Traumy dzieciństwa można przekuć w siłę. Tylko trzeba wiedzieć jak

12 min. czytania
Aktualizacja 07.03.2024
07.03.2024 07:46
Zareaguj Reakcja
---- ----

Traumy z dzieciństwa mogą mieć ogromny wpływ na nasze dalsze życie, ale nie muszą. Możemy je przekuć w naszą siłę. Jak to zrobić, wyjaśnia dr Adam Zemełka, doktor nauk społecznych w zakresie psychologii oraz doktor nauk medycznych i nauk o zdrowiu z Uniwersytetu WSB Merito w Poznaniu, terapeuta i autor książki "Autoterapia. 100 dni do szczęśliwego życia", wydanej przez Sensus. 

Traumy dzieciństwa
fot. Shutterstock
--1-- ----

Aleksandra Sobieraj: Porozmawiajmy o traumach dzieciństwa, bo nie ma wątpliwości, że wydarzenia z pierwszych lat życia rezonują w nas najdłużej. Trudno pozbyć się nabytych wtedy przekonań, choć może to rodzić w dorosłości pewne problemy. Czym właściwie są traumy dzieciństwa?

Adam Zemełka: Wydarzenia traumatyczne to są takie zdarzenia, które pozostawiają dość mocny ślad na naszej psychice. Celowo używam określania "mocny ślad", a nie "trwały ślad", ponieważ doświadczenia traumatyczne nie zawsze stają się piętnem niezbywalnym. One mogą stać się doświadczeniem bardzo trudnym, i z reguły takim są, skoro mowa o traumie. One mogą wywrzeć na nas bardzo duży wpływ, ale wcale nie oznacza to, że nasze życie będzie już do końca podporządkowane tym wydarzeniom.

Trauma niejedno ma imię. Może nim być doświadczenie jednokrotne, na przykład nadużycie seksualne, gwałt, ale także doświadczenie o charakterze ciągłym, na przykład zaniedbanie, ubóstwo, albo stałe doświadczanie przemocy psychicznej. Te ostatnie mogą wywrzeć znacznie głębszy wpływ na dorosłe życie, niż na przykład jednokrotne wydarzenie traumatyzujące.

Aleksandra Sobieraj: A dlaczego tak chętnie traumy dzieciństwa obarczamy winą naszych niepowodzeń życiowych?

Adam Zemełka: Myślę, że trochę winy ponosi Zygmunt Freud i psychoanaliza. To człowiek stworzył pierwszą szkołę psychoterapeutyczną i był bardzo medialny, popularny, tym samym mocno naznaczył dalszy rozwój psychoterapii i psychologii w skali globalnej. Niestety nie było to coś aż tak pozytywnego, jakby się wydawało. Staram się być bardzo dyplomatyczny, bo jestem, gdy chodzi o Freuda, zdecydowanym sceptykiem. Jeffrey Liberman, który napisał znakomitą książkę "Czarna owca medycyny. Nieopowiedziana historia psychiatrii", napisał tam o zaczadzeniu amerykańskiej psychologii i psychiatrii przez psychoanalizę. Wszelkie poglądy, które były odstępstwem od myślenia psychoanalitycznego, nie były poglądami akceptowalnymi, a ludzie, którzy je reprezentowali, nie byli ludźmi dobrze widzianymi na uniwersytetach, czy w poważnych ośrodkach badawczych. Tak więc ta popularna narracja mówiąca o poszukiwaniu źródeł traum w dzieciństwie, jest w dużej mierze zafundowana nam przez psychoanalizę.

Zresztą pokłosiem psychoanalizy było dość upiorne zjawisko w Stanach Zjednoczonych w drugiej połowie XX wieku – chodzi o ruch na rzecz odzyskanej pamięci. To było wielkie przedsięwzięcie polegające na tym, że ogromne rzesze terapeutów usiłowały tłumaczyć swoim pacjentom, że na przykład za ich depresją w dorosłym życiu stoi trauma związana z molestowaniem przez ojca w pierwszych latach ich życia. I pewnie nie budziłby to kontrowersji, gdyby rzeczywiście chodziło o prawdziwe ofiary gwałtów, czy nadużyć. Natomiast w dużej mierze chodziło o osoby, które nigdy nie doświadczyły takiego wydarzenia, a którym go wmawiano. Usiłowano tym osobom wmówić, że ich aktualne problemy mają źródło w nadużyciu seksualnym, którego sprawcami mieliby być rodzice. Z tego narodziło się bardzo wiele rodzinnych tragedii, rozpadów rodzin, a nawet samobójstw. To było pokłosie tego ruchu. Oczywiście ciężko za to winić samego Freuda, bo on już wtedy nie żył, nie zainicjował tego ruchu. Zrobili to ci, którzy zbyt mocno uwierzyli w ideę Freuda, mówiącą o tym, że większość naszych problemów w życiu dorosłym, mam na myśli problemy psychiczne, emocjonalne, relacyjne, ma swoje źródło w dzieciństwie. Oni zagalopowali się w tym tropieniu rzekomych traum. A wcale tak nie musi być, wiele naszych problemów nie ma nic wspólnego z naszym dzieciństwem. I tak też jest ok.

Redakcja poleca

Aleksandra Sobieraj: A może właśnie to bolesne grzebanie w dzieciństwie jest powodem strachu Polaków przed pójściem do psychologa, lub na psychoterapię?

Adam Zemełka: Rzeczywiście tak jest. Jesteśmy społeczeństwem, które krok po kroku odrabia tę lekcję, jaką jest oswojenie się z szeroko rozumianą pomocą psychologiczną. Odnoszę wrażenie, że z roku na rok jest trochę lepiej, że ta stygmatyzacja osób leczących się jest coraz mniejsza i coraz więcej osób mówi otwarcie, że korzysta z pomocy terapeuty. Niektóre statystyki mówią, że 8 milionów dorosłych Polaków zmaga się z problemami psychicznymi, czyli co czwarty z nas. Nie wszyscy jednak korzystają z profesjonalnej pomocy.

Aleksandra Sobieraj: Jest też chyba coraz większe przyzwolenie na to, żeby zająć się swoją psychiką, emocjami. Kiedyś raczej mówiło się: "nie zajmuj się głupotami, weź się do roboty".

Adam Zemełka: W jednym z rozdziałów książki "Autoterapia. 100 dni do szczęśliwego życia" opisałem historię mojej babci. Ona w dość krótkim czasie doświadczyła serii utraty najbliższych osób. Udała się więc po pomoc medyczną, a że babcia mieszkała na wsi, no to trafiła nie do lekarza, tylko do felczera. On dość dosadnie babci leczenie psychiatryczne wyperswadował. Stwierdził, że babcia z całą pewnością żadnej nerwicy nie ma, a nawet gdyby miała, no to jest to i tak nieuleczalne medycznie. Jego zdaniem jedynym sposobem na to jest praca. Dał mojej babci wtedy dwie wskazówki: pierwsza – przestać myśleć, druga – wziąć się do roboty. W jej przypadku akurat to poskutkowało, bo nie podjęła nigdy żadnego, fachowego, psychiatrycznego leczenia. Dała sobie w życiu radę, pomimo tak dużych traumatycznych doświadczeń. Myślę jednak, że wiele osób mogłoby to zbić z tropu, a nawet podłamać, gdyby usłyszeli od specjalisty, że nie ma na coś leku i że tych symptomów, które odczuwają, nie mogą się pozbyć, prawda? Na szczęście współczesna psychiatria dysponuje lekami, które są bardzo dobre i skuteczne. Jeśli więc ktoś ma objawy, które mu doskwierają, nawet w takim znaczeniu fizycznym, to warto skonsultować się z lekarzem psychiatrą i skorzystać z farmakoterapii. Leki pomogą nam wrócić do równowagi i podjąć pracę terapeutyczną.

Aleksandra Sobieraj: Od czego zacząć rozprawianie się z rozpamiętywaniem przeszłości, ze zrzucaniem winy na traumy dzieciństwa lub inne osoby?

Adam Zemełka: Czasem, gdy znajdziemy winowajcę, sprawcę, to nam wiele rzeczy ułatwia, prawda? Gdy czujemy się niedobrze, to najpierw szukamy sprawcy w naszym organizmie, a jeśli go nie znajdziemy, to zaczynamy go szukać w otoczeniu, a jak nie ma w otoczeniu, to szukamy w przeszłości. Bo odszukanie sprawcy, może być takim momentem, w którym poczujemy ulgę. "Aha, już wiem, dlaczego czuję się tak niedobrze, dlaczego doświadczam takich, a nie innych zaburzeń". Ale to nie jest takie proste, niestety... Bardzo trudno znaleźć taki prosty związek przyczynowo-skutkowy, pomiędzy doświadczeniami sprzed wielu lat, a na przykład objawionymi niedawno zaburzeniami depresyjnymi, czy zaburzeniami lękowymi. On może oczywiście wystąpić. Pewne rzeczy, których doświadczyliśmy dawno temu, które wywarły wpływ na naszą psychikę, mogły sprawić, że na przykład w siebie nie wierzymy, albo trudniej radzimy sobie ze stresem. Jednak ten związek nie jest aż tak prosty, jak mogłoby się nam wydawać, czy jak się wydawało Freudowi, czy psychoanalitykom.

Freud uważał, że skoro za większość naszych obecnych, dorosłych problemów odpowiada dzieciństwo, no to metodą wyjścia z tej sytuacji będzie ponowne przeżycie tych bolesnych, traumatycznych wydarzeń, ale w gabinecie psychoanalityka. Freud używał nawet takiego pojęcia "ponowne przeczołganie się". Współczesna psychologia mówi, że to niekoniecznie dobra metoda. Na przykład leczenie zespołu stresu pourazowego (PTSD) psychoanalizą okazywało się przeciwskuteczne. To ciągłe rozgrzebywanie, rozpamiętywanie, doszukiwanie się w sobie, okazywało się tak naprawdę błędnym kołem, które tylko wzmacniało objawy, jakich doświadczali pacjenci. Zatem nie zawsze to jest najlepszy sposób leczenia.

Natomiast jeżeli mamy jakieś trudności w komunikacji, np. trudności w budowaniu relacji, i myślimy sobie, że to dlatego, że nie nauczyli nas tego rodzice. To musimy sobie zadać pytanie: "Co z tego wynika?". Co daje nam taka wiedza, takie przekonanie, że to jest po części odpowiedzialność naszych rodziców? Czy my, uznając to, będziemy się czuli szczęśliwsi? Czy będzie nam dzięki temu lepiej, łatwiej? Jeśli tak, to ok, w porządku. Ja bym jednak dodał jeszcze jedno pytanie: Jak ja sobie radziłem, gdy moi rodzice kiepsko się ze mną komunikowali? Jeśli dałem sobie radę, nie zwaliło mnie to z nóg, nie odcięło mnie to od całego świata, i nie sprawiło, że nie potrafię w ogóle nawiązywać relacji, to teraz też sobie poradzę. Takie pytania o radzenie sobie są popularne w nurcie terapii skoncentrowanej na rozwiązaniach, która jest mi bardzo bliska. Uważam, że są to pytania sensowne, bo one nie odcinają nas od przeszłości, jak czasami mówią krytycy tej terapii (zarzucają jej, że jest powierzchowna, bo skupia się na tu i teraz). Tymczasem ona skupia się, na tym, czego klient chce w terapii. Tylko, gdy mowa, chociażby o traumie, to bardziej będzie nas w terapii interesowało to, jak klient sobie z nią radził, jakich metod używał, żeby poprzyglądać się temu, co można zrobić inaczej, albo co można zrobić ponownie.

Aleksandra Sobieraj: W książce dowodzi Pan, że w każdym z nas tkwi taka siła, która może nam pomóc poradzić sobie z jakimiś trudnym doświadczeniem lub problemami, które mamy aktualnie w życiu (np. emocjonalnymi, czy też relacyjnymi). To założenie terapii skoncentrowanej na rozwiązaniach.

Adam Zemełka: Też, ale też terapii racjonalno-emotywnej, terapii zachowań Alberta Ellisa, która w sumie była taką moją pierwszą miłością terapeutyczną. Albert Ellis, amerykański psycholog, psychoterapeuta, miał takie znakomite powiedzenie, że w każdym z nas jest wielka siła twórcza, kreatywna do tego, żeby wychodzić na prostą, ale w nas jest także siła autodestrukcyjna. To właściwie koresponduje też z badaniami współczesnymi, na przykład Philipa Zimbardo. Napisał on książkę "Efekt Lucyfera", a także "Paradoks czasu", mniej więcej w tym samym czasie, ale stworzył później też taką ideę projektu bohaterskiej wyobraźni. I te jego prace mówią z jednej strony o ciemnej stronie natury ludzkiej, o skłonności do przemocy, do okrucieństwa, a z drugiej strony o banalności heroizmu (może to być po prostu wyciągnięcie ręki do drugiego człowieka). To pokazuje nam dwie strony naszej natury. Do jednego i do drugiego jesteśmy zdolni, ale w terapii chodzi o to, aby wykorzystać tę naturę twórczą, tę, która nas tak wyciąga na prostą. Terapia skoncentrowana na rozwiązaniach przyjmuje założenie, że zawsze istnieją wyjątki od problemu, że problem nigdy nie jest taki sam z równą intensywnością, bez przerwy, że muszą istnieć momenty, gdy jest trochę mniejszy, gdy mniej go odczuwamy. W tej terapii zastanawiamy się, co takiego wtedy się dzieje w naszym życiu, co takiego my robimy, że problem staje się mniejszy.

Redakcja poleca

Aleksandra Sobieraj: Wiemy już, że terapia pomaga, a czym jest autoterapia?

Adam Zemełka: Autoterapia jest taką samopomocą psychologiczną, takim samodzielnym pracowaniem nad swoim dobrostanem, nad swoją kondycją psychiczną i ona wcale nie musi być tylko odpowiedzią na zaburzenia psychiczne. Ona może też służyć za rodzaj rozwoju osobistego, do tego, żeby po prostu nad sobą popracować, poprzyglądać się sobie, może powzmacniać pewne swoje umiejętności, np. radzenia sobie z problemami.

Autoterapia naturalnie też może być taką metodą pracy dla osób, które są dotknięte zaburzeniami psychicznymi, ale jeżeli osoby takie podjęły terapię tradycyjną, to ja nigdy bym ich do terapii tradycyjnej nie zniechęcał. Uważam, że psychoterapia i autoterapia mogą się uzupełniać. Autoterapia może być rodzajem zadania domowego, które systematycznie wykonujemy. Zatem, ogólnie rzecz ujmując, jest to metoda samopomocy psychologicznej.

Aleksandra Sobieraj: Niektóre osoby ukrywają swoje traumy z dzieciństwa pod dywan, np. molestowane czy zaniedbanie przed rodziców, udając, że ich nie było. Pytanie, czy one nie wyjdą spod tego dywanu w najmniej spodziewanym momencie?

Adam Zemełka: Pytanie, czym byłoby to schowanie pod ten dywan? Czy wypieraniem tego doświadczenia ze swojej świadomości i uznaniem, że go nie było? A może raczej uważamy, że owszem było i było potworne, że w ogóle nie powinno się przydarzyć, ale nie zamierzamy być więźniem przeszłości, więźniem tego doświadczenia.

W przypadku tego drugiego scenariusza zdarza się, że nie chcemy rozmawiać o tym doświadczeniu ani z psychologiem, ani psychoterapeutą. Ale to doświadczenie mamy w pamięci, ono na nas wpływa. Radzimy sobie, wyciągamy wnioski z tego doświadczenia. Może ono pokazało nam, że mamy w sobie siłę, jakiej się nie spodziewaliśmy? Traumatyzujące doświadczenia z reguły stają się źródłem zasobu, jakim jest radzenie sobie. Nagle odkrywamy, że mamy w sobie mnóstwo siły. Bywa więc, że te doświadczenia wcale nie muszą być źródłem takiej ropiejącej rany, że nie muszą tylko wysączać z siebie bólu, który nas paraliżuje. One bolą krócej lub dłużej, mniej lub bardziej, ale mogą też stać się źródłem informacji o nas samych, jak bardzo jesteśmy silni, albo też, jakie mamy w sobie zasoby takie psychologiczne, które pozwalają nam mimo wszystko funkcjonować.

Jest taka znakomita książka "50 wielkich mitów psychologii popularnej", wbrew tytułowi nie jest żadnym powierzchownym poradnikiem. Jeden z tych mitów głosi, że doświadczenie nadużycia seksualnego we wczesnych etapach życia nieuchronnie prowadzi do zaburzeń psychicznych w wieku dorosłym. Autorzy tej książki twierdzą, nie zaobserwowano takiej zależności. Oczywiście, jeśli ktoś był stale wykorzystywany, to z pewnością to będzie rzutować na jego dalsze życie, takie wydarzenia mogą mocno podciąć mu skrzydła. Natomiast jednorazowe zdarzenia traumatyczne może, wbrew pozorom, czynić ludzi silniejszymi psychicznie. To oczywiście wcale nie oznacza, że to zdarzenie jest dobrym doświadczeniem, bo nikt nie chciałby go doświadczyć, ale jest doświadczeniem, które wcale nie musi przekreślać naszych szans na szczęście, ani nie musi determinować przyszłych chorób psychicznych.

Aleksandra Sobieraj: Porozmawiajmy chwilę o Pana książce. Muszę powiedzieć, że urzekają mnie motta poszczególnych rozdziałów, np. "Jeśli nie potrafimy kochać samych siebie, trudno będzie nam pokochać innych", "Rozmowa wokół problemu generuje problemy, rozmowa wokół rozwiązań generuje rozwiązania", "Nie zdarzenia niepokoją człowieka, ale to, jak on je postrzega". Wydaje mi się jednak, że taka autoterapia jest strasznie trudna.

Adam Zemełka: Albert Ellis, o którym już wspomniałem, podkreślał, że zmiana jest możliwa, ale utrzymanie jej efektów wymaga zaangażowania, wytężonej i systematycznej pracy. Ktoś może sobie pomyśleć: "To ja mam teraz codziennie przerabiać po jednym rozdziale książki? To będzie męczące". Moim zdaniem, warto znaleźć swój własny sposób na autoterapię. Bierzmy z niej to, co nam się podoba, z reszty rezygnujmy. Budda kiedyś powiedział: "Nie wierzcie mi na słowo, tylko sprawdzajcie i wybierajcie z moich nauk te, które są dla was użyteczne". Myślę, że warto sobie to motto wziąć do serca, nie tylko w autoterapii, ale też w szeroko rozumianym rozwoju osobistym. Inną metodą jest metoda małych kroków. Jeśli chcemy wprowadzać jakiekolwiek zmiany, to róbmy to jak najmniejszymi krokami. To jest najskuteczniejszy sposób utrwalania nawyku, często porównuje się go do metody Kaizen, jako metody mikrointerwencji dla makrozmian.

Jest taka znakomita książka amerykańskiego psychiatry Roberta Maurera pod tytułem "Kaizen". On opisuje w nim historię swojej pacjentki, która chciała wyleczyć otyłość, ale nie ma na nic siły i czasu. Przychodzi do domu późno, bo pracuje na półtora etatu, ma dzieci, musi ugotować i że jedyną jej chwilą dla siebie jest moment, kiedy tuż przed snem opada na kanapę przed telewizorem, chwilę ogląda jakiś program, a potem zasypia. Maurer napisał, że zalecił jej, by tuż przed tym opadnięciem na kanapę wykonała pięć okrążeń kanapy. Robiła to. Na kolejnym spotkaniu poprosił ją, by kilka razy obeszła swój dom, a potem zaczęła spacerować. W ten sposób wyrobił w niej nawyk aktywności fizycznej metodą małych kroczków.

Redakcja poleca

Aleksandra Sobieraj: Nie chciałabym opowiadać całej Pana książki, ale jeszcze trzy zdania utkwiły mi w głowie: "Jeśli coś się nie zepsuło, nie naprawiaj. Jeśli coś działa, rób tego więcej. Jeśli coś nie działa, przestań to robić i zacznij robić coś innego". To są trzy podstawowe zasady terapii skoncentrowanej na rozwiązaniach, którą Pan stosuje.

Adam Zemełka: Uważam, że to bardzo dobre motto, zwłaszcza w terapii. Warto szukać tego, co działa, przyglądać się temu, co działa. Oczywiście możemy mówić przez wiele sesji, o tym, o tym, co jest źle i jak nam niedobrze. Natomiast pytanie, na ile nas to też przybliża do tego, czego chcemy. Po pierwsze, my jako ludzie też mamy taką skłonność, zwłaszcza gdy chodzi o nasze zdrowie psychiczne, by mówić na przykład: "Nie chcę już się bać", "Nie chcę mieć tych natrętnych myśli", "Nie chcę mieć już tej tremy". Natomiast zasadnicze pytanie brzmi, co chcesz mieć w zamian? Bo jeżeli nie będzie natrętnych myśli, lęku oraz tremy, to co będzie w zamian? Bo coś będzie. Kiedy już będziemy wiedzieli, czego chcemy w zamian, to możemy się wspólnie zastanowić, ile tego "w zamian" już jest w naszym życiu? A potem zaplanować kroki, by tego "w zamian" było więcej. To jest właśnie myślenie w kategoriach dodatnich. Ono jest najskuteczniejsze. Kiedy myślimy w kategoriach deficytu, czyli czego ma nie być, czego nie chce, co mi doskwiera, to cały czas kręcimy się wokół problemu, a nie rozwiązania.
Aleksandra Sobieraj: Dążenie do czegoś, co jest pozytywne, jest dużo łatwiejsze niż rozprawianie się z czymś bolesnym, trudnym...

Adam Zemełka: Tak, zwłaszcza z rzeczami, na które nie mamy już wpływu.

Aleksandra Sobieraj: Czy może być za późno na pracę nad sobą?

Adam Zemełka: Nasza osobowość kształtuje się przez całe życie. Z reguły, mówiąc o tym, jacy jesteśmy, podkreśla się, że temperament jest naszym wkładem wrodzonym w to, jacy jesteśmy, tym wkładem genetycznym, który otrzymujemy od naszych rodziców. Natomiast osobowość kształtuje się pod wpływem doświadczenia i jest taką wypadkową temperamentu i naszych doświadczeń, naszego wychowania, kontaktów z innymi ludźmi itd. Więc na zmianę nigdy nie jest za późno. Pewien znakomity terapeuta, którego przywołuję w swojej książce – Milton Erickson, głosił, że nigdy nie jest za późno na szczęśliwe dzieciństwo.

Aleksandra Sobieraj: Może pan to wytłumaczyć?

Adam Zemełka: Nigdy nie jest za późno na szczęśliwe dzieciństwo, bo nasze nadzieje związane z dzieciństwem, mogą być spełnione także w życiu dorosłym. Jeżeli na przykład zabrakło mi w dzieciństwie poczucia bezpieczeństwa, to ja teraz mam sprawczość i wpływ na to, by to poczucie bezpieczeństwa budować. Jeśli zabrakło mi zabawy, to teraz mogę doświadczać rzeczy przyjemnych i oddawać się różnym rozrywkom. Jeżeli zabrakło mi kontaktów z rówieśnikami, to mam rówieśników też i teraz, w tym moim obecnym życiu, więc mogę to nadrobić.

Wiem, że nie cofniemy czasu, który upłynął. Nie ma się co oszukiwać, natomiast możemy rozmaite nasze braki, deficyty i żale w pewnym sensie ponadrabiać w tym życiu, które mamy tu i teraz, zastanawiając się, na ile tego potrzebujemy.

Aleksandra Sobieraj: To piękne zakończenie naszej rozmowy. Nigdy nie jest za późno, na szczęśliwe dzieciństwo, nigdy nie jest za późno, żeby popracować nad szczęściem i sobą samym. Dziękuję serdecznie.

Redakcja poleca

Źródło: CHILLIZET/ podcast psychologiczny Psyche