„Dopiero teraz uczę się odpuszczać”. Ofelia m.in. o presji, depresji i wypaleniu
Swoje pierwsze kroki w aktorstwie stawiała jako dziewczynka w serialu „M jak miłość”. Dziś realizuje swoją pasję do muzyki. Gościnią audycji „Zza kulis” była Ofelia, czyli Iga Krefft, aktorka i wokalistka, która wyjaśniała między innymi, czy wypalenie zawodowe może dotyczyć nastolatków, jakie emocje towarzyszyły jej przez lata pracy przy jednej z największych produkcji serialowych w Polsce oraz czy można się podnieść po ogromnym kryzysie. Poruszająca rozmowa.
Maks Behr: Iga Krefft czy Ofelia? Przedstawiasz się teraz wyłącznie jako Ofelia, dajesz to imię jako drugie?
Ofelia: Myślę, że to wymiennie teraz funkcjonuje. Ludzie na ulicy najlepiej mnie kojarzą z Instagrama, więc wtedy zazwyczaj Ofelia, ale to działa zależnie od sytuacji. Bardziej prywatnie Iga, a bardziej formalnie Ofelia.
A skąd w ogóle pomysł na Ofelię? To postać kojarzona z romantycznością i dramatycznością. To było przemyślane?
Ofelia: Tak, to bardzo konkretna historia. Jako nastolatka podkochiwałam się w aktorze, który grał w swoim dyplomowym spektaklu Hamleta. I ja jako piętnastolatka czy nawet czternastolatka sięgnęłam po Shakespeare'a i zaczęłam czytać „Hamleta”. No i jako nastolatka miałam poczucie, że ktoś mnie w końcu zrozumiał, że to jestem absolutnie ja. Namiętnie się zaczytywałam w „Hamlecie”, marzyłam nawet wtedy, żeby kiedyś zagrać Hamleta. I w sumie to nadal trochę jest moje marzenie. Już niewiele mam marzeń aktorskich, ale to jest jedna rzecz, którą faktycznie bym bardzo chciała. No i kiedyś moja przyjaciółka powiedziała, że skoro tak kocham Hamleta, to powinnam być Ofelią. Tak właśnie się ochrzciłam Ofelią, to już się do mnie przykleiło. No i też chciałam trochę bardziej stać anonimowa, żeby ludzie mnie już nie kojarzyli z różnych moich innych działań. Gdy przedstawiałam się jako Ofelia, to już nie było tego tematu.
Jak wspominasz swoje dzieciństwo, swój rodzinny dom na Kaszubach? Czy to było sielskie dzieciństwo?
Ofelia: Myślę, że do pewnego etapu było bardzo sielsko i idyllicznie wręcz, ale w pewnym momencie to się skończyło. I pamiętam, że wtedy wydawało mi się, że to jest spełnienie moich marzeń, choć dosyć szybko zorientowałam się, że to nie do końca jest ideał tego, jak chciałabym funkcjonować. Wiadomo, że teraz, jak jestem starsza, to patrzę na to z kompletnie innej perspektywy. Wtedy sobie nie zadawałam takich pytań, to się działo naturalnie, ale teraz tęsknię właśnie za tą idyllą, którą miałam przez pewien czas mojego dzieciństwa. I gdyby nie to, że zaczęłam tak wcześnie pracować, to pewnie ona by jeszcze potrwała tak do 15-16. roku życia. No a tak w wieku dziesięciu lat już powoli moje życie zaczęło się zmieniać. Tak jak mówię, myślałam wtedy, że to jest ekstra, tak ma być, to były moje marzenia.
W wieku 10 lat mocno działałaś już na scenie. Czy od zawsze byłaś performerką, marzyłaś o aktorstwie? Właśnie to chciałaś w życiu robić?
Ofelia: Właśnie to jest ciekawe… Ja od zawsze wiedziałam, że chcę to robić. Miałam takie przekonanie, że nie ma dla mnie innej drogi. Pamiętam, jak miałam kilka lat i odkryłam, że jest taki zawód jak kosmetyczka. Zasypiając, powiedziałam wtedy do mojej siostry, że jaka szkoda, że nie będę nigdy kosmetyczką, bo czułam, że muszę robić coś innego, wydaje się, że zawsze to wiedziałam. Może niekoniecznie było to związane z byciem na scenie, bardziej chodziło o to, żeby coś tworzyć, performować. Gdy rodzice pierwszy raz zabrali mnie do teatru muzycznego w Gdyni, to byłam zachwycona. A później miałam w sobie coraz większy głód, żeby nie tylko coś odgrywać, ale też mieć w ty jakoś własny wkład.
Skąd pomysł na „Od przedszkola do Opola”?
Ofelia: Nie pamiętam tego dobrze… Był chyba konkurs u mnie w przedszkolu i zostałam wysłana jako reprezentantka przedszkola na kolejny konkurs w większej miejscowości, gdzie nagrodą był udział w Programie „Od przedszkola do Opola”. Miałam wtedy 5 lat i po prostu wygrałam ten konkurs.
Czyli to po prostu samo się tak układało? Czy może jednak najbliżsi widzieli w tobie jakiś potencjał i mówili: „Iga, to jest dobry kierunek”?
Ofelia: Myślę, że czuli w mnie jakiś potencjał. Ale ważne też było to, że miałam odwagę, że się nie wstydziłam występów. Wstyd w moim życiu tak naprawdę pojawił się dużo później, wiele osób tego nie rozumiało, że ja też się mogę wstydzić. W wieku pięciu lat ja się bardziej bawiłam tym, to mi sprawiało przyjemność i w ogóle nie miało to cech jakiejś presji, to po prostu była zabawa. Nawet występem w „Od przedszkola do Opola” niezbyt się stresowałam i najbardziej czekałam na nagrody po występach, wielki karton z prezentami, misiem, to było najfajniejsze.
A kiedy pojawił się wstyd?
Ofelia: Chyba gdy byłam nastolatką. Mam wrażenie, że im jestem starsza, tym jest z gorzej, bo jak jestem dorosła, to muszę go ukrywać, a jak byłam dzieckiem, to on był mi wybaczany. Teraz też się wstydzę czasami i to jest stres. Nie wiem, czy kiedyś go tak oswoję całkowicie, że nie będę go wcale odczuwać. Próbuję to robić i czasem się udaje, a czasem nie. Ale jest w tym jakaś równowaga, że przez długą część mojego życia, dzieciństwa nie miałam takich barier.
Czy twoim zdaniem wstyd może podcinać skrzydła?
Ofelia: Tak, absolutnie. Ja myślę, że to bardziej jest lęk, a nie wstyd... Chyba moje ciało zaczęło kojarzyć występy z jakąś presją, poczuciem, że ktoś czyha na moje potknięcie, a tu nie ma miejsca na błędy, więc muszę być na tyle skupiona, żeby dowieźć, że nie ma przestrzeni na jakieś niedoskonałości. Gdzieś tam jestem takim dzieckiem konkursowym... I jak nie wygram, nie przejdę do kolejnego etapu, nie dowiozę, to ktoś będzie niezadowolony. Więc to jest dosyć ciężka rzecz, szczególnie dla mnie stresująca w moim dorastaniu. I właśnie wstyd mieszał się trochę ze stresem. To w pewien sposób podcinało skrzydła. Miałam świadomość tego, że jak tego stresu nie było, to wtedy dopiero mogłam mieć kontakt z najbardziej prawdziwą sobą, która może być wolna w wyrażaniu się poprzez sztukę.
Czyli to był taki trochę love and hate relationship z tym występowaniem?
Ofelia:Na pewno kamieniem milowym w moim życiu, pomimo tego że jestem nadal dosyć młoda [Ofelia ma 28 lat – przyp. red.], to było wypalenie związane z moją pracą, jakiego doświadczyłam. W pewnym momencie nie odczuwałam już żadnej przyjemności z tego, co ja robię. To był ciężki moment, bo wtedy zaczęłam kolejną pracę, kończyłam materiał na swoją debiutancką płytę. Nigdy w życiu nie sądziłam, że swoją pierwszą płytę będę robić z takim poczuciem, że w zasadzie nie wiem, czy mi to sprawia przyjemność, czy ja coś czuję jeszcze, bo byłam tak odłączona od samej siebie, że trochę działałam jak robot i byłam turbo nieszczęśliwa. Ale rzecz, z której sobie zdałam sprawę przez ostatnie lata, to, że tak naprawdę moją pasją i tym, w czym się najbardziej spełniam i co kocham naprawdę, to jest tworzenie, robienie muzy bez presji wyników. Ja się nie chcę przejmować tym, czy to się sprzeda, czy się nie sprzeda. Spełniający jest dla mnie sam akt tworzenia, tym bardziej kiedy nie ma czynników zewnętrznych, które powodują, że muszę kombinować, co się komu spodoba, bo wtedy to przestaje być moje.
Czym najbardziej było u ciebie spowodowane wypalenie zawodowe? Sama na siebie nakładałaś presję? Czy ktoś inny oczekiwał od ciebie dobrych wyników?
Ofelia: To była mieszanka. Uważam, że tego rodzaju praca od wczesnych lat nie do końca jest dobra, bo czysto biologicznie układ nerwowy dziecka nie jest w stanie znieść tylu bodźców. Nie próbuję robić z siebie ofiary, to są po prostu fakty, że ja jako dziecko pracowałam w serialu, grałam w teatrze, miałam szkołę muzyczną, miałam lekcje. Mieszkałam nad morzem, więc jak wyjeżdżałam do Warszawy do pracy, to gdy później wracałam do domu, musiałam odrabiać lekcje, przepisywać zeszyty i tak dalej. Tego po prostu było bardzo dużo. Ja oczywiście chciałam tak pracować, to była też pewnego rodzaju moja ucieczka, bo... nie byłam w szkole zbyt szczęśliwym dzieckiem. Jak się jest jedynym rudym dzieciakiem w podstawówce czy w gimnazjum, a jeszcze się jest w telewizji, ma się dobre oceny, dziwny charakter i osobowość, to po prostu średnio się to sprawdza. Innym to średnio leżało. Ja im po prostu nie pasowałam, ale ja też się nie umiałam dopasować. To, z czego to wynikało, przepracowuję sobie na terapii, ale po prostu nie miałam takiego genu, żeby się dopasowywać. Miałam poczucie, że taka jestem i nie ma w tym nic złego. Tymczasem nie wszystkim to pasowało i jakąś cenę za to zapłaciłam. To też jest coś, co się przyczyniło wiele lat później do wypalenia. To był moment, w którym wieloletnie zmęczenie, przegrzanie systemu się odezwało. W liceum, jak się przeprowadziłam do Warszawy, gdzie praktycznie mieszkałam już sama, to odpowiedzialnie ogarniałam swoje życie. I zdarzyło się tak, że w dniu matury, z samego rana musiałam lecieć na plan filmowy, bo produkcja zapomniała, że mam maturę, a nie byli skłonni, żeby odwołać zdjęcia. No to był hardkor! Nie dość, że masz stres związany z najważniejszymi egzaminami, to jeszcze jedziesz rano na plan. Na miejscu okazało się jednak, że padał deszcz, a to miała być scena w plenerze, więc… odwołali zdjęcia. Niepotrzebnie wstawałam o czwartej rano. Maturę zdałam, ale byłam strasznie niezadowolona. To był dla mnie ważny egzamin, bo to była matura z historii sztuki, która była moim ukochanym przedmiotem w liceum. To taki przykład, jeden z wielu pewnie, które powodowały presję. Ciężko jest wskazać sprawcę tej presji. Być może nikt mnie nie nauczył po prostu odpuszczać i to jest coś, czego się teraz uczę.
W którym momencie zorientowałaś się, że jest nie za fajnie?
Ofelia: W sumie to szło kaskadowo. Po prostu czułam się coraz gorzej, mało co w ogóle budziło we mnie jakieś emocje i sprawiało mi jakąkolwiek przyjemność. Taki punkt przełomowy był chyba wtedy, gdy rozmawiałam z jakąś panią na infolinii, bo nie doszła jakaś przesyłka z prezentem, który zamówiłam na święta, i zaczęłam się drzeć na tę panią, tak strasznie krzyczeć. Gdy się rozłączyłam po tej rozmowie, chociaż ciężko było to nazwać rozmową, to mnie to uderzyło: co ja w ogóle robię? Co to jest? To w ogóle nie jestem ja. Co to za sytuacja? Wtedy się rozłożyłam zdrowotnie – nigdy w życiu nie byłam tak chora, jak wtedy przez dwa tygodnie. Leżałam w łóżku, a ja bardzo rzadko choruję, z zapaleniem krtani, tchawicy i oskrzeli. Na szczęście moi rodzice są lekarzami, więc się mną skutecznie zajęli – jakieś zastrzyki dwa razy dziennie, żeby mnie postawić na nogi, bo… po Nowym Roku zaczynałam kolejną pracę, która była bardzo intensywna. Byłam przerażona, nie mogłam spać, miałam zaburzenia akcji serca, cały czas płakałam, byle co mnie rozwalało. I tak zaczęłam czytać w internecie, co się może dziać. Nigdy nawet nie brałam pod uwagę tego, że ja mogę mieć depresję. A tu się okazało, że to właśnie to. I w pierwszej chwili bardzo się tego wstydziłam i nikomu nie chciałam mówić. Ale później jakiś instynkt się we mnie obudził i zrobiłam rodzinne zebranie. Podzieliłam się z rodziną tym, co czuję, co przeżywam.
Jakaś taka rozpacz we mnie była, bo ja zawsze byłam bardzo żywą osobą, pełną pasji, emocji. Więc nagle się obudziłam i zdałam sobie sprawę, że ja nie jestem sobą. Że w zasadzie mogłabym nie żyć i to nie miałoby dla mnie żadnego szczególnego znaczenia w tamtym momencie. Chciałam odzyskać siebie. I gdy psychiatra mi powiedział, że to wszystko może minąć, że terapia i leki, że te wszystkie objawy, które mam, są standardowe, to ja się popłakałam ze szczęścia, bo to mi przywróciło nadzieję, że mogę wrócić do siebie samej.
A ile czasu trwa już ta droga?
Ofelia: Od diagnozy... pięć lat. Dalej jestem w tym procesie, ale widzę, że opłaca się tym zająć i choć z tyłu głowy zawsze mam strach, że ten stan może wrócić, tona razie wygrywa jednak opiekowanie się sobą.
Zapracowałaś na ten swój stan przez dobre kilka lat, ignorując sygnały, że jest coraz gorzej.
Ofelia: Jak sobie o tym myślę, to wydaje mi się, że pierwsze objawy zaczęłam mieć, jak miałam 15 lat. Mniej więcej przez osiem lat się zajeżdżałam. Ale myślę, że to się zaczęło wcześniej tak naprawdę, tylko po prostu wtedy nie wiedziałam, co się ze mną dzieje. Na przykład dysocjacja: czułam się, jakbym spała, jakby to, co się działo dookoła mnie, nie było prawdziwe. To był jeden z objawów, znak, że mój układ nerwowy był po prostu przestymulowany.
Jakbyś jeszcze raz miała podejmować decyzje w swoim życiu, to zdecydowałabyś się na to wszystko, co się wydarzyło, czyli serial, praca w tak młodym wieku?
Ofelia: To jest trudne pytanie, bo z jednej strony jestem superwdzięczna za to, gdzie dzisiaj jestem i za pewną mądrość, którą zdobywam. I lubię siebie taką, jaka jestem teraz, więc pewnie wszystko, co się wydarzyło, było potrzebne, żebym się znalazła w tym miejscu, w którym jestem dzisiaj. Ale gdyby była przede mną Iga sprzed wielu lat i ja byłabym jej opiekunem, no to myślę, że bym nią troszeczkę inaczej pokierowała. Oszczędzałabym ją.
Masz żal do rodziców ?
Ofelia: Nie, absolutnie nie. Ja mam cudownych wspierających rodziców, którzy życie by za mnie oddali, skoczyliby za mną w ogień. Tylko moi rodzice nigdy nie byli w branży, oni są poza tym światem, więc działali na zasadzie, że jak ja powiedziałam, że chcę coś robić, to oni stanęli na rzęsach, żeby tak było. Jak powiedziałam, że chcę przeprowadzić się do Warszawy, mając 16 lat, to powiedzieli: „Tak, kochanie, zrobimy to dla ciebie, żebyś mogła się dalej realizować”. Jak miałam 10 lat i wymyśliłam, żeby pojechać na casting do Warszawy z Kaszub, to cała rodzina stanęła na głowie, a potem przez rok mieszkałyśmy w kawalerce z mamą i dwiema siostrami, żebym ja mogła grać w teatrze. Więc to jest kwestia czego innego… Po prostu problem jest świecie, który jest nieprzystosowany do tego, żeby dzieci pracowały. A moi rodzice po prostu nie są z branży, nie wiedzieli, jak to wygląda, jakie są standardy Co więcej, ja sama nie miałam odruchu, żeby mówić, że to, co się dzieje, nie jest okej, tylko myślałam, że ja coś źle robię, jestem nieodpowiednia, że to ja jestem zła. Dziecko nie rozumie takich mechanizmów. Jeżeli ktoś jest niedobry dla dziecka, to dziecko myśli, że to jest jego wina. Więc gdy w pracy spotykały mnie różne trudne, przykre sytuacje, to ja nie miałam poczucia, że mnie spotyka jakaś krzywda, tylko że ja robię coś źle.
W którym momencie przestałaś lubić „M jak miłość”? Domyślam się, że ładunek emocjonalny, który niosła ze sobą postać aż tak rozpoznawalna, na pewno powodował dyskomfort.
Ofelia: Na to się złożyło kilka rzeczy naraz. Trudno jest stwierdzić, kiedy się we mnie obudziło poczucie, że nie podoba mi się to, co się dzieje dookoła. Ale to trwało… W „M jak miłość” grałam przez 17 lat, więc to jest kawał mojego życia. I są pewne rzeczy, za które jestem bardzo wdzięczna. Bo inaczej na pewno nie byłoby możliwe, żebym jako nastolatka przeprowadziła się do stolicy i utrzymywała praktycznie sama. Nie kupiłabym swojej pierwszej elektrycznej gitary, gdyby nie serial. Jest dużo pozytywnych rzeczy, które z tego wynikły. Myślę też, że moja ucieczka w muzykę nie byłaby tak intensywna i rozwijająca, gdyby nie te trudne doświadczenia.
Myślisz, że gdyby nie „M jak miłość”, to dzisiaj byłabyś aktorką?
Ofelia: Nie wiem. Chyba nie. Zastanawiałam się nad tym... Aktorstwo – absolutnie nikogo nie chcę obrazić ty, co teraz powiem, bo to jest przepiękny zawód i jestem fanką wielu wybitnych aktorów i aktorek, podziwiam ich kunszt – w moim przypadku jest bardziej odtwórcze, a mniej twórcze samo w sobie. Dlatego u mnie wygrywa dziś muzyka.
Zapisałem sobie fragment tekstu twojej piosenki „Czas”: „Ja Ofelia zmartwychwstała, wracam chłonąć nieba blask, w twoich oczach dziś spotkałam utracony życia żar”. Ma naprawdę fajną energię.
Ofelia: Na pewno to, gdzie jestem teraz w życiu i moment, w którym się teraz znalazłam, jakoś daje mi przestrzeń do tego, żeby eksplorować tę zmartwychwstałą Ofelię. Po tych perturbacjach, które zostawiam za sobą, teraz jest czas dla mnie, w którym nie cel jest tak ważny, ale sam proces, w którym jestem. Tworzę z przyjaciółmi kolejny materiał, w superatmosferze, z ciekawością samej siebie i tego, co ze mnie wypłynie, bez potrzeby zadowalania kogoś i zaspokajania czyichś pomysłów na mnie. To jest ogromny fun.
Masz poczucie, że zmartwychwstałaś?
Ofelia: Myślę, że tak, zdecydowanie. Moi bliscy też to na pewno potwierdzą. Przez ostatnie dwa lata mojego życia wydarzyło się bardzo dużo, te zmiany przyczyniły się do tego, że zmartwychwstałam, że zmartwychwstaję. W sumie cały czas, to słowo osadzone w naszej kulturze jest bardzo mocne, ale niesie nadzieję, której bardzo często nie widzimy, bo się nad tym nie zastanawiamy.
Czego możemy się spodziewać w takim razie po twojej trzeciej płycie? Trochę powrotu do korzeni? Eksperymentów? Wygłupów?
Ofelia: Wygłupów zawsze! Jak coś jest dla mnie ważne, to zawsze bronię tego jakimś żartem. Może ze względu na lęk tym, żeby nie było zbyt poważne? Chociaż pierwszy singiel po przerwie, czyli piosenka Czas, jest nostalgiczna i ma w sobie smutek… Jakoś tutaj nie miałam potrzeby wygłupów. Czego słuchacze mogą się spodziewać po tym, co się pojawi? Organiczności. Będzie nią na pewno moja prawdziwa postać.
Dziękuję ci pięknie.
Całą rozmowę z Igą Krefft, Ofelią, możesz obejrzeć na kanale Chillizet na You Tube’ie.
Źródło: CHILLIZET / audycja „Zza kulis” / spisała i zredagowała Aleksandra Sobieraj