Himalaistka o strefie śmierci. "Każdy mały błąd może nas kosztować życie"

19 min. czytania
Aktualizacja 22.02.2024
22.02.2024 12:56
Zareaguj Reakcja
---- ----

Nie planowała zdobycia Everestu, najwyższej góry świata, ale gdy zamieszkała w Katmandu, w Nepalu, w głowie pojawiła się taka myśl. Weszła na najwyższy szczyt świata. Jak się przygotować do takiej wyprawy? Czy każdy może wejść na Everest lub pojechać na trekking w Himalaje? O tym opowiada Magdalena Madej. 

Magdalena Madej oraz Maks Behr
fot. Chillizet/ na zdjęciu Magdalena Madej oraz Maks Behr
--1-- ----

Maks Behr: Czy mogę o Tobie mówić alpinistka, himalaistka? Jak ty siebie najczęściej przedstawiasz?

Magdalena Madej: Myślę, że najbardziej odpowiednim określeniem będzie pasjonatka gór, bo biorąc pod uwagę naszą historię w himalalizmie, to myślę, że moje osiągnięcia są za małe, abym mogła się w taki sposób przedstawiać.

Maks Behr: A jak środowisko himalaistów przyjmuje takich pasjonatów gór, jak Ty? Czy są jakieś pułapy osiągnięć?

Magdalena Madej: Nie wiem, bo mieszkam w Wietnamie, więc jestem zupełnie odizolowana od tej społeczności. Nie mam kontaktu ze środowiskiem górskim w Polsce.

Maks Behr: A w którym momencie ta twoja pasja do gór tak bardzo mocno wybrzmiała w Twoim sercu?

Magdalena Madej: Ja się wychowywałam w Zakopanem. Mieszkałam tam przez 13 lat, od szóstego roku życia. Góry były takim moim placem zabaw. To było moje środowisko, w którym spędzałam czas. Nigdy to nie był dla mnie sport zawodowy, ale raczej hobby, sposób, w jaki spędzałam wolny czas jako dziecko. Co weekend wychodziłyśmy z mamą w góry. Zimą jeździłam na nartach. Te góry zawsze były dla mnie czymś bardzo oczywistym i naturalnym.

Maks Behr: A kiedy zapragnęłaś wyjechać gdzieś w góry poza Zakopane, by wspiąć się nieco wyżej? Masz na swoim koncie kilka zdobytych szczytów, m.in. innymi ten najwyższy, najpiękniejszy i, nie wiem, pewnie najtrudniejszy, czyli Mount Everest. To nie lada wyczyn. Ale chciałem się dowiedzieć, czy był jakiś moment, w którym to Morskie Oko przestało Cię kręcić?

Magdalena Madej: To zupełnie inna historia. Ja po prostu po liceum wyprowadziłam się z Zakopanego i przeprowadziłam się do Warszawy. Tam zaczęłam studiować. Czasem w wakacje wyjeżdżałam na przykład w Alpy. To, że znalazłam się w Himalajach, było trochę przypadkiem. Cztery lata temu wyjechaliśmy z mężem z Polski na kontrakt do Malezji, na tropikalną wyspę Langkawi. Potem przyszła pandemia, świat się zamknął, biznesy stanęły, turystyka tak samo. Po dwóch latach wiedzieliśmy, że musimy zmienić miejsce pobytu. Któregoś dnia mój mąż przyszedł do domu i powiedział, że możemy się przenieść do Katmandu w Nepalu. Pomyślałam: "kurczę, to są Himalaje!", a potem powiedziałam: "No dobra, przeprowadźmy się, spróbujmy, zobaczmy". Nie znaliśmy tam nikogo, ale od pierwszego momentu czułam, że chcę tam pojechać, niezależnie od tego, jakie warunki życia tam będą.

Przeprowadzając się do Nepalu, wiedziałam, że będę chciała być jak najczęściej w górach, ale wtedy nie przyszło mi do głowy, że będę wchodziła na ośmiotysięczniki. Po prostu chciałam zrealizować swoje marzenie, aby pójść na trekking w Himalajach.

Redakcja poleca

Maks Behr: Wspominałaś, że pojechaliście z mężem na kontrakt do Malezji, a potem pojawiło się to Katmandu. Czy możesz rozwinąć ten temat?

Magdalena Madej: Tak w dużym skrócie: przeprowadzaliśmy się ze względu na pracę mojego męża. Zostawiłam tutaj w Warszawie pracę w korporacji, w sprzedaży, w marketingu i musiałam znaleźć dla siebie nowe możliwości.

Maks Behr: Jak to jest... najpierw pracujesz w korporacji, jak wiele innych osób, i nagle znajdujesz się w Malezji, potem w Katmandu. To duże zmiany w życiu, jakie uczucia, emocje się za tym kryją?

Magdalena Madej: Myślę, że ta największa zmiana była w momencie, kiedy się przeprowadziliśmy z Warszawy do Malezji. To był dla mnie szok, bo ja intensywnie pracowałam. Zostawiłam to za sobą, przeprowadzając się na wyspę, na której życie wygląda zupełnie inaczej. Musiałam się oswoić z tym, odnaleźć w nowej rzeczywistości. Wiedziałam, że prawdopodobnie w tym miejscu nie będę mogła wykonywać zawodu, który wcześniej wykonywałam. Musiałam znaleźć nowy pomysł na siebie. Pomógł mi w tym lockdown, czyli moment, w którym okazało się, że wszyscy wokół nie mogą pracować. Wtedy zupełnie zmieniłam postrzeganie sytuacji, w której się znalazłam. Cieszyłam się z tego, że znalazłam się w tak pięknym miejscu. Wiedziałam, że powinnam tak naprawdę docenić to, gdzie jestem, że powinnam spojrzeć na to, co jest wokół mnie i zastanowić się, jak wykorzystać tę przestrzeń do tego, abym mogła się dalej spełniać, ale zupełnie w innych kategoriach.

Maks Behr: Jak się żyje na wyspie? Co Ci przyszło do głowy w kwestii spełniania się? Ludzie często sobie myślą, że chcieliby rzucić wszystko i wyjechać. Co się czuje, gdy się wychodzi z tych trybików zaplanowanego życia codziennego i trzeba się zorganizować na nowo?

Magdalena Madej: Wydaje mi się, że jestem elastyczną osobą i te zmiany w życiu traktuję może nie jak nagrodę, ale jak coś niezwykłego. Zmieniając miejsce zamieszkania, jest trochę tak, jakbyśmy otwierali swoje życie na nowo. Warto mieć oczy szeroko otwarte i spojrzeć na to, co możemy zrobić w szerszej perspektywie. Nie zamykać się, nie myśleć o tym, że konkretnie chcę iść w tym kierunku i szukać rozwiązań w tym, co robiłam do tej pory. Na Langkawi zajęłam się czymś zupełnie innym. Dotyczyło to ochrony rafy koralowej. Budowaliśmy taki mały basen, który był imitacją środowiska morskiego. Próbowaliśmy tam rozmnażać rafę koralową i przesadzać ją do morza. Była to praca w formie wolontariatu, ale też coś niesamowitego, czego w ogóle w życiu bym nie planowała. Nie myślałam, że coś takiego się zdarzy. Połączyłam to również z nurkowaniem, miałam w planach zrobienie divemastera, abym mogła być instruktorem i po prostu pracować w taki sposób. Niestety lockdown trochę pokrzyżował plany... Ale pozwolił nam na realizację innych rzeczy, chociażby na przeprowadzkę do Katmandu i zobaczenie Himalajów.

Maks Behr: Jak to jest rozpocząć życie w Himalajach? Mamy zwrot akcji. Ma być malezyjska wyspa, jest lockdown, lądujecie w Katmandu, w Himalajach. I kolejny raz rozpoczynacie swoje życie. Jakie to uczucie, kiedy stajesz u podnóża tych pięknych gór w Nepalu i masz widok na te najpiękniejsze i najwyższe góry świata?

Magdalena Madej: Do gór z Katmandu mamy jeszcze daleko, prawie 100 kilometrów. Pierwsze zderzenie z tym miastem było ogromnym szokiem, bo ono ma zupełnie inny charakter niż miasta w Europie. Ale losy tak fajnie się ułożyły, że poznałam tam grupę wspinaczy, którzy rok wcześniej weszli na K2 zimą.

Maks Behr: Tych cudownych Nepalczyków, Szerpów, którzy wspólnie, czekając na siebie, w tym samym czasie weszli na szczyt K2? Ich chyba było 10. To jest jedna z najpiękniejszych historii w świecie himalaizmu, która zrobiła na mnie piorunujące wrażenie. Dla mnie, dla laika, było to coś niesamowitego, a dla osoby, która jest w tym świecie, to musi być coś naprawdę niezwykłego, magia.

Magdalena Madej: Można powiedzieć, że znalazłam się w idealnym miejscu i czasie, ale tak naprawdę ta społeczność górska w Katmandu jest mała i zrzeszona. Tam po prostu wszyscy się znają, niezależnie od tego, z jakich firmy ekspedycyjnych są. Więc nagle okazuje się, że jest tam środowisko, w którym wszyscy chodzą w góry i wszyscy mają na koncie co najmniej kilka albo kilkanaście wejść na ośmiotysięcznik. Ci, którzy pojawiają się w Katmandu w okresie sezonu górskiego, to są osoby, które przyjeżdżają po to, aby pójść na trekking albo dołaczyć do jakiejś ekspedycji. Więc po prostu, czy chcesz, czy nie, jesteś w tym środowisku i zaczynasz żyć tym. Dla Szerpów jest to zupełnie normalne, że podejmuje się takie wyzwanie, aby wejść na sześciotysięcznik w Himalajach. Myślę, że ta sytuacja bardzo pomogła mi w podjęciu decyzji, by spróbować swoich sił w pierwszej wyprawie. Nie wiem, czy mieszkając tutaj w Polsce, byłabym skłonna zrealizować takie marzenia. Tam miałam wsparcie ludzi, którzy znają te góry, mogą podpowiedzieć, jak się przygotować, zarówno treningowo, jak i z wyposażeniem. Ciężko byłoby mi zrealizować taki plan tutaj w Polsce, nie mówię, że nie jest to możliwe, ale będąc tam, było to o wiele łatwiejsze.

Redakcja poleca

Maks Behr: Czyli jest to pewnego rodzaju networking, który zaczyna Cię wciągać, zasysać do środka?

Magdalena Madej: Tak, jak najbardziej.

Maks Behr: Słyszałem kiedyś fajną rozmowę z Krzysztofem Wielickim na temat tego, jak ten himalaizm ewoluuje, że jest różnica pomiędzy zdobywaniem góry, a wchodzeniem na nią. Zastanawiałem się, czy rzeczywiście jest różnica pomiędzy komercyjnym wchodzeniem, przykładowo na Everest, a sportowym, może nawet zawodowym zdobywaniem góry. Czy dochodzi do różnych animozji pomiędzy ludźmi, którzy atakują te szczyty? Jak to jest wejść do takiej hermetycznej społeczności himalaistów, atakujących ośmiotysięczniki?

Magdalena Madej: W samym Nepalu ta społeczność jest bardzo otwarta, ja osobiście dostałam bardzo duże wsparcie od wszystkich, niezależnie czy byli to Szerpowie, czy członkowie innych ekspedycji. Przyznaję, że to mi bardzo dużo dało, przede wszystkim taką pewność, że warto spróbować.

Kiedy przyjechałam do Katmandu, poznałam dwie dziewczyny, można powiedzieć, że amatorki, bez sportowego, zawodowego doświadczenia. Spojrzałam na nie i pomyślałam: "Kurczę, te dziewczyny wyglądają tak jak ja". W sensie, że nie wyróżniają się niczym specjalnym. Jedna z nich, z tego co pamiętam, weszła na Manaslu bez tlenu. To było to dla mnie niewiarygodne osiągnięcie. Miałam przed sobą żywy dowód na to, że jeżeli czegoś chcesz, to możesz przygotować plan, przygotować siebie i to zrealizować.

Miałam też niesamowite wsparcie. Gdy pytałam: "Czy myślisz, że powinnam spróbować?". Od każdego słyszałam: "Pewnie, powinnaś spróbować". Poza tym byłam tam na miejscu, w Nepalu, w Katmandu. Himalaje miałam dosłowenie na wyciągnięcie ręki. Miałam taką myśl w sobie, że niespróbowanie byłoby niewykorzystaniem tej sytuacji, w której jestem. Wspierali mnie wszyscy znajomi, ale przede wszystkim mąż, który mnie wręcz zachęcał do tego. Mówił bardzo rozsądnie, sama to teraz powtrzam: "Jeżeli idziesz pierwszy raz na wyprawę, zresztą na każdą, bez oczekiwań wejścia na szczyt, to gdziekolwiek dojdziesz podnosisz swój pułap wysokości. To już jest, tak naprawdę, twoje osiągnięcie". Każda wyprawa uczy i przyzwyczaja cię do tych trudności i rzeczy, które na początku wydają ci się zupełnie niemożliwe. Chodzi na przykład o mycie głowy, o spanie w namiocie przy minus 20 stopniach. Każda wyprawa daje ci doświadczenia po prostu. Jeżeli czegoś chcesz i ciągnie cię do tego, to musisz zaryzykować i spróbować.

Maks Behr: Czy w takim razie możemy powiedzieć, że Himalaje są dla wszystkich i że to jest tylko kwestia percepcji?

Magdalena Madej: Uważam, że tak, aczkolwiek myślę o miłośnikach gór, którzy mają już jakieś doświadczenie i nie mają problemów z adaptacją do wysokości, bo to jest czynnik, który może nam nie pozwolić na przebywanie w wysokich górach. Takie osoby początkowo mogą pójść na trekking. Jeśli ktoś kocha góry, to trekkining w Himalajach, najwyższych górach świata, to jest taki top of the top na liście. Można się do tego przygotować, jak najbardziej. Nie ma tam ekspozycji, niebezpiecznych przejść, ale z pewnością jest to też ogromne wyzwanie. Bo jesteś dwa tygodnie, czy może nawet dłużej, poza domem, w ciężkich warunkach, w minusowej temperaturze. Codziennie przechodzisz kilkanaście kilometrów, codziennie pokonujesz kolejne przewyższenie. Życie na wysokości od 3400 m n.p.m., czy nawet 5300m  n.p.m (na tej wysokości jest Everest Base Camp) nie jest łatwe. To jest bardzo często szok dla ciała, zwłaszcza w perwszych dniach. Ale dla osób zdrowych, które dbają o swoją sylwetkę i ćwiczą na co dzień, jest to jak najbardziej do zrealizowania.

Maks Behr: Czy dojście do Everest Base Camp jest już jakimś osiągnięciem?

Magdalena Madej: Dla osób, które dopiero zaczynają swoją przygodę, jadą do Nepalu po raz pierwszy, z pewnością tak. To jest dla nich wyzwanie. Jednak z punktu widzenia Nepalu, wejścia na szczyty, to jest dopiero punkt startowy. W Nepalu w zasadzie wzniesienia, góry, czy szczyty, które są poniżej 6 tysięcy metrów, często nie mają nawet swoich nazw, albo nie są kwalifikowane jako szczyty. Na przykład Kalapatar ma 5600 m wysokości i jest uważany za punkt widokowy. Tak więc w Europie sześciotysięcznik jest wyzwaniem, tutaj, w Nepalu, punktem wyjścia, punktem startu.

Redakcja poleca

Maks Behr: A kiedy pojawiła się myśl o Mount Evereście?

Magdalena Madej: Everest nie był moim planem, celem, gdy przyjeżdżałam do Nepalu. Po prostu realizowałam swoje plany, sprawdzałam możliwości, jakie miałam. To trwało dwa lata. Przez ten czas byłam cały czas i w treningu, i w każdym sezonie w górach. Dzieliłam czas na wejście na jakiś szczyt, później regenerację, trening i kolejne wejście.

Maks Behr: To już nie brzmi jak pasja do gór, tylko takie zawodowe, profesjonalne przygotowywanie się do wspinaczki.

Magdalena Madej: Jeżeli chodzi o ośmiotysięczniki, to myślę, że jest to sport bardzo wymagający i ekstremalny. Jest ogromna różnica pomiędzy sześciotysięcznikiem a ośmiotysięcznikiem. Ta strefa śmierci, od ośmiu tysięcy, zaczyna tę ekstremalność i ryzyko tego sportu. Wyzwaniem jest też czas trwania ekspedycji, na przykład wyprawa na Everest oznacza prawie 50 dni pobytu w górach. Stawiasz na góry, a to oznacza, że poświęcasz swój czas, oszczędności, całą swoją energię na przygotowania do tej wyprawy. I to też jest wyzwanie.

Maks Behr: Mówiłaś o strefie śmierci, czy tam są najtrudniejsze warunki atmosferyczne?

Magdalena Madej: Ona zaczyna się na wysokości 8 tysięcy metrów. Ta wysokość i panujące tam warunki sprawiają, że my, ludzie, nie jesteśmy tam w stanie przeżyć. W powietrzu jest bardzo mała zawartość tlenu, więc ryzyko pojawienia się chorób wysokościowych jest bardzo wysokie.

Maks Behr: A jak psychicznie przygotowywałaś się do tej wyprawy? Bo wielu himalaistów mówi, że do wyprawy trzeba się przygotować fizycznie, ale przede wszystkim wchodzi się głową.

Magdalena Madej: Tak, myślę, że jest to prawda. Każda z ekspedycji, na której uczestniczyłam, uczyła mnie siebie, jak się odnajdę w takich warunkach, jakie mam słabe punkty, gdzie muszę jeszcze popracować. Najpierw była wyprawa na Ama Dablam, później na Lhotse, później na Manaslu. Musiałam umieć sobie dawać radę ze słabszym dniem, czy nawet jakimś załamaniem w base campie. A oto nietrudno, kiedy mieszkasz na tej wysokości już dwa tygodnie, jest ci notorycznie zimno, źle, masz problemy w zasadzie ze wszystkim, nawet z oddychaniem, możesz być przeziębiony, możesz mieć problemy pokarmowe.

Maks Behr: Mówiłaś, że taka wyprawa trwa około 50 dni...

Magdalena Madej: 50 dni to jest cała wyprawa, od momentu wyjścia na trekking do zejścia z powrotem. To jest tak plus minus 50 dni.

Maks Behr: To w takim szczytowym momencie ile jesteś? 10 dni?

Magdalena Madej: To może wytłumaczę, jak to wygląda. Zaczynamy trekking i dochodzimy do base campu, to trwa zwykle 7 dni. W base campie mamy chwilę na odpoczynek, na adaptację. Później mamy pierwsze treningi, czyli wejścia aklimatyzacyjne, na przykład na 5700, zejścia, potem kolejny dzień. I pierwszym etapem jest tak zwana rotacja, czyli wchodzisz na 7000 metrów po to, żeby twoje ciało się zaadaptowało powoli do tej wysokości i musisz zejść z powrotem do base campu. Czyli dochodzisz do campu trzeciego, mniej więcej robisz trzy czwarte drogi, może trochę mniej, i schodzisz do base campu. Znowu masz czas regeneracji i czekasz na okno pogodowe, żeby wejść znowu z base campu, ale tym razem na sam szczyt i zejść z powrotem.

Maks Behr: Czy możesz coś więcej powiedzieć o tych oknach pogodowych?

Magdalena Madej: Pogoda niestety zmienia się na całym świecie, wszyscy widzimy te zmiany. W 2023 roku, czyli w tym sezonie, w którym ja wchodziłam, te prognozy pogody, które mieliśmy, tak naprawdę mało co się sprawdzały. Były różnice. Sprawdzając pogodę, widzisz, że masz okno pogodowe w takich i takich dniach, ale nigdy nie możesz być pewny na 100 proc., że ta pogoda się sprawdzi.

Maks Behr: Czy miałaś taki moment, w którym pomyślałaś: "po co ja tu przyszłam"?

Magdalena Madej: Pewnie cię zakoczę, ale takie momenty się bardzo często pojawiają. To znaczy, we mnie nigdy nie ma czegoś takiego, że chciałabym zawrócić, że chciałabym się wycofać. Tam panują trudne warunki. Już samo spanie na wysokości 5 tysięcy metrów, oddychanie, wstawanie i zasypianie przy minus 20 stopniach jest ciężkie, więc codziennie musisz odnajdywać w sobie takie pozytywne strony tego. Dodatkowo dochodzi jeszcze sam trekking, czy podejście, z tym też bywa ciężko. Rzadko kiedy jest pięknie i kolorowo. Ja wiem, jak się stymulować, to znaczy wiem, jak pobudzać tę swoją energię do tego, żeby było mi trochę łatwiej. Mówiłeś, że tak naprawdę wchodzi się głową i to jest prawda. Musisz sam się zmotywować, bo na tej wysokości, czy na tego rodzaju wyprawach nie możesz liczyć na kogoś innego. Nikt cię nie będzie motywował, nie będzie mówił idź dalej. To ty walczysz sam z sobą.

Najważniejsze jest to, aby dobrze się przygotować, zdobywać doświadczenie krok po kroku, a nie rzucać od razu na głęboką wodę. Pierwsza góra, na którą wchodziłam, to była Ama Dablam. To jest taka bardzo technicza góra. Potem było Lhotse, dzięki której znałam drogę na Everest, bo to są dwie góry, które są obok siebie, więc droga do campu czwartego jest ta sama. Dzięki temu wchodząc na Everest czułam się przygotowana. To był ogromny projekt w moim życiu, na który poświęciłam dwa lata. Gdy pojawiają się warunki, by wejść na szczyt, to ja wchodzę, mimo słabości. Jest ci ciężko? No jest, ale wiedziałaś o tym, że łatwo nie będzie, prawda? Idziesz dalej, jest ci niewygodnie, źle, jesteś umęczony, cel wydaje się nieosiągalny, ale nie wyobrażam sobie, abym mogła z tego zrezygnować, jeśli czuję się dobrze fizycznie, jeśli nie ma zagrożenia zdrowia, tylko dlatego, że moja podświadomość podpowiada coś innego.

Redakcja poleca

Maks Behr: A co w sytuacji, gdy doświadczasz choroby wysokościowej, gdy całkowicie Cię odcina, a mimo to bardzo chcesz wejść?

Magdalena Madej: Nie miałam takich sytuacji, w których czułabym się tak źle. Ale idziesz z innymi osobami, które cię obserwują i jeżeli dzieje się coś wykraczającego poza normy, na przykład pojawia się ból głowy, który wskazuje na to, że masz problemy z adaptacją do wysokości, to trzeba natychmiast zacząć schodzić. Zresztą nasza wyprawa na Manaslu nie zakończyła się sukcesem, dwa razy robiliśmy podejścia na szczyt i wycofywaliśmy się, bo warunki były zbyt niebezpieczne, by iść dalej.

Maks Behr: I co wtedy czujesz?

Magdalena Madej: W takich sytuacjach uczysz się pokory i akceptacji. O tym, czy wejdziesz na szczyt, czy to sześciotysięcznik, czy ośmiotysięcznik, decyduje przyroda, warunki pogodowe. Niezależnie od tego, jak będziesz przygotowany, jaki sprzęt zabierzesz, z kim tam pójdziesz, tak naprawdę decyduje przyroda.

Maks Behr: Czyli musisz mieć też szczęście?

Magdalena Madej: Musisz mieć szczęście i myślę, że respekt do przyrody, do gór i do miejsca, w którym jesteś, bo my tam jesteśmy tylko takimi malutkimi mróweczkami.

Maks Behr: A jak było z wejściem na Everest? Czy miałaś jakieś trudniejsze chwile?

Magdalena Madej: Może to zabrzmi nieskromnie, ale cieszę z tego wejścia na Everest, a właściwie z tego, jak przebiegł sam summit push. Udało mi się wejść w dobrym tempie na szczyt i szybko zeszliśmy do drugiego campu. Podczas tej wyprawy nie było takiego momentu, w którym coś zawaliłam albo zrobiłam coś nie tak. Zdarzały się sytuacje niepokojące, w których musiałam podjąć decyzję, co zrobić dalej, pomyśleć na chłodno, jakie mamy warunki pogodowe.

Maks Behr: Podasz jakiś przykład? Odmrożony palec?

Magdalena Madej: Właśnie, nie (śmiech). Wróciłam ze wszystkimi palcami, bez żadnych odmrożeń i to też jest duży sukces. Ja wchodziłam w drugim oknie pogodowym, podczas sezonu, który był najbardziej oblegany, ale na szczyt wchodziliśmy zupełnie sami. Była nasz szóstka, do tego sześciu przewodników. To był maj. Pierwsze okienko pogodowe było 16-18 maja, a drugie 21 maja. Doszliśmy do campu czwartego, on był w zasadzie pusty. Były tam może dwie dodatkowe ekspedycje. Każda dwójka miała swój namiot, co się bardzo rzadko zdarza. Ja byłam tylko ze swoim przewodnikiem, z którym mieliśmy trochę problemów komunikacyjnych, bo on słabo mówił po angielsku. Wyszliśmy w środku nocy, ale nasze wyjście było przesuwane o kilka godzin, bo wiatr od momentu dojścia do campu (około 13.00) robił się coraz mocniejszy i wtedy był taki moment, w którym się zastanawiałam, czy my w ogóle wyjdziemy tego dnia na szczyt. To oczywiście nie jest tylko decyzja przewodnika, ale także lidera grupy, który jest najczęściej w campie drugim albo w base campie. Te osoby mają wszystkie potrzebne informacje, dostęp do internetu, mogą sprawdzić prognozę pogody. Jest więc sygnał z bazy, jak wyglądają warunki pogodowe, czy ten wiatr powinien się nasilać, czy powinien w przeciągu kilku godzin ustać. W taki sposób podejmujemy decyzje. To jest też tak, że nawet gdyby były super warunki, a ja bym powiedziała, że nie idę, bo źle się czuję, to się wycofujemy, czyli ja i przewodnik.

Maks Behr: Ale wróćmy do chwili, gdy wychodzisz z namiotu i zastanawiasz się, co dalej...

Magdalena Madej: Miałam informację, że wiatr powinien ustać w przeciągu kolejnych godzin, tylko... patrzyłam na zegarek, była 21.00, ale nie było jeszcze zachodu słońca, było bardzo jasno jak na tę godzinę. Sprawdzałam wszystkie urządzenia, które mieliśmy i one pokazywały tę samą godzinę. Nie za bardzo to mi się zgadzało z tym, co było na zewnątrz. W końcu o 24.00 powoli zaczęliśmy się zbierać, mieliśmy wyjść o 1.00 w nocy. Gdy wyszliśmy, okazało się, że jest burza śnieżna, że bardzo mocno pada śnieg. Była słaba widoczność, bardzo zimno. Zakładałam, że jak wyjdziemy z namiotu, to spędzimy jeszcze 10-15 minut na przygotowanie, to znaczy na założenie raków, na założenie sprzętu, tlenu, plecaka, to wszystko zajmuje czas, bo tam nie jesteś stanie wykonywać ruchów tak samo, jak tutaj. Nie mogliśmy tego przedłużać, bo stanie w jednym miejscu mogło sprawić, że wytracimy energię, ciepło, i możemy narazić się na odmrożenia. Widziałam, że przygotowują się kolejne osoby, bo w ich namiotach paliło się światło, coś się działo. Wyszłam trochę wcześniej, więc powiedziałam do mojego przewodnika, żebyśmy zaczęli iść powoli, by nie wytracać ciepła. Reszta do nas dojdzie.

Warunki były na ten moment niesprzyjające. Wcześniej analizowałam tę trasę z kimś, to tam był, więc wiedziałam, z jakich etapów ta droga się składa i czego można się spodziewać. Ten pierwszy odcinek, który trwa nawet półtorej godziny, jest odcinkiem bardzo bezpiecznym. Jest to praktycznie płaski odcinek, później jest podejście po śniegu, już na linie, po prostym, delikatnym wzniesieniu. Więc po prostu zdecydowałam się, że będę iść powoli, czekać na ekipę, która do mnie dojdzie.

Idąc minęliśmy człowieka, który prawdopodobnie zmarł dzień, bądź maksymalnie dwa dni wcześniej. On był praktycznie 500 metrów od campu czwartego. Prawdopodobnie był ściągany, była próba ratowania go, bo był związany liną, ale już nie żył od jakiegoś czasu. To jest taki moment, w którym zdajesz sobie sprawę z tego, że to nie jest zabawa, że jeden błąd może prowadzić do śmierci. To są realia na ośmiu tysięcach metrów. Myślę, że warto o tym powiedzieć, bo nie chciałabym, żeby ktoś, widząc mnie, czy ładne nagrania, które są na moim Instagramie, myślał, że jest to coś łatwego. Mówiąc, że przygotowywałam się przez dwa lata, że trenowałam, nie żartowałam, naprawdę robiłam wszystko, żeby się po prostu zabezpieczyć. Tam są warunki, w których jesteśmy narażeni na śmierć po prostu. Każdy mały błąd może nas kosztować życie.

Maks Behr: To był ten trudny moment?

Magdalena Madej: Tak, na pewno pojawiła się szybka, zimna kalkulacja. "Magda, jesteś tutaj z przewodnikiem, ale to ty musisz zdecydować, czy idziesz dalej, czy nie". To jest moment, w którym musisz ocenić możliwości, czy to moment, by się wycofać, czy iść dalej. Wtedy postanowiłam, że dochodzę do ściany, co zajmie mi około 30-40 minut, i jeśli do tego czasu wiatr się nie uspokoi, to wracam z powrotem do campu czwartego.

Redakcja poleca

Maks Behr: A co się dzieje z taką osobą, która umrze podczas wyprawy? Czy ona ma jakiś pogrzeb tam w Himalajach?

Magdalena Madej: Wszystko zależy od tego, na jakiej wysokości się to wydarzy i od możliwości rodziny, bo koszt zniesienia ciała, czy w ogóle koszt ratownictwa na tej wysokości, jest ogromny. Dopóki jeszcze jest to akcja ratunkowa, no to jesteśmy ubezpieczeni, i te koszty są pokryte z ubezpieczenia. W przypadku zwiezienia zwłok z tej wysokości, koszt jest pokrywany chyba przez rodzinę i są to ogromne pieniądze.

Maks Behr: Wracając do Ciebie, doszłaś do tej ściany i...

Magdalena Madej: Wiatr przestał wiać, widziałam niebo, widziałam gwiazdy. W zasadzie śniegu już nie było, nie było zamieci, były zupełnie normalne warunki. Można powiedzieć, że mieliśmy super warunki, było bardzo zimno, minus 30 stopni, ale nie było wiatru, więc można było bezpiecznie podchodzić. Pomyślałam sobie: "Kurczę, byłam tak blisko odwrotu". Nie wiem, czy gdybym wróciła do campu czwartego, to weszłabym na szczyt drugiego dnia. Nie wiem, jakby się te losy potoczyły. Każdy dzień na tej wysokości, to jest ogromna utrata energii, niezależnie od tego, czy jesteś na tlenie, czy nie. Zresztą ja tego tlenu staram się wykorzystywać jak najmniej, bo niezależnie od tego, czy idziesz z firmą ekspedycyjną, to ta ilość tlenu jest ograniczona. Nie wiem, czy gdybym zeszła, to czy starczyłoby tych butli do następnego okna pogodowego. Zresztą wiesz, butla może się uszkodzić, możemy spotkać kogoś po drodze, kto tego tlenu może potrzebować bardziej... Nigdy tego nie przewidzisz. Więc, gdy doszłam do tej ściany, to pomyślałam, że mam szczęście i cieszyłam się z tej mojej decyzji.

Maks Behr: A to podejście do tej ściany, to ostatnia prosta?

Magdalena Madej: Nie, to moment, w którym dopiero zaczynamy wejście. To jest pierwszy etap podejścia na szczyt Everestu. Takim środkiem jest The Balcony na wysokości 8430 m n.p.m. To jest takie wypłaszczenie w kształcie siodła. Ten pierwszy odcinek odbywał się w nocy, całą trasę szliśmy w nocy i właśnie nie zgadzało mi się to, co widzę z czasem. Mniej więcej wiedziałam, że musiały minąć jakie dwie godziny. Wiesz spojrzenie na zegarek na tej wysokości jest sporym wydatkiem energetycznym, bo musisz stanąć w odpowiednim, bezpiecznym miejscu dla ciebie i osoby, która z tobą idzie, dogrzebać się do tego zegarka, żeby zobaczyć godzinę... Więc to nie jest tak, że sprawdzasz czas, co 15 minut, gdzie jesteś, na jakiej wysokości, która jest godzina. Musisz to sobie jakoś określić w głowie.

Maks Behr: Czyli musisz mieć w głowie topografię terenu, jakieś wyczucie czasu, tempa, w jakim idziesz.

Magdalena Madej: Tak, tak. Doszedł do mnie mój kolega, który zdecydował, że pójdzie ze mną. Wchodziliśmy, więc we czwórkę, my i nasi przewodnicy. Tego dnia przed nami były tylko trzy osoby, więc cała trasa była pusta, prawie nikogo tam nie było. Były takie momenty, że ja nawet tych trzech osób przed sobą nie widziałam. Cały Everest bez ludzi, co jest wyjątkowe, patrząc na zdjęcia, na te kolejki, sznury ludzi, chcących wejść na szczyt. To było dla mnie ogromne przeżycie. Miałam możliwość doświadczenia tych gór w takich warunkach.

Ale wracając do podejścia, w pewnym momencie spojrzałam na zegarek, była piąta czy szósta, i mówię: "Cholera, gdzie jest wschód słońca, gdzie jest światło?". Wiedziałam, że jestem zmęczona, że potrzebuję takiego punktu, przełomu, że potrzebuję tego światła, a jego wciąż nie ma.

Maks Behr: Czyli najpierw był za późno zachód słońca, a potem za długa noc...

Magdalena Madej: Mówiłam do swojego przewodnika: "Gdzie jest słońce, już powinno być słońce?", ale oni nie rozumieli o co mi chodzi, więc powiedziałam: "Dobra, idziemy". I to jest niesamowite, bo ja doszłam do tego The Balcony kilka minut przed wschodem słońca. Jak się zaczynał ten dzień, zrobiło się jasno, to ja miałam możliwość zatrzymania się w takim dość bezpiecznym, wygodnym miejscu, i obserwowania tego wschodu słońca.

Później okazało się, że nasze zegarki i sprzęt przestawiły się na czas chiński o dwie godziny do przodu, więc ja wyszłam z namiotu o te dwie godziny za wcześnie. Gdybyśmy wyszli później, to burzy pewnie już w campie czwartym by nie było. Stąd ten późny zachód i wschód słońca (śmiech).

Maks Behr: Wszystkim przestawiły się zegarki?

Magdalena Madej: Tak, bo Everest jest na granicy nepalsko-chińskiej.

Maks Behr: Jesteś na balkonie świata, oglądasz piękny wschód słońca... To już jest ostatnia prosta?

Magdalena Madej: Druga połowa wejścia. Jak jest wschód słońca i masz koło siebie widoki, to masz taki zastrzyk adrenaliny. Była przepiękna pogoda. Ja widziałam po horyzont górę, więc ten odcinek był naprawdę niesamowity. Ale oczywiście była bardzo niebezpieczna, duża ekspozycja. Pamiętam, że jak doszliśmy do Hilary Step, to dopiero wzięłam głęboki oddech. Ale nie mogłabym sobie wyobrazić lepszego dnia na to wejście.

Maks Behr: No dobra masz zastrzyk adrenaliny, piękny widok, zachwyt, ale musisz się jeszcze zmobilizować, by wejść na ten szczyt. Jak w takich warunkach się ostudzić?

Magdalena Madej: Wejście na szczyt to nie jest koniec drogi, to jest połowa drogi, więc dałam sobie chwilę na to, by nacieszyć się tą chwilą, ale to nie ostudziło mnie. Wiedziałam, że muszę wejść na szczyt, a potem z niego zejść na wysokość 6400 m.

Maks Behr: A jak wejdziesz na szczyt, to ile czasu możesz tam spędzić?

Magdalena Madej: Musisz pilnować czasu, ale to zależy, ile masz tlenu, bo tego tlenu potrzebujesz też na zejście. My tam spedziliśmy chyba około 30 minut. Chwilę się ogarnęliśmy, musiałam zrobić zdjęcia dla swoich partnerów, którzy mnie wspierali w tej wyprawie. To jest też ciekawy temat, bo miałam krótki czas na to, by wszystko zorganizować. Dużo się działo z ekspedycji na ekspedycję. Musisz znaleźć jakieś finansowanie, firmy, które chciałyby ci pomóc finansowo. To był dla mnie ciężki okres, ale cieszyłam się, że udało się znaleźć kogoś, kto uwierzył we mnie, w moje plany i marzenia. To ma znaczenie, ale chyba najważniejsze jest to, aby zejść z tej góry i wrócić do domu, do rodziny. To ma największe znaczenie.

Maks Behr: O czym teraz marzysz?

Magdalena Madej: Niedawno myślałam o tym (śmiech). Dużo się wydarzyło w ostatnim sezonie w górach z moimi przyjaciółmi i czuję się spełniona, zrealizowana. A jeśli chodzi o kolejne plany, to rozpoczynam projekt Seven Summit, czyli siedmiu najwyższych szczytów z siedmiu kontynentów. Najpierw Aconcagua, potem Kilimandżaro. To dwa ogromne projekty. Będzie intensywnie. Potem wracam do domu, by pobyć trochę z rodziną.

Maks Behr: Życzę Ci, aby wiatr zawsze wiał Ci w plecy, a słońce świeciło w twarz. Trzymam kciuki.

Magdalena Madej: Dziękuję za zaproszenie i za tę rozmowę.

Źródło: CHILLIZET/ podcast "Zza kulis"