Na antenie:

Depresja często ukrywa się pod maską. Jak mądrze wesprzeć chorego?

14 min. czytania
Aktualizacja 07.02.2024
08.01.2024 13:11
Zareaguj Reakcja

Depresja, a właściwie zaburzenie depresyjne, może odebrać radość życia, a potem nawet życie, dlatego należy ją leczyć. Jednak w początkowej fazie choroby chory może nie mieć siły, by pójść do lekarza. Na co powinno zwrócić uwagę otoczenie chorego i jak postępować w przypadku osób chorych na depresję? O tym opowiada Szymon Żyśko, dziennikarz, współautor książki „Męska depresja”.

Depresja. Jak pomóc choremu?
fot. Shutterstock

Depresja może dotknąć każdego bez względu na płeć, wiek, status materialny, ale lubi się kryć pod różnymi maskami, dlatego tak trudno ją zdiagnozować, zwłaszcza w przypadku mężczyzn. Może się ona ukrywać pod maską odnoszącego sukcesy mężczyzny, mistrza olimpijskiego z wieloma złotymi medalami na koncie, ale też pirata drogowego, wielbiciela ekstremalnych wypraw, czy wiecznie uśmiechniętego aktora komediowego. Mężczyzną trudniej chorować, bo w społeczeństwie pokutuje przekonanie, że mężczyzna ma być silny, nie może pokazywać swojej słabości... Chłopaki przecież nie płaczą. To bardzo krzywdzące. 

Michael Phelps, amerykański pływak, 23-krotny mistrz olimpijski, 26-krotny mistrz świata, po Igrzyskach Olimpijskich w Londynie w 2012 r. próbował odebrać sobie życie. Był zwycięzcą na ustach całego świata, a jednocześnie człowiekiem potrzebującym pomocy. Na konferencji psychiatrycznej, na którą został wiele lat później zaproszony, mówił: "Zdarzały się dni, gdy czułem, że największym sukcesem jest podniesienie się z łóżka. W porównaniu z tym zdobywanie złotych medali to łatwizna. Depresja ze mną wygrywała. W końcu zrozumiałem, że muszę szukać pomocy". Tę historię przypomnieli w swojej książce "Męska depresja. Jak rozbić pancerz" jej autorzy, czyli dr hab. Krzysztof Krajewski-Siuda, psychiatra, oraz Szymon Żyśko, dziennikarz. Dlaczego o depresji częściej mówią kobiety niż mężczyźni? Dlaczego objawy depresji u mężczyzn mogą być inne niż u kobiet? Dlaczego mężczyźni rzadziej mogą liczyć na wsparcie otoczenia w swojej chorobie, za to częściej słyszą: "nie bądź jak baba, weź się w garść"? Na te pytania próbuje odpowiedzieć Szymon Żyśko.

Monika Karbarczyk: Szymon w swojej książce napisałeś, że depresja ma wiele twarzy. Właściwie ma twarz każdego człowieka, który jest tą chorobą dotknięty, ale też ma wiele masek, pod którymi się ukrywa. Co ukrywa męska maska depresji?

Szymon Żyśko: Męska maska depresji potrafi przyjąć każdą postać i ukryć dosłownie wszystko. Pretekstem do napisania tej książki było moje osobiste doświadczenie. Kilka lat temu miałem epizod depresyjny. Przyznałem się do tego publicznie, umieszczając w Internecie moje uśmiechnięte zdjęcie. Nikt nie chciał uwierzyć, że mężczyzna na tym zdjęciu tego samego dnia, dosłownie dwie godziny po zrobieniu tego zdjęcia, miał myśli samobójcze, myśli rezygnacyjne. Ludzie myśleli, że ich wkręcam.
Tą książką chciałem uciec od stereotypu skulonego, zamkniętego w ciemnym pokoju mężczyzny. Oczywiście tak również może wyglądać twarz mężczyzny w depresji, ale o wiele częściej jest to po prostu zwykła twarz kumpla z pracy, ojca, syna... Twarz zmęczona, rozdrażniona. Typowa. Depresja to zaburzenie, które jest silne, długotrwałe, które rujnuje życie każdej osoby nim dotkniętej.

Monika Karbarczyk: Jest też chorobą śmiertelną...

Szymon Żyśko: Tak i nie ma w tym przesady. Depresja jest chorobą, która może doprowadzić do stanu zagrożenia. Leczy się ją, jak każdą inną chorobę zagrażającą życiu. Pomoc zostanie nam udzielona natychmiast, nikt nas na tym etapie nie zapyta, czy mamy ubezpieczenie, czy stać nas na lekarza. Warto też pamiętać, że są różne infolinie dla osób cierpiących na depresję, różne formy wsparcia. Można z nich skorzystać nieodpłatnie.

Męska maska depresji potrafi przyjąć każdą postać i ukryć dosłownie wszystko.  - Szymon Żyśko

Monika Karbarczyk: Dotknąłeś bardzo ważnego problemu. Leczenie depresji może być w ramach NFZ-u, ale zanim pacjent trafi do lekarza, mogą minąć lata świetlne. Chciałabym, żebyś powiedział, o ile oczywiście to możliwe i nie przekracza twoich granic, w jaki sposób u Ciebie ta choroba się rozwijała. Jakie objawy Cię zaalarmowały i co było taką motywacją do tego, abyś poprosił o pomoc specjalistę?

Szymon Żyśko: Mam za sobą dwa epizody depresyjne, teraz jestem na etapie wychodzenia z farmakoterapii. Odpowiadając na Twoje pytanie, muszę się cofnąć do pierwszego epizodu depresyjnego sprzed 6 lat. Wtedy nic mnie nie zaalarmowało. Depresja podtruwa organizm, zabiera tlen i sprawia, że czujesz się coraz gorzej. Brakuje ci sił, ale jest to tak powolny proces, że ty się do tego przyzwyczajasz. To taki syndrom podgrzewanej żaby. Tak długo jest ci źle, że w końcu wychodzisz z założenia, że już tak będzie, że po prostu się starzejesz. Jeden gorszy dzień przeradza się w gorszy tydzień, w gorszy miesiąc, gorszy rok i nagle masz gorsze życie.

Wielką rolę w diagnozie odegrał mój przyjaciel, współlokator, który był młodym lekarzem w trakcie specjalizacji. To on wykazał się czujnością, powiedział mi, że czuje, że coś mu mnie odbiera. Kumplowaliśmy się, mieliśmy dużo wspólnych aktywności, fajnie spędzaliśmy czas. W pewnym momencie dostrzegł, że zaczynam się wycofywać, czego ja nie zauważyłem. Gdy zacząłem formułować myśli, które wykraczają poza złe samopoczucie, np. że może lepiej byłoby, gdyby mnie nie było, zaczął działać. No bo kto tak mówi? Smutek potrafi być dojrzałą emocją, która jest jakąś odpowiedzią na niedoskonałość świata i mamy prawo go odczuwać, ale to było coś więcej niż smutek. To był moment, w którym mój kumpel zaczął zachęcać mnie, abym skorzystał z jakiejś pomocy. Ale ja nie miałem na to sił, bo jednym z objawów w depresji jest spadek napędu życiowego, motywacji. Byłem w stanie, w którym nie miałem siły się ubrać, spędzałem godziny w łóżku. Nie byłem też w stanie sam wyjść do lekarza, zorganizować wizyty, wyszukać trasy, jak tam dojechać. I on mi pomógł. Zapisał mnie do psychiatry, zawiózł samochodem i czekał pod gabinetem, aż wyjdę. Wtedy już wiedziałem, że nie mogę uciec przed jego troską.

Monika Karbarczyk: Czy bałeś się tej wizyty u psychiatry?

Szymon Żyśko: Tak, ale jak tam trafiłem, to nagle zobaczyłem, że naprzeciwko mnie siedzi normalny człowiek, w przyjemnym gabinecie, że to nie ma nic wspólnego z filmami, które widziałem, z dramatycznym obrazem, który miałem w głowie. Każde pytanie, jakie mi zadawał, było bardzo skierowane "na mnie". Poczułem, że komuś na mnie zależało.
Bałem się jednak leczenia. Pochodzę z małej miejscowości i tam wszystko, co się wiązało z psychiatrą, było wręcz obelgą na moim podwórku. Dzieci wyzywały się, np. "Ty psycholu", "Zaraz odwiozą cię do Złotowa". To było bardzo obraźliwe. Myślę, że każdy region w Polsce ma taką miejscowość, w której jest szpital psychiatryczny. U nas mówiło się o Złotowie, w Warszawie chyba mówi się o Tworkach, a w Krakowie o Kobierzynie.

Długo też myślałem, że psychoterapia to takie szukanie na siłę jakiegoś problemu, jakiejś traumy... A potem przyszła myśl: "a co, jeśli ty taką traumę masz, ale ją wyparłeś i nie chcesz o niej pamiętać". Potem kolejna: "nie chcę, żeby ktoś grzebał tak głęboko w moim życiu". Te wszystkie moje lęki psychiatra idealnie wyczuł i powiedział mi wtedy: "Nie będę Pana w takim stanie otwierał, bo to jest dla Pana niebezpieczne. Najpierw leki, aby poczuł się Pan lepiej sam ze sobą". To było racjonalne, dotarło do mnie. To dla osoby w epizodzie dużo.

Redakcja poleca

Monika Karbarczyk: Miałeś ogromne szczęście, bo miałeś człowieka, który martwił się o ciebie. Jednak większość chorych ma znajomych, którzy myślą: "to nie moja sprawa". To jest jego życie, jego decyzje. Pójdzie do lekarza, jak sam będzie tego chciał. Tymczasem chorzy na depresję nie są w stanie sami działać, prawda?

Szymon Żyśko: Nie, nie są. Z doświadczenia dra Krzysztofa Krajewskiego-Siudy, z którym wspólnie napisaliśmy książkę "Męska depresja", wynika, że większość chorych nie ma siły działać. Aż trzy czwarte pacjentów, którzy do niego trafiają, zapisują partnerki/partnerzy, rodzina, przyjaciele. I to nie jest przekroczenie granic chorego. Zdarza się, że pacjent przychodzi z matką. Niektórzy przychodzą dla świętego spokoju, a niektórzy potrzebują takiej motywacji, żeby ktoś ich poniósł, żeby dał im trochę swojej siły. Ale to nie może być robione w taki sposób narzucający, by żadna psychoterapia nie uda się, jeżeli pacjent nie ma motywacji do wglądu w siebie.

Depresja podtruwa organizm, zabiera tlen i sprawia, że czujesz się coraz gorzej. Brakuje ci sił, ale jest to tak powolny proces, że ty się do tego przyzwyczajasz. To taki syndrom podgrzewanej żaby.  - Szymon Żyśko

Monika Karbarczyk: O czym powinni pamiętać bliscy osoby chorej na depresję?

Szymon Żyśko: Przede wszystkim powinni uznać, że to, co czuje bliska im osoba, jest prawdziwe. Nie wolno tego bagatelizować. Nie mówmy, że będzie dobrze, bo osoba chora nie potrafi na razie tego dostrzec. Nie mówmy: „idź pobiegać, poczujesz się lepiej”, albo „co tak siedzisz cały dzień, wyjdź na chwilę, dotleń się, weź się do jakiejś roboty”. Warto się zdać na osobę, która doświadcza tego zaburzenia. Na jej tempo zmian, na które jest gotowa. Pozwólmy jej opowiedzieć, jak się czuje własnymi słowami i nie dokańczać jej zdań. Jeżeli jest cisza, pozwólmy na tę ciszę. Być może ona szuka odpowiedniego słowa, metafory. Ona opowiadając o swoich odczuciach, o swojej chorobie oswaja się też z nią. To jest bardzo terapeutyczny moment, gdy chory własnymi słowami nazywa to co się z nim dzieje.

Depresja często powoduje wstyd nie tylko u samego pacjenta, ale również wstyd u jego bliskich. Niestety niektórzy traktują ją jak wstydliwą chorobę... Zdarza się, że bliscy reagują agresją ukrytą za motywacją. Bo życie i bycie przy osobie w ciężkim epizodzie depresyjnym jest też ciężkie. I trzeba jasno podkreślić, że depresja nie jest chorobą zaraźliwą, ale partner/partnera może mieć gorsze samopoczucie, czy mieć jakiś inny rodzaj kryzysu z powodu funkcjonowania w świecie choroby naszego partnera, czy kogoś bliskiego.

Uwielbiam tę metaforę przytaczać, bo jak dotąd nie znalazłem lepszej. Pomaganie osobie w depresji jest jak ratowanie osoby tonącej. Jeżeli nie jesteś ratownikiem, nie masz kompetencji, to nie wchodź do wody, ale masz wiele innych narzędzi, sposobności, by pomóc. Możesz wezwać pomoc, służby medyczne, rzucić komuś linę lub gałąź, zorganizować łańcuch życia. Podobnie jest z depresją. Możemy choremu ofiarować naszą uwagę, naszą obecność, pocieszenie, ale leczenie zostawmy specjalistom.

Monika Karbarczyk: Jakie działania mogą pomóc?

Szymon Żyśko: Depresji nie leczy się spacerkami, wbrew temu co próbują sugerować niektórzy celebryci, ale warto utrzymać naturalną aktywność chorego. Jeśli przed chorobą lubiliśmy wychodzić razem do kina na siłownię, nadal to róbmy, ale w tempie chorego. Powiedzmy na przykład: "Pamiętaj że jeżeli tylko przyjdzie ci na to ochota, to zrobimy to jak dawniej". Nie zamieniajmy się w trenera, bądźmy raczej przyjacielem. Dajmy odczuć osobie chorej, że to, co czuje, jak wygląda, jest w jej stanie normalne i nie powinno jej zawstydzać.

Monika Karbarczyk: Czy depresja to choroba, z której można się wyleczyć? Czy raczej jest to choroba przewlekła?

Szymon Żyśko: Depresja jest wciąż badania pod tym względem. Zapytałem Krzysztofa podczas pisania książki, czy istnieje gen męskiej depresji i usłyszałem odpowiedź, że nie. Mając za sobą dwa epizody depresyjne, mogę porównać tę chorobę do grypy. Możemy na nią co roku chorować, ale to nie jest ta sama choroba co w zeszłym roku. Mimo że powodują je te same czynniki, ale są to dwie różne sytuacje, jesteśmy w innej kondycji. Z depresją jest podobnie.
Przy pierwszym epizodzie depresyjnym była mi potrzebna psychoterapia, aby oswoić wstyd. Musiałem się też nauczyć radzić w życiu ze stresem, bo do depresji doprowadził mnie permanentny stres. Odczuwałem go tak długo, że zaczął właśnie powodować stany depresyjne. Nauczyłem się takich prostych narzędzi, które pozwoliły mi sobie radzić ze wszystkimi kryzysowymi sytuacjami w życiu. To nie znaczy, że ja nie czuję, że się odciąłem, że nic mnie teraz nie potrafi zasmucić. Jestem po prostu bardziej świadomy. I ten drugi epizod depresyjny znacznie szybciej wyłapałem. Pierwszy epizod depresyjny był ciężki, ale drugi można określić, jako średnia depresja, która była spowodowana tym, co się wydarzyło w ostatnim czasie. Pandemia, wojna i kryzys za naszą wschodnią granicą, inflacja… Mamy prawo się bać, a permanentny strach w 30 proc. zmienia się w depresję.

Pomaganie osobie w depresji jest jak ratowanie osoby tonącej. Jeżeli nie jesteś ratownikiem, nie masz kompetencji, to nie wchodź do wody, ale masz wiele innych narzędzi, sposobności, by pomóc.  - Szymon Żyśko

Monika Karbarczyk: W swojej książce podałeś bardzo ciekawe informacje, że przed pandemią do psychiatrów albo do psychoterapeutów głównie zgłaszały się osoby starsze, po 55. roku życia. Natomiast w czasie pandemii i po pandemii były to osoby młodsze 35-44 lata. Czy pandemia nasiliła te problemy, czy po prostu nasiliła objawy depresji i uświadomiła ludziom, że potrzebują pomocy?

Szymon Żyśko: Odpowiadając na to pytanie, wyjdę od pewnego objawu charakterystycznego dla depresji przeżywanej przez mężczyzn (co nie znaczy, że nie mają tak również kobiety). Chodzi o acting out, czyli taki sposób rozładowywania różnych stresowych sytuacji. W tym przypadku złe emocje zastępujemy jakąś aktywnością i szukamy jakiejś substytutów. Bardzo często, gdy zaczyna się epizod depresyjny u mężczyzn, zaczynają oni robić rzeczy, których nie robili wcześniej w tak intensywny sposób. Na przykład zaczynają biegać długie maratony, albo wchodzą w ekstremalne sporty. W oczach otoczenia są zwycięzcami, ludzie patrzą na nic z podziwem, że odnalazł nową pasję, że robi takie fajne rzeczy. Ale to może być też taka ucieczka od trudnych emocji.

Podstawową różnicą między depresją zgłaszaną przez kobiety a tą, która objawia się mężczyzn, jest to, że kobiety szukają pomocy już wtedy, gdy czują, że w ich emocjach dzieje się coś złego, a mężczyźni dopiero wtedy, gdy – powiem kolokwialnie – nawali im działanie. Jeden z bohaterów książki zdał sobie sprawę, że ma depresję w dniu, w którym usiadł, czyli nie było go już stać fizycznie na ten acting aut.

Ale wróćmy do Twojego pytania. Pytałaś, czy pandemia nasiliła objawy depresji. Tak, bo zmusiła nas do nagłe zwolnienia tempa życia, zamknęła nas w domach, w piżamach i kapciach. Co więcej, dla niektórych osób praca była ucieczką od rodzinnych czy finansowych problemów, wychowania dzieci, a tu nagle zostaliśmy zamknięci w czterech ścianach z tą rodziną, dziećmi, naszymi problemami. Zmusiła nas się zmierzenia się z nimi. Wiele osób wtedy zrozumiało, że ma problemy, ale one trwały znacznie dłużej, tyle że dopiero to do nas dotarło.

Redakcja poleca

Monika Karbarczyk: A jak Polacy wypadają na tle innych krajów? Czy częściej chorujemy na depresję?

Szymon Żyśko: Nie różnimy się na tle Unii Europejskiej. Mniej więcej od 6 do 8 proc. ludzi cierpi na depresję, czyli oficjalnie się do tego przyznaje, tyle jest zdiagnozowanych. Ale to jest znacznie niedoszacowana liczba. Badania, przeprowadzone przez Uniwersytet Warszawski oraz Fundację Dajemy Dzieciom Siłę, wskazują, że po pandemii aż 60 proc. osób dorosłych odczuwało skutki psychiczne w postaci pogorszenia się ich stanu psychicznego, różnych kryzysów psychicznych. Niemożliwe jest, aby w ciągu kilku miesięcy z 8 proc. skoczyło do prawie 60 proc. Coś jest nie tak. Po prostu ujawniły się osoby, które dotychczas nie dawały się zdiagnozować, bo bardzo dobrze maskowały swój stan psychiczny. I myślę, że chodzi nie tylko o depresję, ale i o zaburzenia lękowe.

Monika Karbarczyk: Czyli pandemia podniosła dywan, pod którym ukryliśmy nasze problemy... Wspomniałeś, że objawy „męskiej” depresji mogą się różnić od „kobiecej” depresji. Zdarza się, że szukają aktywności na granicy wysokiego ryzyka (np. biorą udział w wyścigach samochodowych). Wiele z tych aktywności zakrawa na szaleństwo. Jednak wiele tych czynności w oczach społeczeństwa jest uważanych za atrybut męskości. Tymczasem może to być jedna z masek depresji. Czy możesz to rozwinąć?

Szymon Żyśko: Tak, mężczyznom więcej się wybacza. Muszę tu nawiązać do gotlandzkiej skali męskiej depresji, która mówi o tym, że w przypadku mężczyzn przy diagnozowaniu depresji ważniejsze są tzw. drugorzędowe objawy. Bo klasycznie objawy depresji to pogorszenie samopoczucia, obniżenie nastroju powyżej dwóch tygodni. Mówimy wtedy o anhedonii, czyli niezdolności do odczuwania przyjemności, radości, nic nas nie jest w stanie pocieszyć. To również spadek napędu życiowego, czyli środka motywacji. To są takie podstawowe kryteria depresji. Ale dochodzi jeszcze wiele drugorzędowych objawów, takich jak rozdrażnienie, frustracja, wypalenie zawodowe. Właśnie te drugorzędowe objawy wychodzą u mężczyzn na czoło. To nie znaczy, że nie mają klasycznych objawów, ale one są u nich mnie widoczne. Inaczej to komunikują. Kobieta częściej powie lekarzowi, że odczuwa smutek. Natomiast mężczyzna raczej powie, że źle sypia. I to już jest alarmujące. Zły sen, frustracja, rozdrażnienie.

Monika Karbarczyk: Bardzo ciekawą rzecz poruszyłeś. Depresja może być chorobą samą w sobie, ale też bywa maskowana przez inne choroby, dolegliwości, objawy, które są brane na karb innych schorzeń. Na przykład zaburzenia seksualności u mężczyzn. Jeśli u facetów pojawia się ten problem, to zwykle idą do seksuologa, dostają tabletki, które mają im poprawić libido, lub ewentualnie do kardiologa, myśląc, że to zaburzenia krążenia, a w rzeczywistości może to być depresja, prawda?

Szymon Żyśko: Tak, to prawda. Co ciekawe, w różnych statystykach, dotyczących zaufania do lekarzy, psychiatra wypada gorzej niż urolog. Tymczasem urolog jest od technicznego działania układu moczowo-płciowego, a wiele problemów zdrowotnych można rozwiązać w gabinecie psychiatrycznym, do którego boimy się iść. Ja natomiast polecam, aby diagnozowanie naszego stanu zdrowia zacząć od psychiatry, bo on ma większy wachlarz możliwości. Może zlecić nam wszystkie niezbędne badania. Zdarza się, że depresja jest skutkiem innej choroby, innego zaburzenia, na przykład zaburzeń snu, które wiąże się z chrapaniem tak częstym u mężczyzn. Mózg jest niedotleniony, więc nie działa prawidłowo.
Bardzo częste pytanie, które pada w gabinecie psychiatry, brzmi: „Czy dobrze Pan sypia?”. Jeśli ktoś mówi, że chrapie, to proste badanie polisomnograficzne może wykazać, czy przypadkiem nie cierpi na bezdech senny. Znając przyczynę, wdrażając leczenie, zmieniając styl życia, sprawiamy, że poprawi się jakość snu, a co za tym idzie, ryzyko epizodu depresyjnego maleje.

Depresja nie ma płci, ale mówiąc o niej, powinniśmy używać innych metafor, przykładów, opisów, bo to, co zrozumiałe jest dla kobiet, niekoniecznie zrozumiałe jest dla mężczyzn. - Szymon Żyśko

Monika Karbarczyk: Mówiłeś o tym, że dobry psychiatra, zanim postawi diagnozę, skieruje nas na wszystkie badania. Jak znaleźć takiego dobrego psychiatrę, psychoterapeutę?

Szymon Żyśko: Zaufanie rzeczywiście jest tutaj kluczowe i ono nie dotyczy tylko psychoterapeutów. Bo chętniej się zwierzamy ze swojego życia osobie, do której to zaufanie mamy. Poza tym ma to też kluczowe znaczenie w przypadku farmakoterapii – osoba, która nie ma zaufania do swojego lekarza może zaatakować leczenie, odstawić leki, które lekarz mu zleci.
Od czego zacząć? Od powiedzenia, że my go szukamy, że go potrzebujemy, bo może ktoś ma kogoś do polecenia. Warto też czytać komentarz na grupach w mediach społecznościowych, czy na forach poświęconych depresji. Są też serwisy, które zbierają opinie na temat lekarzy. Musimy tylko pamiętać, że każdy z nas ma inne preferencje i dla jednych osób lekarz może wydać się niesympatyczny, a u innych wzbudzić zaufanie. Wybierzmy osobę, przy której czujemy się dobrze, której możemy się zwierzyć z naszej historii. Pamiętajmy też, że pierwsza wizyta psychiatryczna powinna trwać przynajmniej godzinę, aby lekarz mógł lepiej poznać pacjenta.

Redakcja poleca

Monika Karbarczyk: Wiesz, co mnie poruszyło w twojej książce? Że tak niewielu mężczyzn pozwala sobie na łzy, zwłaszcza wśród najbliższych.

Szymon Żyśko: Ja też miałem z tym problem, bo dla mnie łzy były kompletnie niemęskie, nawet na pogrzebach osób bliskich. Nigdy nie potrafiłem zapłakać. W końcu nauczyłem się płakać i wiesz, czego mnie łzy nauczyły? Nauczyły mnie prawdziwe się cieszyć, bo są takie sytuacje w życiu, które również w chwilach radości wymagają łez. I dopiero gdy nauczyłem się płakać nad sobą, nauczyłem się też prawdziwe cieszyć. To jest niesamowita wartość.

Nie lubię mówić o żadnym kryzysie psychicznym, że on jest darem, ale można nim tak pokierować (jeśli już się pojawi on w naszym życiu), żeby nas doprowadził do tego, żebyśmy byli pełniejsi osobowościowo. Gdy patrzymy z perspektywy na kryzys, który się zakończył, gdy patrzymy na swoje życie, mamy prawo odczuwać dumę z tego powodu, gdzie jesteśmy teraz, ile przeszliśmy i że daliśmy radę, że możemy być oparciem dla kogoś innego, kto w tym kryzysie jest. Stąd pomysł napisania tej książki. Powstała po to, by zainspirować ludzi do tego, by zmienili swoje życie. Pokazać im, że depresję da się leczyć i trzeba ją leczyć. Po jej publikacji wielu mężczyzn napisało do mnie, że nareszcie zrozumieli, co się z nimi dzieje. To bardzo ważne. Bo o depresji pisze się skomplikowanym językiem, albo hasłami typu „Pokochaj siebie”, skierowanymi głównie do kobiet. A co to znaczy w ogóle „pokochaj siebie”? To taki slogan, którego i jak się nauczyłem, ale nie wiedziałem, co tak naprawdę oznacza.

Depresja nie ma płci, ale mówiąc o niej, powinniśmy używać innych metafor, przykładów, opisów, bo to, co zrozumiałe jest dla kobiet, niekoniecznie zrozumiałe jest dla mężczyzn. Mamy inne kody, także kody kulturowe. Stąd ta książka, może napisana prostym językiem, ale dająca tak potrzebny background. Chodziło mi o to, aby nie demonizować czy dramatyzować, ale żeby podkreślić, że depresja jest poważnym zaburzeniem, które należy leczyć, bo może odebrać ci najpierw radość życia, a potem samo życie.

Monika Karbarczyk: Szymonie, muszę o to zapytać, czy już wiesz, co to znaczy „pokochać siebie”?

Szymon Żyśko: To znaczy poznać siebie. Teraz znam siebie, swoje zalety, swoje słabości. Żyję pełnią życia i odzyskałem to życie dla siebie, odzyskałem siebie dla siebie. To jest naprawdę uwalniające. Życzę takiej wolności i samoakceptacji wszystkim.

Monika Karbarczyk: Bardzo dziękuję za tę ciekawą i niezwykle ważną rozmowę.

Redakcja poleca

Uwaga!

Powyższa porada nie może zastąpić wizyty u specjalisty. Pamiętaj, że w przypadku jakichkolwiek problemów ze zdrowiem należy skonsultować się z psychiatrą, psychologiem.

Źródło: CHILLIZET