Na antenie:

Toksyczne matki. "One potrafią świetnie manipulować naszymi emocjami"

14 min. czytania
Aktualizacja 07.02.2024
08.01.2024 13:29
Zareaguj Reakcja

Toksyczne matki mają ogromny wpływ na jakość życia swoich dzieci. Niektóre z nich są świadome swojej toksyczności, inne działają toksycznie, bo nie znają innego schematu komunikacji. "Mamusia tak cię kocha, nie zrobisz tego dla mnie?", "I tak nic nigdy się tobie nie uda, do niczego się nie nadajesz", "Coś ty sobie kupił? Jak ty wyglądasz?". Czy często słyszysz takie słowa? Często wypowiadają je toksyczni rodzice. Jak rozpoznać toksyczność w relacji i się z niej wyrwać? Jakie mogą być konsekwencje takich toksycznych relacji i jak się ochronić przed toksyczną matką? O tym rozmawiamy z Sylwią Sitkowską,  psycholożką, terapeutką, założycielką poradni "Przystań psychologiczna", autorką i współautorką wielu książek, m.in. "Kobiety, które starają się za bardzo". 

Toksyczne matki
fot. Shutterstock

Monika Karbarczyk: Podobno każda matka kocha, także toksyczna matka...

Sylwia Sitkowska: Podobno tak jest, ale – moim zdaniem – to miłość w cudzysłowie. Tak naprawdę nie ma nic wspólnego z tym uczuciem. Jeśli dziecko przyzwyczai się do takiej formy "miłości", to później będzie wchodziło w związki z osobami podobnymi do matki. Jako dzieci jesteśmy w stanie zaakceptować różne zachowania rodziców, czasem naprawdę straszliwe, i wciąż uważać, że rodzice nas kochają. Ale gdyby w ten sposób zachował się wobec nas ktoś obcy, to z pewnością nie nazwalibyśmy tego miłością.

Monika Karbarczyk: A czy możemy jakoś zdefiniować tę toksyczność w relacjach matka-dziecko? A może stworzymy profil toksycznego rodzica?

Sylwia Sitkowska: W toksyczności ważna jest powtarzalność różnego rodzaju zachowań, które są szkodliwe lub destrukcyjne dla jednej strony, czy dla dwóch stron. Trudno dać jedną definicję toksyczności, ale może wskazać zachowania, które się do niej zaliczają. Są to: brak szacunku dla drugiej osoby, wykorzystywanie jej czy jego emocji w celu osiągnięcia swoich celów, czyli takie manipulowanie emocjami. "Przecież mamusia tak bardzo cię kocha, nie zrobisz tego dla mnie?" Tu akurat mamy kontrolowanie emocji typu poczucie winy. W toksycznych relacjach często pojawia się przemoc i to niekoniecznie fizyczna, ale psychiczna, emocjonalna. Jest też nadmierna krytyka. Osoby, które trafiają do mojego gabinetu, mówią: "cokolwiek zrobię, to i tak nie jestem w stanie zadowolić matki, zawsze jest za mało". Toksyczne mamy są kontrolujące, otaczają dziecko nadmierną opieką, starają się wiedzieć o nim wszystko, stale próbują wyciągnąć od niego jakieś informacje, szperać w jego rzeczach, w telefonie.

Monika Karbarczyk: Kiedyś przeglądały pamiętniki, teraz telefony.

Sylwia Sitkowska: Tak, dokładnie. Oczywiście tutaj chodzi o ilość tych zachowań. Bo od czasu do czasu każdy z nas może okazać brak szacunku, brak wsparcia, czy nadmiernie skrytykować swoje dziecko. Takie sytuacje zdarzają się nam, bo jesteśmy tylko ludźmi. Sama jestem mamą. Mam trójkę dzieci i wiem, że bycie idealną matką to jakaś abstrakcja. Ale jeżeli takie zachowania są częste, powtarzalne, to jak najbardziej taką relację można nazwać toksyczną.

W toksycznych relacjach często pojawia się przemoc i to niekoniecznie fizyczna, ale psychiczna, emocjonalna. Jest też nadmierna krytyka. Osoby, które trafiają do mojego gabinetu, mówią: "cokolwiek zrobię, to i tak nie jestem w stanie zadowolić matki, zawsze jest za mało". - Sylwia Sitkowska

Monika Karbarczyk: Dobrze, że o tym mówisz, bo odnalazłam się w tej nadopiekuńczości. Gdy mój syn był mały i chodziliśmy na plac zabaw, starałam się kontrolować każdy jego ruch, by niczego sobie nie zrobił. Drżałam z obawy, że spadnie z jakiejś drabinki. Przez chwilę pomyślałam, że ja też jestem toksyczną mamą (śmiech).

Sylwia Sitkowska: Tak, tak (śmiech). Staram się o tym pamiętać. To nie jest tak, że każde z tych zachowań oddzielnie świadczy o tym, że jesteśmy toksyczni. Tak jak mówiłam, jesteśmy ludźmi i czasem zachowujemy się w sposób fajny, czasem w mniej fajny. Tak po prostu mamy. Ale jeśli tego typu zachowania są powtarzalne, a swoje cele osiągamy poprzez manipulację i to jest nasza podstawowa strategia działania. To jest to toksyczne.

Redakcja poleca

Aleksandra Sobieraj: Zastanawia mnie, czy my to robimy świadomie i intencjonalnie? Bo tak jak w przypadku wspomnianej przez Monikę nadopiekuńczości, zachowujemy się tak, bo chcemy dobra naszego dziecka.

Sylwie Sitkowska: Stając się matkami, niejako rodzimy się na nowo. A nasze potomstwo, dla wielu z nas, choć pewnie nie dla wszystkich, staje się – przynajmniej na jakiś czas – takim centrum naszego świata. Chęć ochrony dziecka i zapewnienie mu poczucia bezpieczeństwa to podstawowa funkcja matki. Dzięki temu dziecko, na początku swojego życia, w ogóle może przetrwać. Ta nadopiekuńczość to jest takie bycie nad dzieckiem, próba przewidzenia każdego jego ruchu. Gdy obserwuję matki na placu zabaw, to niektóre z nich, gdy dziecko zjeżdża ze zjeżdżalni, rozpostarłyby swoje sukienki, by maluch miał miękkie lądowanie. A ojcowie? Stoją zwykle 5 kroków dalej i mówią: dobra, dasz radę, zjeżdżaj. I to jest ok. Takie zachęcanie do samodzielności, umożliwienie dziecku wykonywania samodzielnie zadań. Ono w ten sposób uczy się, czasem na własnych błędach. Jeśli będziemy wyręczać dziecko, nie pozwoliły mu popełniać swoich błędów, to nie nauczy się rozwiązywać swoich problemów, myśleć.

Miałam takiego 40-letniego pana w terapii, który miał 60-letnią mamę. Stracił pracę. Wtedy mama powiedziała: "Ty już do pracy nie pójdziesz, bo masz tam jakąś chorobę. Ja cię będę utrzymywać". No i utrzymywała. To jest taki skrajny przykład nadopiekuńczości i manipulacji.

Aleksandra Sobieraj: To jest taki przykład toksycznej relacji matka-dziecko, prawda?

Sylwia Sitkowska: Tak. Z jednej strony jest dawanie kieszonkowego 40-latkowi, a z drugiej strony oczekiwanie od niego bardzo wielu rzeczy. Gdy nie potrafił lub nie chciał ich spełnić, pojawiał się szantaż, że nie dostanie pieniędzy.

Monika Karbarczyk: Mówimy o dorosłym mężczyźnie, który zgodził się na taką relację, ale przyszedł na terapię i jest nadzieja, że z tej toksycznej relacji wyjdzie. Ja jednak myślę, o tych małych dzieciach, które nie potrafią się przed tą toksyczną miłością matki w żaden sposób uchronić, bo ani nie mają takiej mocy prawnej, ani też nie mają takiej siły psychicznej. Kto w takim razie powinien zapobiec tej relacji toksycznej, przerwać ją?

Sylwia Sitkowska: To jest bardzo trudne pytanie, dlatego że my faktycznie jako dzieci chcemy widzieć tych rodziców jako takich bohaterów, obrońców. Rodzice są dla nas szalenie ważni. Czasami słyszę o bezwarunkowej miłości rodzica i przyznaję, nie do końca się z nim zgadzam. Natomiast uważam, że dzieci kochają bezwarunkowo i trzeba sobie naprawdę poważnie nagrabić, by dziecko odwróciło się od rodzica. One po prostu chcą nas kochać i często takie destrukcyjne zachowania rodzica biorą na siebie. Trudno jest im myśleć: "moja matka jest nieodpowiedzialna/ mój ojciec jest nieodpowiedzialny". W głowie dziecka nie ma takich konstruktów abstrakcyjnych. Dziecko myśli: "pewnie ja coś robię źle, skoro mama przychodzi, krzyczy, jest niezadowolona, bije". Efekt jest taki, że ono nie przestaje kochać rodzica, tylko przestaje kochać siebie. I później idzie przez życie z takim przekonaniem, że jest niewystarczająco dobre, że jest gorsze, że nie zasługuje na miłość.

Kto może temu zapobiec? Niestety wydaje mi się, że jedyną osobą, która może pracować nad swoją toksycznością względem dziecka, jest rodzic, czyli matka lub ojciec. Ale żeby coś takiego mogło się zdarzyć, to taka matka musi mieć świadomość, że jej zachowanie nie jest w porządku.

Monika Karbarczyk: Ale od świadomości do zmian zachowania chyba jest długa droga, prawda?

Sylwia Sitkowska: Tak, to prawda. Najpierw świadomość, edukacja, potem różnego rodzaju próby zmiany zachowania, terapia. Ale ta świadomość to pierwszy i najważniejszy krok. Jeśli jej nie ma, to taka matka nic nie zrobi. Praca nad toksycznością wymaga ogromnego zaangażowania, bo te nasze toksyczne zachowania najczęściej wynosimy z naszych domów rodzinnych. Taka mama po prostu nie potrafi się inaczej zachować, bo nie zna innych języków, nie zna innych wzorców.

Redakcja poleca

Aleksandra Sobieraj: Nie znają innego schematu zachowania, więc trudno im zauważyć, że robią coś nie tak. To trochę takie błędne koło, prawda?

Sylwia Sitkowska: Tak, dokładnie. Dlatego warto obserwować dziecko, bo ono jest takim barometrem naszych zachowań. To nie zawsze jest przyjemne. Czasami dziecko zachowuje się w sposób, który w ogóle nam nie odpowiada, np. krzyczy, tupie, rzuca się na podłogę. Oczywiście takie zachowanie nie zawsze oznacza, że jesteśmy toksyczni, czasami jest ono wynikiem różnego rodzaju zaburzeń. Ale jeśli nie ma zaburzenia, to może być ono wykładnią naszych zachowań. Im bardziej dziecko ciśniemy, kontrolujemy, im mniej akceptacji, zrozumienia ono dostaje od nas, tym bardziej się przeciwko temu buntuje. Dlatego warto obserwować dziecko. Jeżeli to wydaje się nam ono, mniej szczęśliwe, mniej wesołe, mniej pogodne, to warto przyjrzeć się także sobie i swojemu zachowaniu. Bo dzieci są z nami połączone, takim rodzajem sieci Wi-Fi. Co rodzic nadaje, dziecko przetwarza i zwraca rodzicowi.

Chodzi o to, aby najpierw zrozumieć, dlaczego ja mam w tym swoim życiu, tak jak mam, a potem wziąć za to odpowiedzialność. Powiedzieć sobie: "Dobra, teraz rozumiem. Matka była kontrolująca, krytykująca, dlatego ja jestem perfekcjonistką. Dowalam sobie cały czas. Jak czegoś nie zrobię na 99%, to mówię sobie, że jestem idiotką, że jestem głupia. To powoduje, że źle się czuję, że popadam w depresję. Teraz to rozumiem i mogę z tego wyjść". To punkt wyjścia, później rozpoczynamy psychoedukację.  - Sylwia Sitkowska

Aleksandra Sobieraj: Wynotowałam sobie kilka przykładów i chciałam Cię zapytać, czy one mogą świadczyć o toksycznej relacji dziecko-rodzic. Pierwszy przykład: konsultowanie przez dorosłą osobę z matką niemal wszystkich działań.

Sylwia Sitkowska: Tak, to może być wynik toksycznej relacji z matką. Mam właśnie taki przykład z gabinetu. Dorosły 30-letni mężczyzna konsultował z mamą wszystko, nawet zakupy żywnościowe czy ubraniowe. Jeśli tego nie zrobił, to mama wpadała tam raz czy dwa razy w tygodniu i mówiła: "Coś ty sobie kupił? Jak ty w tym wyglądasz?".

Aleksandra Sobieraj: A taki wewnętrzny przymus, by codziennie dzwonić, do swojej mamy?

Sylwia Sitkowska: Tak, to kolejny aspekt, który też często poruszamy w trakcie terapii. Oczywiście motywacje do takiego codziennego telefonowania do mamy mogą być różne, ale zazwyczaj nie jest to zdrowe. Uważam, że telefon raz czy dwa razy w tygodniu jest wystarczający. A jeśli dzwonimy codziennie, to należy zapytać się, dlaczego ja do tej matki tak często dzwonię? Czy dlatego, że ona tego oczekuje? Bo będzie jej przykro, smutno? Jeśli tak jest, to mamy do czynienia z manipulowaniem naszymi emocjami. Nieraz miałam klientki, które mówiły: "Pani Sylwio, w ogóle mi się nie chce dzwonić, ale ja nie mogę nie zadzwonić". I dzwoniły, codziennie. I nad tym czasami też pracujemy w terapii.

Drugi powód takiego dzwonienia, który zauważyłam, i który też jest dość częsty, powiązany z niskim poczuciem własnej wartości albo z trudnością w podjęciu niezależnej decyzji, czyli z takim strachem, że jak podejmę decyzję, to będzie ona zła, albo że mama mnie skrytykuje. I te telefony do mamy są właśnie po to, aby upewnić się, że dobrze robimy. Mogą dotyczyć spraw zupełnie prozaicznych, powtarzalnych. To dorosłe dziecko potrzebuje akceptacji, usłyszenia od mamy: "Robisz dobrze". Podsumowując, mamy dwie grupy osób, które dzwonią do mamy. Z jednej strony mamy manipulującego rodzica, a z drugiej strony dziecko, które potrzebuje takiego klepania przez rodzica. No ale to też jest coś, co wyniosło się z domu. Przyszła mi do głowy pewna 60-letnia kobieta, która kiedyś trafiła do mojego gabinetu z powodu fobii społecznej. Żyła pod jednym dachem z 80-letnią matką. W trakcie terapii doszłyśmy do tego, że ta pani czuje, że ma przegrane życie. Jej mama zawsze jej mówiła, że ma być przy niej, że została urodzona, by się nią zajmować. Ta kobieta nie miała żadnego partnera (dziewica), żadnych widoków na zmianę. To są dramaty.

Monika Karbarczyk: Ten motyw przegranego życia dość często przewija się na forach, na których ludzie piszą o swoich toksycznych rodzicach.

Sylwia Sitkowska: Tak, niestety. Dlatego zawsze z moimi klientami pracuję w taki sposób, żeby oni szukali oparcia w sobie, żeby wzmocnili w sobie tego dorosłego. To dorosły w nas decyduje o różnych ważnych rzeczach. On nie poddaje się manipulacji albo poddaje się w niewielkim stopniu. By odmówić rodzicom, trzeba mieć naprawdę dużo siły. Szczególnie jeżeli przez lata się tym rodzicom udawało manipulować nami. Czasami to się kończy tak, że jest brak kontaktu na przykład przez parę miesięcy, a nawet lat.

Monika Karbarczyk: Czyli jest to cierpienie dla dwóch stron.

Sylwia Sitkowska: Bywa tak, że nie da się go uniknąć. Jeżeli ktoś chce być niezależny, czasem musi się tak zachować.

Monika Karbarczyk: Przygotowując się do naszej rozmowy, przejrzałem fora internetowe w mediach społecznościowych i przyszła mi do głowy taka myśl, że bardzo wiele osób za wszystkie swoje niepowodzenia życiowe oskarża toksyczne matki. Czy to nie jest trochę na wyrost?

Sylwia Sitkowska: Często właśnie w taki błędny sposób jest rozumiana terapia. Pracuję w nurcie poznawczo-behawioralnym, a moim konikiem jest taki powrót do dzieciństwa. Wiele osób rozumie to tak: "Szukamy wyjaśnień na te moje zachowania, takiej wymówki, że jestem taki przez rodziców". A tu chodzi o coś zupełnie odwrotnego. Chodzi o to, aby najpierw zrozumieć, dlaczego ja mam w tym swoim życiu, tak jak mam, a potem wziąć za to odpowiedzialność. Powiedzieć sobie: "Dobra, teraz rozumiem. Matka była kontrolująca, krytykująca, dlatego ja jestem perfekcjonistką. Dowalam sobie cały czas. Jak czegoś nie zrobię na 99%, to mówię sobie, że jestem idiotką, że jestem głupia. To powoduje, że źle się czuję, że popadam w depresję. Teraz to rozumiem i mogę z tego wyjść". To punkt wyjścia, później rozpoczynamy psychoedukację. Zadajemy sobie pytanie: "Dlaczego ciągle zataczam koło? Dlaczego ciągle zmieniam pracę i wszędzie kończy się tak samo, czyli czuję się mobbingowana? Dlaczego mam już czwarty związek i każdy facet mnie zdradza?" Jeżeli mamy taki refren życiowy, który ciągle się powtarza, to warto odkryć, co takiego robimy, że takie wydarzenia w naszym życiu mają miejsce.

Przyszedł mi do głowy kolejny przykład. Miałam kiedyś w terapii parę, która była ze sobą 20 lat. Ten pan zdradził panią. Gdy zapytałam go, dlaczego to zrobił, odpowiedział: "Pani Sylwio, żona od 20 lat mnie kontroluje, szpera, grzebie w moich rzeczach, robi awantury. Ja przez dwadzieścia lat byłem czysty. Ale w pewnym momencie pomyślałem sobie, że skoro płacę taką wysoką cenę, bo regularnie raz w tygodniu jest awantura związana z zazdrością, to przynajmniej będę wiedział za co". Zdradził tę panią. Czasami jest tak, że konsekwencją naszych zachowań jest to, czego najbardziej się boimy. Więc zrozumienie, dlaczego my zachowujemy się tak, a nie inaczej, nie ma służyć temu, żebyśmy sobie powiedzieli: "No dobra, moja matka taka była, też robiła ojcu awantury, a on ją zdradzał, więc ja chciałam się zabezpieczyć przed tym, dlatego kontroluję męża". To nieskuteczne, musimy najpierw uświadomić sobie, co jest przyczyną, a później zmienić takie zachowania. Zacząć żyć swoim życiem, a nie życiem swojej matki, czy swoich rodziców. Tu zaczyna się psychoedukacja, poszukiwanie swojej ścieżki.

Redakcja poleca

Aleksandra Sobieraj: Ale jak tę pracę nad sobą zacząć?

Sylwia Sitkowska: Trzeba nauczyć się patrzeć na siebie z większą troską, życzliwością, wyrozumiałością, akceptacją. Dzieci z tych trudnych domów, z tymi trudnymi rodzicami, takiego traktowania nie doświadczyły. Jeśli ta nasza matka mówiła nam: "ale masz grube nogi, jesteś głupia, nigdy do niczego nie dojdziesz", to ten głos towarzyszy nam przez całe życie, o ile nic z nim nie zrobimy. Musimy to "złapać" i powiedzieć sobie: "to nie moje, ja nie chcę tak o sobie myśleć". Mam taką klientkę, która kiedyś w trakcie terapii wykrzyknęła: "Jezu, ale ja mam fajne nogi, dlaczego ta moja matka mówiła, że są grube?". To jest szalenie istotne, by znaleźć tę swoją ścieżkę, ustalić granice, tego co chcemy/możemy tolerować, a czego akceptować dłużej nie będziemy. Warto to sobie spisać, na chłodno, a nie w trakcie otwartej wojny z matką. Bo często w tych toksycznych relacjach naprzemiennie pojawia się wojna, miłość, wojna, miłość, ale wojna najczęściej. Trzeba się też przygotować na ataki matki, różne manipulacje i przemyśleć sobie, jak mogę na nie odpowiedzieć. Ważne jest też, aby konsekwentnie się tego trzymać. Warto też mieć wsparcie, jakiegoś mądrego przyjaciela czy przyjaciółkę. Ale nie kogoś takiego, kto będzie mówił, w życiu bym sobie na to nie pozwolił, tylko kogoś, kto będzie w stanie zrozumieć sytuację i wesprzeć nas bez obrażania naszych rodziców. Dorosłe dzieci toksycznych rodziców mają olbrzymią trudność, aby dostrzec i nazwać błędy swoich rodziców. One w początkowej fazie terapii w ogóle nie chcą o tym słyszeć. Tłumaczą tych swoich rodziców. Starają się znaleźć jakieś wyjaśnienie dla ich zachowań. Każda osoba, która zacznie atakować tych rodziców, jest z góry spisana na straty.

Trzeba nauczyć się patrzeć na siebie z większą troską, życzliwością, wyrozumiałością, akceptacją. Dzieci z tych trudnych domów, z tymi trudnymi rodzicami, takiego traktowania nie doświadczyły.  - Sylwia Sitkowska

Monika Karbarczyk: Wiemy, jak wyjść z tej toksycznej relacji, ale gdybyśmy mogły jeszcze w punktach powiedzieć, jakie mogą być konsekwencje toksycznej relacji z matką, jeśli nie podejmiemy pracy nad sobą.

Sylwia Sitkowska: Bardzo częstą konsekwencją jest po prostu niska samoocena. Osoby, które doświadczyły takiej toksycznej relacji z matką, po prostu źle o sobie myślą. Bez względu na to, czy ta toksyczność objawiała się nadmierną krytyką, nadopiekuńczością, niestabilnością emocjonalną matki, czy ignorowaniem dziecka i jego emocji. Dziecko obwinia siebie, a nie matkę. "Ta moja mama zachowywała się tak dlatego, że ja jestem jakiś tam". Dzieci przez całe życie starają się udowodnić tej mamie, że są ok. Ale ta matka i tak tego nie docenia. No bo ona też musiałaby wejść w proces terapeutyczny, w proces pracy nad sobą. Musiałaby powiedzieć: "Faktycznie widzę to, przepraszam". Ale to bardzo trudne, dlatego że my mamy w sobie ten syndrom Matki Polki i każda chce o sobie myśleć, że jest dobrą matką. Przyznanie się do błędu w wieku 60-70 lat to trochę takie przekreślenie tego, co robiłam dotychczas w rodzicielstwie. I to jest bardzo trudne.

Poza niską samooceną mogą pojawiać się różnego rodzaju zaburzenia lękowe, zaburzenia depresyjne, lęk przed odrzuceniem. Może się pojawić lęk przed nawiązywaniem bliskich relacji, bo bliska relacja może kojarzyć się właśnie z różnego rodzaju trudnościami, z taką toksycznością, czy nawet po wejściu w trudną relację odtwarzanie tego schematu z domu rodzinnego, odtwarzanie tego schematu z matką.

Miałam klientkę, która nawiązała relacje z mężczyzną 10 lat starszym od niej. Ona miała potworną matkę, zaburzoną, z zaburzeniem osobowości, z rysem borderline, czyli taka bardzo niestabilna, wybuchowa, głośna, niepanująca nad emocjami. Ona wyzywała ją od najgorszych, mimo że ta dziewczyna była wzorową uczennicą. Ta dziewczyna, wchodząc w relację z tym mężczyzną, robiła dokładnie to samo, co jej matka, czyli potworne draki. Nie przebierała w słowach, używała epitetów, bo pomimo tego, że nie cierpiała tego u swojej matki, nie potrafiła inaczej.

Monika Karbarczyk: A perfekcjonizm?

Sylwia Sitkowska: Tak, perfekcjonizm, czyli taka próba udowodnienia sobie i rodzicom, że umiem, potrafię. Ale prawda jest taka, że jeśli ci rodzice nie doceniali, to oni i tak nie docenią. Trzeba pogrzebać marzenia o tym, że ja to dogodzę rodzicom. Bo jeżeli oni nie doceniali nas wcześniej, to jest to ich problem, a nie nasz. To nie ty jesteś niewystarczająco dobry, tylko ten rodzic nie potrafi cię docenić. Pewnie siebie też nie docenia, pewnie siebie też krytykuje. Autosabotaż, czyli skoro jestem niewystarczająco dobry, to na przykład robię projekt na 90%, a tych 10% nie jestem w stanie dokończyć. Włącza się prokrastynacja. Nie robimy tego, bo tam z tyłu głowy brzmią słowa matki: "I tak z tego nic nie wyjdzie". Więc jest autosabotaż pod tytułem "Nie kończę tego, żeby nie udowodnić sobie, że faktycznie jestem beznadziejny".

Mogą również pojawić się problemy ze zdrowiem, czyli mogą pojawić się takie psychosomatyczne objawy, które wynikają ze stresu, z lęku. Mogą pojawić się również problemy w relacjach.

Aleksandra Sobieraj: No dobrze, a czy przed toksyczną matką da się uciec, np. na drugi koniec Polski czy na drugi koniec świata? Czy to dobry pomysł na przerwanie takiej relacji?

Sylwia Sitkowska: Pewnie przed laty, gdy nie było komórek, do Internetu, miałoby to sens. Natomiast teraz nie udałoby się uciec, bo teraz matka może nas znaleźć. Ale oczywiście taka fizyczna separacja ma znaczenie, bo kiedy nie narażamy się na taki bezpośredni, codzienny kontakt z obiektem, to jest nam łatwiej żyć swoim życiem, decydować o sobie. Wiele osób się na to decyduje. Wiele osób, które wyjeżdżają w młodym wieku za granicę do pracy, miało trudne domy i taki wyjazd na drugi koniec świata, by uciec przed tymi obiadkami, uwagami. Ale niewielu z nich bez pracy nad sobą udaje się tak naprawdę uciec od tej relacji.

Monika Karbarczyk: Czyli można uciec od matki, ale matka z nas nie ucieknie. Wozimy ją ze sobą. Sylwio, bardzo dziękuję za tę rozmowę.

Redakcja poleca

Uwaga!

Powyższa porada nie może zastąpić wizyty u specjalisty. Pamiętaj, że w przypadku jakichkolwiek problemów ze zdrowiem należy skonsultować się z psychiatrą, psychologiem.

Źródło: CHILLIZET