„Jestem pantoflem”. Rafał Rutkowski o tacierzyństwie, poczuciu humoru i lenistwie

10 min. czytania
Aktualizacja 10.09.2024
04.07.2024 09:26
Zareaguj Reakcja
---- ----

Jest dyrektorem artystycznym niezależnej grupy teatralnej Teatr Montownia i specjalistą gatunku one-man show, który sam w Polsce spopularyzował. Od kilku lat współtworzy polska scenę stand-upową. Ale w domu jest… pantoflem. Rafał Rutkowski, aktor teatralny, filmowy i telewizyjny, mistrz dowcipu, był gościem Maksa Behra w audycji „Zza kulis”. W pierwszej części rozmowy opowiada o życiu prywatnym i tym, co skłoniło go do bycia aktorem.

Rafał Rutkowski, aktor
fot. Zbyszek Kaczmarek/REPORTER/East News
--1-- ----

Maks Behr: Jakbyś miał się nam przedstawić, skąd przyjechałeś, coś o sobie…

Rafał Rutkowski: Rafał Rutkowski, 25-30 bodajże lat temu przyjechałem do Warszawy z Białegostoku, pięknego miasta, stolicy Podlasia. Przyjechałem, rozpocząłem studia, założyłem rodzinę i tak to się wszystko katula.

Aktor, stand-uper, tata. Która z tych ról jest pierwsza? Bo nie wymieniłeś żadnej.

Rafał Rutkowski: Szczerze, skoro już teraz mówimy serio, to chyba jednak tata. Tata jest moim najważniejszym życiowym dokonaniem i mam nadzieję, że moje dzieci to potwierdzą. To jest mój najważniejszy job, absolutnie reszta to jest zabawa i nie do końca poważna rzecz.

To jest tak naprawdę full time job, prawda?

Rafał Rutkowski: Tata? Tak. No, jak się już tatą zostaje, to się jest tatą do końca. Moje dzieciaki już są dorosłe, córka ma 23, syn 19 lat, więc już takim tatą jestem...

Masz trochę większy luz.

Rafał Rutkowski: Luz niby mam, ale powiem ci, że jest się tatą dlatego, że cały czas się myśli o dzieciakach. Niezależnie od tego, że one już mają swoje życie, coś robią, syn zdał maturę, córka pracuje, a ja cały czas jestem tatą. Myślę o nich, czy im się dobrze wiedzie, czy są zdrowe. Tego się nie zostawi. Każdy, kto jest tatą, to wie, a ja chyba też lubię być tatą po prostu. Lubię swoje dzieciaki bardzo i sprawia mi to wielką frajdę patrzeć, jak one sobie rosną, żyją, a jak mają problemy, to serce się tatusiowi kraje, wiadomo. Ale są też fajnym tematem do żartów do stand-upu, nie ukrywam.

Na pewno syn był studnią inspiracji. Ja miałem patent na maturę z matematyki z serwetką.

Rafał Rutkowski: Ja moich patentów nie zdradzę, ale zdawałem maturę, jak jeszcze dinozaury chodziły po Ziemi i za moich czasów matma nie była obowiązkowa, z czego się cieszyłem. W wieczór przedmaturalny pojechałem do Białegostoku, bo pod kościołem farnym zawsze była giełda przed maturą, wszyscy się zbierali, żeby omówić, jakie będą pewniaki, jakie hasła, wymiana ściąg była. Wracając do domu, miałem drobny wypadek samochodowy, nic poważnego, ale mały fiat był do klepania. Na maturze z polaka byłem wyluzowany, bo byłem tak zestresowany tym wypadkiem, że poszedłem tam po prostu z buta i to mi bardzo pomogło. Z jakich pomocy naukowych korzystałem, nie mogę powiedzieć, bo to nielegalne. A potem zdawałem maturę z historii i też korzystałem z pomocy naukowej, ale to była zupełnie inna matura. Uważam, że młodzież, która teraz zdaje maturę, ma znacznie trudniej, z tym że my po niezdanej maturze mogliśmy iść do wojska, a oni nie, więc w sumie jest 1:1.

Redakcja poleca

Dzisiaj mówisz, że lubisz być tatą, ale kiedyś cię to bardziej przerażało, powodowało jakieś lęki.

Rafał Rutkowski: Jakoś tak do dwudziestego ósmego roku życia raczej nie wyobrażałem sobie siebie jako taty po prostu. I, mówiąc szczerze, nie byłem też wielkim fanem dzieci. Bez konkretnego powodu. Po prostu byłem młodym mężczyzną po szkole aktorskiej, który raczej uganiał się wtedy za kobietami, jeżeli mówimy o prywatnym życiu, a nie myślałem o sobie jako o kimś, kto będzie się zajmował dziećmi. Poza tym chciałem się zajmować bardziej sobą. Ale kiedy poznałem moją żonę, to ona już miała dziecko w pakiecie, półtoraroczną Maję. I nagle strzał Amora spowodował, że dostałem dwa serca, mojej żony i mojej córki, zostałem ojcem z dnia na dzień i okazało się, że można. Dzięki mojej żonie i mojej córce, bo to są cudowne osoby, okazało się, że bardzo łatwo mi to przyszło.

A wcześniej byłeś bardziej typem samotnika, solisty? Osoby, która szła przez życie z jaką myślą?

Rafał Rutkowski: Nigdy samotnikiem nie byłem, to znaczy byłem, ale nie jestem typem samotnika. Ja raczej jestem zwierzęciem stadnym, lubię być z kimś. Myślę, że gdybym wylądował na bezludnej wyspie jako Robinson Crusoe to chyba bym skończył ze sobą szybciej, żeby nie cierpieć samotnie. Jestem osobą, która zawsze z kimś chciała być, ale miałem czasy singielskie. Jako singiel się męczyłem. Są pewne rytuały, które facet singiel musi odbyć. Musi gdzieś chodzić, polować na dziewczynę albo przynajmniej udawać, że to robi. Kogo interesuje siedzenie wieczorem w chacie i słuchanie muzy samemu albo oglądanie jakichś filmów.

Myślę, że jest wielu takich.

Rafał Rutkowski: Wiem, ale ja taki nie jestem. Dla mnie to był koszmar. Oczywiście, raz od wielkiego dzwonu można to zrobić, ale nie jako... patent na życie. To kompletnie nie jestem ja. Ale też z drugiej strony, związek „z braku laku” też mnie nie interesował. Bo ja jestem człowiek leniwy.

Jesteś wymagający w stosunku do innych? Muszą cię interesować, żebyś chciał z nimi spędzać czas?

Rafał Rutkowski: Moja żona twierdzi, że jestem dosyć prosty w użyciu. Ja uważam, że to jest najlepsze, i się z nią zgadzam. Nie jestem jakąś, tak mi się przynajmniej wydaje, skomplikowaną osobą. Przede wszystkim jestem leniwy. I w związku z tym uważam, że leniwej osobie najlepiej jest znaleźć partnerkę, która nie wymaga zbyt dużej obsługi. Czyli taką, która od razu cię rozumie, lubi cię takim, jakim jesteś, i vice versa, możecie porozumieć się bez słów i niewiele wymaga tłumaczenia. Ja złapałem wspaniałą, dojrzałą kobietę od razu z dzieckiem, która miała samochód, miała tę skrzyneczkę z narzędziami, była samowystarczalna, urodzona w Szwecji. W związku z tym stwierdziłem: to jest to!

Jesteś trochę… pantoflem?

Rafał Rutkowski: W domu tak, absolutnie, jestem pantoflem. I jest mi z tym bardzo wygodnie. Znam takich, co mają odwrotnie. Są lwami w domu, a na zewnątrz, w pracy odwrotnie. To, co mogę oddać, to absolutnie żonie oddaję. Ona jest w wielu rzeczach wybitna, genialna i ja w ogóle nie mam frajdy w tym, żeby jej udowadniać, że jestem lepszy w czymś, w czym ona wygrywa już na starcie. Po co? To w ogóle nie ma sensu. Jak moja żona, na przykład, chce pomalować ścianę, to mógłbym udawać eksperta i coś opowiadać, że tu coś... A ja wiem, że raz, ja w ogóle się na tym nie znam, dwa, że mnie to jakby trochę hmmm... I ona maluje, a ja tylko biję brawo i mówię „wspaniale”.

Zawsze tak podchodzisz do życia? Optymizm odziedziczyłeś, humor wyssałeś z mlekiem matki? Czy to życie cię nauczyło dystansu, żartu, humoru?

Rafał Rutkowski: To na pewno geny. Dziadek był kawalarzem, mój ojciec uwielbiał opowiadać anegdoty, a i moja matka jest osobą bardzo pogodną i bardziej szukającą sytuacji, w których można się uśmiechnąć, niż posmucić. Więc raczej wyniosłem to z domu. Myślę, że gdyby moi rodzice byli ponurakami, ja pewnie też byłbym ponurakiem, bo to się jednak dziedziczy. Cieszę się, że takie geny odziedziczyłem. Absolutnie uwielbiam pozytywne wibracje. Po prostu wolę uśmiech. Też pewnie z tego powodu robię to, co robię zawodowo. A jeśli można zawodowo bawić ludzi i jednocześnie samemu mieć z tego frajdę, no to czego chcieć więcej?

A powiedz mi, co jeszcze wyciągnąłeś z domu?

Rafał Rutkowski: Z domu wyciągnąłem wtyczkę z kontaktu. To taki suchar, ale może ktoś to doceni. Tu kolega redaktor się mało nie zapluł. A na poważnie, w domu dostałem akceptację, poczucie bezpieczeństwa i bycia kochanym. To są niby takie banały, ale, jak to mówił mój znajomy, czego więcej można nauczyć swoje dzieci? Tego, jaki się ma stosunek do swojej partnerki czy partnera, a resztę sobie doczytają. Ja to sobie wziąłem bardzo do serca. Bo my jako dzieci jesteśmy obserwatorami. Mój dom był domem, gdzie czułem się raczej bezpiecznie. Miałem dziadków, u których uwielbiałem przebywać. Po prostu spokojnie się sobie rozwijałem, nie było ani jakichś wielkich traum, ani jakichś burz, które by mnie przewróciły. Moi rodzice się rozwiedli tak, że nawet za bardzo tego nie odczułem. A potem, kiedy jechałem na studia do Warszawy, dostałem błogosławieństwo. Nikt mi nigdy nie mówił: „A może zostaniesz dentystą?” albo kimś innym. Rodzice zawsze cenili moje wybory i mnie wspierali. Pewnie mi ufali trochę. Może nie dałem im powodu do tego, żeby się martwili o mnie, nigdy nie robiłem jakichś głupot w dzieciństwie ani nie byłem dzieckiem, które wsadzało mokre paluszki do gniazdka.

Ale byłeś dzieckiem zabawowym, rozbrykanym, miałeś swoją bandę? Bo mówisz że nie sprawiałeś żadnych problemów, ale zakładam, że kiedy się biega po podwórku, to dzieci się jakoś wzajemnie kształtują.

Rafał Rutkowski: Ja się kształtowałem pewnie jak większość moich rówieśników. Urodziłem się w 1973 roku, więc moje dzieciństwo to częściowo lata 70. i całe 80. Biegaliśmy po podwórku całymi dniami. Za bardzo nie było innych rozrywek, więc graliśmy w piłkę, w kosza, bawiliśmy się w wojnę jak czterej pancerni, więc tak zwaną socjalną szkołę życia odebrałem. Myślę, że taką najlepszą po prostu. Jeździłem na kolonie, gdzie trzeba było się w boju uczyć, kto jest liderem, a kto nie. Ale to wszystko było bardzo naturalne i fajne. Cieszę się, bo uważam, że jestem dość dobrze zsocjalizowany i nieźle sobie radzę wśród ludzi. Moje dzieciństwo było, myślę, niezłe.

Kawalarzem byłeś już od dzieciństwa. Jak odkryłeś, że uwielbiasz życie towarzyskie?

Rafał Rutkowski: Dosyć wcześnie to odkryłem, bo po prostu lubiłem być w towarzystwie. Jak wszyscy doskonale wiemy, w latach 80. za ciężkiej komuny jedyne życie, jakie miało sens, to było życie towarzyskie. Więc tak zwane imprezy domówki, prywatki, jak zwał tak zwał, nie odbywały się tylko w weekendy, one się odbywały w zasadzie codziennie. Powodów, żeby zrobić imprezę, było zawsze mnóstwo. Jak ktoś miał imieniny, to robił imprezę, nie zapraszając nikogo, bo i tak wiadomo było, że zwali się tłum ludzi. Tak było za komuny. I ja to uwielbiałem. A będąc w towarzystwie dorosłych – bardzo lubiłem być w towarzystwie dorosłych – słuchałem anegdot, żartów i szybko to zasysałem. Miałem pamięć do anegdot, a potem sprzedawałem je kumplom. Ponieważ to były anegdoty dorosłych, więc były to prawdziwe anegdoty, a nie takie o dwóch pomidorach, co idą po plaży. I wtedy odkryłem, że lubię opowiadać żarty i umiem opowiadać żarty. A w dodatku ludzie, którzy tego słuchają, się śmieją, więc to wszystko dobrze działało. A potem zacząłem robić też inne rzeczy, na przykład wymyślałem skecze na obozach, i wydaje mi się, że wtedy poczułem frajdę kreowania humoru, robienia czegoś naprawdę zabawnego, a nie bycia pranksterem, czyli wylewania komuś na łeb kubła wody, z czego część ludzi będzie się śmiała, a część nie. Adrenaliny szukałem w  opowiadaniu żartów, zagraniu czegoś, a nie w robieniu tak zwanych psikusów.

Redakcja poleca

Czy na scenie łatwiej ci być solistą czy grać zespołowo?

Rafał Rutkowski: Kiedy skończyłem szkołę teatralną, założyliśmy grupę Teatr Montownia i to absolutnie była praca zespołowa. To był taki teamwork w stylu amerykańskim, to znaczy jeden za wszystkich, wszyscy za jednego. Przez dwadzieścia parę lat ten teatr odniósł, myślę, dosyć spory sukces na polskim rynku teatralnym. To był absolutnie teamwork. Wiem, że to potrafię, to było super, bo graliśmy na szyld teatru, a nie na siebie. Ale potem zasmakowałem w byciu solistą, czyli zacząłem robić one-man show i stand-up, kiedy to reflektor skierowany jest tylko na mnie, i tu też się wyszalałem. Więc i bycie solistą, i praca w grupie jest dla mnie, i tu, i tu czuję się dobrze.

Jakie narzędzia dała ci szkoła teatralna do bycia stand-uperem?

Rafał Rutkowski: Wyraźne mówienie, dykcja, głos, umiejętność bycia na scenie, obycie z widownią i pewną umiejętność komponowania anegdoty, monologu, kompozycji scenicznej. Reszty w stand-upie musiałem się nauczyć sam.

A skąd w głowie pojawiła ci się szkoła teatralna? Skąd pomysł, by wyjechać z Białegostoku do Warszawy?

Rafał Rutkowski: To była najbliższa szkoła teatralna. Dalej były tylko w Łódź i Kraków. Ja oczywiście, tak jak większość, byłem w kółku teatralnym „Klaps” w Białymstoku. Z tego kółka było kilku studentów szkoły teatralnej i stwierdziłem, że też tam pójdę. Ale to nie było tak, że to było moje wielkie marzenie: że albo zostanę aktorem, albo nikim w życiu. Czułem podświadomie, że to nie jest poważny fach, żeby było jasne. W Białymstoku sporo moich kumpli poszło na prawo, na ekonomię…

Ty też zastanawiałeś się nad SGH-em, prawda?

Rafał Rutkowski: Nie, ja się zastanawiałem nad prawem. Dziwne to było, ale po prostu wydawało mi się, że to jest jakiś fach, którego można dotknąć. A aktorstwo? Absolutnie nie. Poza tym tak naprawdę nie miałem zielonego pojęcia, co to jest aktorstwo. W Białymstoku nie chodziłem do teatru. Raz poszedłem na „Wesele” i to było straszne przedstawienie, tak straszne, że już więcej nie. Ale potem byłem na musicalu „Metro”, który dopiero startował. I zwariowałem, jak obejrzałem ten musical. Stwierdziłem: wow! A potem jeszcze byłem na dyplomie szkoły teatralnej, gdzie Rafał Królikowski, będąc jeszcze studentem, zagrał w „Awanturze w Chioggi”. Zobaczyłem olśniewającą rolę Rafała i stwierdziłem: aha, czyli to jest tak. No i jakoś dostałem się do szkoły teatralnej. Po pierwszych dwóch miesiącach studiów zorientowałem się, że w ogóle nie o to chodzi, że aktorstwo nie jest tym, co sobie myślałem, że to nie jest łatwe, przyjemne: że wyjdę na scenę, ludzie na mnie popatrzą, zarobię kupę pieniędzy, kupię szybkie auto i dziewczyny będą mi się rzucać na maskę. Zobaczyłem, że to jest fach trudny, wymagający mnóstwa pracy, niedający w ogóle poczucia bezpieczeństwa, frustrujący. Że konkurujesz nie tylko z widownią, nie tylko z kumplami, koleżankami, ale sam ze sobą, że to jest ciągłe grzebanie w sobie. A ja jestem osobą leniwą, więc miałem taki moment: czy ja naprawdę się do tego nadaję? W sensie: czy ja to dźwignę. A ponieważ z drugiej strony jestem ambitny, to stwierdziłem, że chyba dźwignę, skoro już zacząłem te studia. Szybko zorientowałem się też, że interesuje mnie praktyka, a nie siedzenie i ćwiczenie. Więc szybko zaczęliśmy robić spektakle studenckie, założyliśmy koło naukowe. I tak learning by doing, jak mówią Czesi... W ten sposób pokochałem ten fach.

A powiedz jeszcze, czy to twoje lenistwo zawsze przekuwa się w ambicję? Czy to są dwa odmienne demony, które idą ze sobą w parze?

Rafał Rutkowski: Człowiek leniwy szuka najprostszych rozwiązań, żeby się za bardzo nie napracować. Czasami to mi pomaga, czasami mi przeszkadza, ale myślę, że takie zdrowe lenistwo pomaga też w tym, że człowiek się tak bardzo pewnymi rzeczami nie przejmuje albo sam się nie dojeżdża. Bo dojechać się, będąc aktorem, jest bardzo łatwo. Większość aktorów to są ludzie tak kochający swoją pracę, że mogą jej poświęcić wszystko.

Całej rozmowy z Rafałem Rutkowskim można posłuchać na kanale Chillizet na You Tube'ie.

Oglądaj

Redakcja poleca

Źródło: CHILLIZET / audycja „Zza kulis”/ spisała i zredagowała Aleksandra Sobieraj