jemu nie pozwolono wiedzieć. Bo jak biegało, to mówiono: "przestań biegać", jak się śmiało, to mówiono: "co się tak śmiejesz?", jak siedziało cicho, to "dlaczego milczysz?". Każdy z nas tego doświadczał i lepiej lub gorzej sobie z tym radził. Jeśli to było przykre i bolesne, to się nie chce o tym pamiętać, ale w podświadomości pozostaje taka myśl, że "świat czegoś ode mnie stale oczekuje". Do tego dochodzi ten ciągły lęk, niepewność – ten zestaw emocji straszliwie dużo kosztuje.
Jeremi Pedowicz: Z miłością jest trochę tak, jak z uzależnieniem. Pytanie, czy osoby wrażliwe na uzależnienia, mają również skłonność do tego, aby bardziej cierpieć przy odrzuceniu?
Katarzyna Miller: W tej cywilizacji właściwie wszyscy jesteśmy uzależnieni. Uzależnieni od... oceny, czyli tego, jak nas widzą i jak o nas myślą inne osoby. Jesteśmy też uzależnieni od działania, czyli takiego poczucia, że zawsze jeszcze można coś zrobić, gdzieś zdążyć, zobaczyć, udowodnić, że po coś się żyje. Nie znoszę tego. Jak to słyszę, to zawsze odpowiadam: "żyjesz dla życia". Zacznij się cieszyć tym co masz! Ci ludzie mają wszystko to, co do życia jest im potrzebne, ale cały czas czują, że czegoś im brakuje. Napisałam taką książkę "Chcę być kochana, tak jak chcę", bo człowiek potrzebuje dostać miłość, akceptację i szacunek, tak jak to go potrzebuje. Mamy taki swój koszyczek i zbieramy do niego komplementy, uznanie, dowody na różne rzeczy, ale czasami ten koszyczek nie ma dna i wszystko przez niego przelatuje. Dlatego ciągle czekamy na nowe wyrazy uznania, czy ci się podobam, czy szef mnie doceni, czy mi chłopak powie, że jestem cudna. Powie... przez sekundę będzie przyjemnie, ale potem to uczucie zniknie. Więc czekamy aż inni nam powiedzą, udowodnią, że jesteśmy ważni. Ale prawda jest taka, że nikt tego nie udowodni, możemy zrobić to tylko sami sobie. Musisz uwierzyć, że to, co ludzie mówią jest prawdziwe. Często dziewczyny mówią: "Czy ja się mu podobam?", wtedy pytam: "A umówił się z Tobą?". Jak się umówił, to mu się podobasz. Żaden facet się nie poświęca, nie idzie na randkę, jeśli mu się nie podobasz. Ale ona jest głodna dowodów, komplementów. Bo jej koszyczek jest stale pusty.
Jeremi Pedowicz: Istnieje coś takiego, jak "języki miłości" i zastanawiam się, czy osoba, która czuje się w pewnym sensie odrzucona w związku, posługuje się innym językiem miłości?
Katarzyna Miller: Może tak być, oczywiście!
Jeremi Pedowicz: Czyli należałoby się takiego języka miłości drugiej osoby nauczyć?
Katarzyna Miller: Ależ my musimy przyjąć do głowy, serca, czy brzucha, że to nie jest tak, że tylko nasz język miłości się liczy. Czasami kobieta mówi: "Ty mi nie mówisz, że mnie kochasz", a on jej odpowiada: "No przecież się z tobą ożeniłem, do żadnej innej nie poszedłem. Przychodzę tu codziennie z pracy, jestem z tobą, z dziećmi". Facet nie lubi mówić "kocham", woli to okazywać. Często faceci narzekają: "baba chce, aby jej bez przerwy kadził i słodził". A ona mówi: "Jak mi tego nie mówisz, to znaczy, że o mnie już nie myślisz, bo na początku mi mówiłeś". Rozumie pan? To jest takie niby banalne, ale to się naprawdę wiąże z tym wyposażeniem damskim i męskim. Chłopcy częściej dostają taką akceptację dla siebie takimi, jakimi są. Im bardziej wolno... Oczywiście zdarzają się tatusiowie, którzy załatwią synka przekazem: "Nigdy ze mną nie wygrasz". Są tacy tatusiowie, albo są takie mamusie, co mówią: "Tak strasznie się o Ciebie boję, bez przerwy".
Są osoby, które jak kogoś kochają, to zrobią dla niej wszystko. Ale z mówieniem "kocham" bywa różnie. Miałam kuzynkę, której mąż nawet schody w domu sam robił. Gdy jej powiedziałam: "ale masz super męża", to usłyszałam: "nie znoszę tego, on ciągle coś robi i robi". Powiedziałam jej wtedy: "ale jest blisko, możesz podejść i go pogłaskać". "Nie będę go głaskać". Dla jednych ważny jest dotyk, dla innych mówienie, dla innych działanie. Nie każdy potrafi to dostrzec.
Jeremi Pedowicz: Bardzo dziękuję.
Źródło: CHILLIZET/ podcast "Tylko dla dorosłych"