„Żyjemy w czasach, w których nową ropą jest uwaga”. Rozmowa z Bartoszem Bielenią

11 min. czytania
Aktualizacja 13.09.2024
11.09.2024 08:17
Zareaguj Reakcja
---- ----

Na scenie i w filmach występuje już od ponad 10 lat, ale większą rozpoznawalność dała mu rola w nominowanym do Oscara filmie Jana Komasy „Boże Ciało”. Bartosz Bielenia był gościem Maksa Behra w audycji „Zza Kulis”. Zdradził, czy jego spokój to kreacja, co zmieniła w jego życiu nominacja do Oscara i jaki wpływ mają na niego social media.

Maks Behr i Bartosz Bielenia
fot. Chillizet
--1-- ----

Maks Behr: Co słychać dobrego? Jakie było twoje lato w tym roku?

Bartosz Bielenia: Lata złote nogi już się szykują do drogi. Bardzo intensywne. Nawet ostatnio mówiłem przyjaciołom, że mam wrażenie, że ostatnie dwa miesiące to dla mnie pół roku. A to dlatego, że było dużo przygód dużo ciekawej pracy. Robiliśmy film. Byłem w wielkich przygodach daleko od cywilizacji. Wszystko jakoś mocno się rozciągnęło w czasie.

Daleko od cywilizacji jesteś zawsze zawodowo czy prywatnie? Troszeczkę się szwendałeś?

Bartosz Bielenia: To prawda. Muszę powiedzieć, że moja ostatnia przygoda jest pokłosiem „Kosa” i miłości do koni, która się wtedy pojawiła. Wybrałem się na wyprawę konną ze wspaniałą firmą, totalnie polecam. Organizują przeróżne wyprawy konne od Hiszpanii przez Mongolię po Gruzję. Ja byłem na gruzińskiej wyprawie, niezwykła przygoda. Faktycznie byliśmy dzień czy dwa dni drogi konno od najbliższej ludzkiej osady. To potrafi dobrze odciąć.

Bije od ciebie spokój. Czy ty nad nim pracujesz, czy to jest twoja natura?

Bartosz Bielenia: To jest chyba wrażenie, które mogę sprawiać w wywiadach. Myślę, że jest dużo buzujących we mnie emocji, bardzo nad nimi pracuję, faktycznie. Mam krótki lont, staram się go powolutku wydłużać i pracować nad swoimi emocjami. Praca ze swoimi emocjami to jest dobra droga. Umiejętność oglądania ich, przyglądania im się, nieulegania im raptownie, raczej nabieraniu do nich dystansu i podejmowanie decyzji na spokojnie.

Ty od zawsze wiedziałeś, że aktorstwo to jest twoje powołanie. Dlaczego?

Bartosz Bielenia: Myślę, że zawsze miałem ochotę być w centrum uwagi. To po pierwsze. Są dzieci wstydliwe, które nie lubią wychodzić na środek i mówić wierszyków. Ja wyłaziłem na kanapę jak najwyżej i jeszcze wszystkich uciszałem po kolei, że teraz ja występuję, teraz jest mój występ. Więc gdzieś naturalnie miałem takie inklinacje. A później przypadek z Teatrem Węgierki i z „Małym Księciem”, który bardzo wciągnął mnie w świat teatralny. Nie wyobrażałem sobie później robienia czegoś innego. G, gdy zrozumiałem, że można się całymi dniami wybierać na wycieczki w swojej wyobraźni, bawić się i odgrywać rzeczy, które zawsze lubiłem. Można to robić i dorośli ludzie to robią. Dorośli, starzy, palący papierosy ludzie to robią. Oczywiście później przyszedł strach, szczególnie w liceum, że nie miałem innego pomysłu na siebie i nie miałem alternatywy. A co jeśli w szkołach teatralnych mnie nie przyjmą? A co jeśli się okaże, że to jest mój pomysł z kółka teatralnego i tak naprawdę \\ nie umiem tego robić i w ogóle nikt nie chce, żebym to robił?

Była jakaś alternatywa wtedy?

Bartosz Bielenia: Żadnej. Chciałem iść na animację do Łodzi, żeby robić animacje. Podobało mi się spędzanie czasu na kreowaniu historii i robienie tego własnymi rękoma. Myślę, że nie miałem do tego dużych zdolności plastycznych, ale może nie byłyby potrzebne, ale w panice poszukiwałem jakiejś alternatywy, nic mi się nie podobało. Myślę, że musiałbym poważnie przekonstruować siebie w tamtym czasie, żeby móc znaleźć coś innego.

Mówiłeś, że forma występu daje ci swego rodzaju ukojenie.

Bartosz Bielenia: Chyba nie są już ukojeniem od wielu lat. Były jakimś na początku, gdy miałem głód i chęć występowania. Dzisiaj są już tylko i wyłącznie częścią dnia, co wydaje mi się dużo ciekawsze, a przede wszystkim zostawia mi to sporo przestrzeni do improwizacji, do czucia się swobodnie, do odkrywania nowych tonów w swojej pracy, bo nie ma napięcia. Nie ma w tym stresu, nie ma sławnej tremy. Jest spektakl wieczorem czy dzień zdjęciowy, a to przychodzi naturalnie z rytmu dnia. Już tyle razy się wydarzyło i tyle było prób, i tyle było spektakli, tyle było dni zdjęciowych, że można po prostu wejść sobie ze swojego dnia i przynieść coś, co się niesie. I doświadczać dziwnych emocji czy dziwnych sytuacji, w których się znajdujesz . Myślę, że takiego ukojenia, nie ma, chociaż czasami zdarza się poczucie dużej satysfakcji z projektu czy przeżytej przygody.

Jesteś raczej zamknięty na dzielenie się swoim prywatnym życiem. Ono pozostaje w twoich...

Bartosz Bielenia: Jak to prywatne życie. Jest prywatne.

Ale masz konto w social mediach jako Dominik Savio, które jest jakąś formą alternatywnej opowieści o Bartoszu Bieleni. A może jednak masz jakąś znikomą potrzebą dzielenia się tym, co u ciebie?

Bartosz Bielenia: To wynika z kilku kwestii. Po pierwsze, wydaje mi się, że nie umiem w social media i robiłbym to w bardzo cringowy sposób. Widzę, jak ludzie profesjonalnie do tego podchodzą, jak świetnie się promują. Ja nie umiem w to za bardzo, tak mi się wydaje. To, co umiem, jest na ekranie, na scenie i tam się świetnie czuję, a kreowanie swojego wizerunku w internecie wymaga czasu, uwagi, pomysłu. Niektórym ludziom to przychodzi naturalnie i wygląda to świetnie. To też jest content, konsumuje się go, przebywa się z nim, ogląda go na co dzień. Jest fajny, ciekawy, interesujący, estetyczny. Dla mnie Instagram od zawsze to była forma pamiętniczka czy też albumu ze zdjęciami, które wybierasz sobie w konkretny sposób i sobie je tam zapisujesz, dzielisz się ze znajomymi. Dla mnie z tego rodzaju ekspresji wynika więcej, można dowiedzieć się o mnie więcej, niż gdybym wrzucał zdjęcia mojej twarzy z sesji. Jak wiadomo, te rzeczy zdecydowanie bardziej angażują odbiorców, zbierają dużo więcej lajków, buduje się fanbase, który lubi oglądać twoją twarz. Ale ja cenię sobie, jeśli ktoś obserwuje mnie albo reaguje na to, co wrzucam, bo pewnie obserwuje mnie dlatego, że albo mnie za coś ceni, albo interesuje go ten rodzaj wrażliwości, który tam prezentuję. Jest jeszcze jedno konto, które się nazywa „Bartosz Bielenia”, ale ono jest praktycznie nieaktywne. Założyłem je, bo fejkowe konta się pode mnie podszywały.

Dużo korzystasz z social mediów?

Bartosz Bielenia: Dużo, ale dużo oglądam. Zdecydowanie za dużo. Nie jest tak, że przez to, że ja tak mało wrzucam i postuję, to znaczy, że ja nie korzystam z social mediów. Jestem wielkim oglądaczem. Tylko ten TikTok, mefedron social mediów, po prostu ryje mi beret.

Dlaczego to jest mefedron social mediów?

Bartosz Bielenia: Algorytm tego jest świetny. Po prostu wystarczy poscrollować przez parę godzin i to zaczyna ciebie czytać w taki sposób, że wracasz do innych mediów społecznościowych i wydaje ci się to po prostu nudne. Mówię, że mocno uderza w system dopaminowy i moim zdaniem, hardkorowo uzależnia.

Jesteś uzależniony od TikToka?

Bartosz Bielenia: Myślę, że jest zdecydowanie bardziej obecny w moim życiu, niżbym tego sobie życzył.

Jakie są konsekwencje takiego bodźcowania głowy?

Bartosz Bielenia: Długoterminowe? Nie wiem. Jeszcze. Konsekwencje na pewno są takie, że masz na pewno odruch, żeby sięgnąć po telefon w momencie, kiedy się nudzisz, że znikają momenty nudy, znikają momenty marzeń na jawie. Momenty jazdy autobusem i japienia się przez okno na mijanych ludzi czy osoby w tramwaju i metrze. Znikają ciekawe rozmowy z taksówkarzami, bo znikasz w telefonie na te 15 minut jazdy. To jest podobny rodzaj dysocjacji z rzeczywistości jak czytanie książki, która może mniej ryje układ dopaminowy, ale też jakby znikasz w jakimś innym świecie, przestajesz być uważny na zewnątrz. Dużo ciekawych momentów czy właśnie pomysłów, marzeń się nie pojawia. Po prostu żyjemy w czasie, w którym nową ropą jest twoja atencja, twoja uwaga. Wiesz, wyświetlenia czy zasięgi kont są mierzone tym, jak bardzo angażujący masz content, jak bardzo wciąga ludzi, ile ludzi na to zareagowało, ile zwróciło na to uwagę, spędziło czas, żeby patrzeć. Więc twoja uwaga kreuje też internetową rzeczywistość. Wydaje mi się, że podchodzę do tego bardzo luźno i świadomie trenuję swój algorytm, wybierając treści spoza mojej bańki. Bardzo staram się dywersyfikować te. Ma to swoje dobre i złe strony. Myślę, że szczególnie TikTok jest bardzo demokratyczną platformą dostępu do informacji.

Redakcja poleca

Social media w dzisiejszych czasach nas awatarują, kreują matriks, w którym powinniśmy myśleć w konkretny sposób, a jeśli nie myślimy, to jesteśmy kierowani przez algorytm.

Bartosz Bielenia: Absolutnie jesteśmy zawataryzowani. Nie mamy fizycznych awatarów jak w second life'ie, nie są to Simsy. My to robimy w mediach społecznościowych cały czas. Twoje pytanie o to, dlaczego ja się decyduję na taki rodzaj obecności w internecie: to jest kreowanie mojego awatara zewnętrznego. To jest też rodzaj ekspresji, nie? Robimy to codziennie. Oglądanie wiecznie szczęśliwego znajomego na wiecznych wakacjach jest jego awatarem. On najprawdopodobniej w rzeczywistości taki nie jest. A może na tej wycieczce w Afryce czy na Zanzibarze spędził trzy dni w łazience, wymiotując? Ale tego już nie widzimy.

Pytanie, czy chcielibyśmy to widzieć. Ale nie ma się też co dziwić, że pokazujemy chętnie szczęśliwe zdjęcie rodzinne.

Bartosz Bielenia: Nie musi mnie tego rodzaju ekshibicjonizm interesować. Trzeba sobie wybierać treści. Tylko ważne jest zdawanie sobie sprawy, że to jest forma ekspresji, że to jest awatar. Są ludzie, którzy pokazują wszystko, co najgorsze. Czy pokazują życie takie, jakim jest. Surowe. No make-up.

Czy, twoim zdaniem, jesteśmy dziś w stanie oddzielić dobrą kreację od złej kreacji?

Bartosz Bielenia: Dla niektórych to, co kreują, wydaje się prawdziwe, niektórzy wstydzą się swoich masek. Różnie bywa, na pewno. Samo to, że zapytałeś mnie na początku, czy ten rodzaj spokoju, który ode mnie bije, to są moje emocje, czy taki jestem na co dzień. No właśnie, chyba raczej nie, bo staram się panować nad emocjami. Ale tak, to jest też jakiś mój rodzaj obecności i kreacji na co dzień.

Ale mówisz, że masz krótki lont... Co cię najbardziej dotyka?

Bartosz Bielenia: Nie wiem, różne rzeczy. Ja się bardzo łatwo odpalam na niezrozumienie, na jakiś brak sprawiedliwości. W kontakcie z drugim człowiekiem, który myśli odwrotnie, czyli jeżeli sprawa dotyczy na przykład jakiejś idei lub myśli przewodniej, życiowej, to się łatwo odpalić.

Czasami powiedzenie komuś prosto z mostu tego, co się myśli może być wybawieniem dla jednej i dla drugiej osoby. A często jest to uważane za brak kultury.

Bartosz Bielenia: Wiesz, można być mendą w bardzo kulturalny sposób. Po prostu. I ładnie to komunikować. Myślę że chodzi o taką prostotę komunikatu, miejsce, z którego to przychodzi, takie miejsce szczerości, bo nie uważam, że każdemu trzeba wszystko od razu powiedzieć i zawsze jest na to odpowiedni moment. Myślę, że dobrze jest znaleźć na to czas, przestrzeń, dobrą formę. Chodzi mi o taki prosty i szczery komunikat, na przykład „nie lubię tego”, „nie chcę tego robić”. Bardzo dobrze stawiane granice, szczerze. „Do tej godziny byliśmy umówieni na to, że to robimy. Jest szesnasta, ja wychodzę”.

Robiłeś kiedykolwiek coś wbrew sobie z poczuciem frustracji?

Bartosz Bielenia: Bardzo dużo. Bardzo, bardzo dużo rzeczy. Przez wiele lat, myślę.

Co konkretnie? W pracy artystycznej jest dużo frustracji?

Bartosz Bielenia: Dużo jest naruszania swoich granic w imię sztuki. W imię tego, że teraz robimy film, teraz robimy spektakl i… to jest ten „uświęcony moment tworzenia, więc nie jedzmy, nie odpoczywajmy, nie śpijmy w ogóle”, nie? Czasami jest to super, lubię się zapomnieć w tym procesie i nie robić nic innego. Ale super, kiedy jest to decyzja osobista i na przykład można się z tego wycofać, można chcieć odpocząć i nie jest to stygmatyzowane, nie jesteś zawstydzany. Ale myślę, że wielokrotnie naruszyłem jakieś swoje granice w imię sztuki.

A myślałeś kiedyś, by aktorstwo porzucić? Czy mimo wszystko widziałeś zawsze światełko, że prędzej czy później dojdziesz do momentu, w którym to Bartosz Bielenia będzie mówił, ile i czy chce pracować?

Bartosz Bielenia: Mnie się to nie zdarzyło. Na pewno byłem świadkiem takich sytuacji, ale mnie to nie dotknęło. Nikt nie przekroczył moich granic w takim stopniu, ale też miałem duże szczęście do miejsc i do ludzi, którzy chcieli ze mną pracować. Miałem też czas, przestrzeń do tego, żeby się wielu rzeczy nauczyć, gdy byłem już młodym, stawiającym pierwsze kroki aktorem. Miałem wokół siebie doświadczonych aktorów, którzy potrafią powiedzieć, czego chcą. Ale też potrafili na przykład zadbać o mnie, zapytać, czy ja w danej sytuacji czuję się dobrze, czego bym potrzebował, albo poradzić: nie rób tego, nie rób tego w taki sposób. Więc myślę, że miałem dużo szczęścia.

A czy sukces „Bożego Ciała”, nominacja do Oscara, pozwoliły ci wejść na inny pułap pracy aktorskiej, dającej ci większą swobodę?

Bartosz Bielenia: Zdecydowanie tak. Myślę, że to jest ogromny zysk. Nie miałem poczucia, że to jest overnight success, sukces jednej nocy, to jest 10 lat pracy, prawda? Najczęściej ludziom się wydaje, że ktoś nagle eksplodował znikąd. A za tym jest dużo rzetelnej, spokojnej pracy nad projektami, szkolenia, ćwiczenia, po prostu, pracowania, robienia rzeczy i rozwijania pasji, więc... to nie było tak, że gdzieś tam skończyłem szkołę i nagle trafiło się przypadkiem, samo się zagrało i samo się zrobiło. Dla mnie to był efekt pracy i czułem się na ten film bardzo gotowy. Tak samo jak na późniejszą promocję, która też rozwijała się powoli, więc mogłem się tego uczyć.

Ale ty jesteś trochę skromny w tym sukcesie, wstawiając tylko zdjęcie ze słynnej toalety nawiązujące do Oscarów. Nie masz parcia na szkło czy ta sytuacja cię speszyła? A może to było sarkastyczne?

Bartosz Bielenia: Myślę, że to trzecie zdecydowanie. Nie jestem zawstydzony, z wielką przyjemnością brylowałem na każdej imprezie, która tam była, tylko to jest ta różnica między doświadczaniem siebie i momentów a streamowaniem ich na zewnątrz. Nie wydarzyło się nic takiego ani nie zrobiłem takiego zdjęcia w trakcie pobytu, które chciałbym wrzucić. To, że zdecydowałem się wrzucić zdjęcie z toalety, wydawało mi się superciekawe, bo ja sam nigdy nic takiego w życiu nie widziałem. Zawsze, jak widzi się zdjęcia z Oscarów, to po prostu czerwony dywan i tyle. I nagrody ze sceny. A tam się wydarza tyle innych rzeczy!

Wróciłeś inny?

Bartosz Bielenia: Wróciłem inny. Bardzo szybko to powszednieje jak każde doświadczenie, w którym jesteś. Nagle to przestaje dziwić, przestaje ekscytować, przynajmniej mnie.

A czy po takim doświadczeniu dzień powszedni blednie?

Bartosz Bielenia: Nie. Właśnie okazuje się, że blednie zdecydowanie blichtr. Dla mnie. Staje się powszedni. Staje się zwykły. Staje się częścią dnia i życia. I pracy zawodowej. To, co noszę w sercu, i to, co było dla mnie ważne, to takie prawdziwe spotkania z osobami, które naprawdę cenię i które są wspaniałymi artystami. Udało mi się na przykład poznać Rodrigo Prieto, który jest świetnym operatorem i ostatnio zrobił na przykład „Barbie”, superciekawy facet. Zdarzyło się tak, że na jednym z pierwszych eventów usiedliśmy obok siebie w trakcie lunchu, nie rozpoznałem go kompletnie. Zaczęliśmy rozmawiać, super nam się gadka kleiła, pogadaliśmy sobie, wymieniliśmy uwagi o filmach. Chyba miesiąc później przyjechaliśmy na promocję oscarową, on został przedstawiony i się okazuje, że to jest ten facet, a mamy już ze sobą relację. Potem znów długo gadaliśmy. No i to jest spotkanie, które będę zawsze miał we wspomnieniach. Udało mi się spotkać z człowiekiem.

Czy po „Bożym Ciele” masz możliwość układania swojego życia na twoich zasadach? Celebrujesz życie?

Bartosz Bielenia: Tak. Myślę, że bardzo celebruję, jest dla mnie ważne, ale też przy procesie rezygnacji z wielu projektów bardzo dojmująco zrozumiałem, że w mojej pracy aktorskiej jestem uzależniony od decyzji i widzialności innych ludzi. To nie ja jestem osobą, od której się zaczyna proces, to ja jestem jednak tą osobą do wynajęcia. Ktoś musi o mnie pamiętać, ktoś musi o mnie myśleć, ktoś musi mnie zaprosić do pracy, żeby móc wybierać z tych możliwości. I wiesz, zawsze przychodzi taki moment, kiedy po prostu nie masz już z czego wybierać. Po prostu ty zdecydowałeś się nie robić konkretnych rzeczy. Jednak to koło pracy napędza twoją widzialność, napędza wyobraźnię ludzi, napędza to, że w czyjejś głowie się pojawisz.

Masz jakiś pomysł na napędzanie swojego koła? Czy też ten boom po prostu przyszedł?

Bartosz Bielenia: Ten boom przypadł na początek pandemii. Dla mnie fortunnie, bo myślę, że jest prawdopodobieństwo, że bym oszalał po prostu, gdyby to eksplodowało w sposób, w jaki świat funkcjonował przed 2020 rokiem. Dla mnie na pewno. Ja zdałem sobie sprawę, że od 10 lat przechodzę non-stop z projektu w projekt. Jak nie spektakl, to film. Jak nie film, to spektakl. Jak nie spektakl, to warsztaty. Non-stop jestem w pracy bez przerwy w zasadzie. Jedyne co robię, to siedzę albo w teatrze, albo robię coś do teatru albo się uczę skilla do filmu albo cały czas jestem w pracy. Więc taki hardkorowy hamulec bardzo mi w głowie pozmieniał.
Całego podcastu „Zza kulis”, którego gościem był Bartosz Bielenia można wysłuchać na kanale Chillizet na You Tube’ie.

Oglądaj

Redakcja poleca

Źródło: CHILLIZET / audcyja „Zza kulis” / spisała i zredagowała Aleksandra Sobieraj