"Za mówienie po kaszubsku karano cieleśnie". Stasia Budzisz o Kaszubach dawniej i dziś
Kiedyś byli karani za używanie języka kaszubskiego w szkołach, a dzieci, które niewystarczająco dobrze opanowały mówienie w języku polskim, były odsyłane do szkół specjalnych. Dzisiaj tego języka mogą uczyć się w szkole, ale nie do końca przypomina on język ich przodków. O znikających Kaszubach ze Stasią Budzisz, Kaszubką, dziennikarką, autorką książki "Welwetka", rozmawia Jeremi Pedowicz.
Jeremi Pedowicz: Dzisiaj przeniesiemy się na północ Polski, a doładnie na Kaszuby. Jestem zakochany w tym rejonie, dlatego z wielką przyjemnością przeczytałem Twoją książkę na ten temat. Najpierw chciałbym Cię zapytać o genezę osadzenia się Kaszubów na tym terenie. Używają oni słów, takich jak oma czy opa, które są też używane na Śląsku...
Stasia Budzisz: Tak, te słowa rzeczywiście na Kaszubach występują. Wiesz na tym terenie od czasu do czasu byli Niemcy, od czasu do czasu Polacy, ale zawsze byli Kaszubi. To nie jest tak, że my się tam jakoś pojawiliśmy znikąd, tylko to wy do nas przyszliście (śmiech).
Jeremi Pedowicz: Rzeczywiście Kaszuby, to taki rejon Polski, który można byłoby porównać do pokoju przechodniego. W swojej książce zdradzasz sporo historii z życia prywatnego i z życia swoich rodziców. Ale bycie Kaszubką dla Ciebie wcale takie proste nie było, prawda? Przyznałaś, że ciężko było Ci się do tego przyznać, tę kaszubkość początkowo odpychałaś... Skąd więc ten powrót?
Stasia Budzisz: Powrót był tak naprawdę związany z moim życiem zawodowym. Zajmuję się szeroko pojętą tzw. poradziecją i przez wiele lat mieszkałam w Gruzji, wśród takiej społeczności Megrelów. To jest taka grupa, która żyje w Gruzji i mówi swoim językiem. To, co było dla mnie najbardziej zaskakujące w obcowaniu z tymi ludźmi, to to, że oni – mimo tego, że Gruzini się z nich śmieją, a wokół nich narosło wiele stereotypów – w ogóle się tego nie wstydzą. Nie wstydzą się języka, którym się posługują, niezależnie od tego, w którym miejscu w Gruzji się znajdują. Każdą rozmowę z zapoznanym Gruzinem zaczynają od określenia siebie samego: "Jestem Megrelem, a dopiero potem Gruzinem".
Zaczęłam rozmawiać z ludźmi z Megreli, prosiłam, aby mi wytłumaczyli, jak to możliwe że się tego nie wstydzą. Bo ja się tej swojej kaszubkości wstydziłam. W końcu sama przed sobą musiałam się do tego przyznać i zastanowić, co jest tego powodem. To była jedna z przyczyn, dla których tym tematem się zajęłam. Drugim powodem była pandemia, która mnie zamknęła na jakiś czas w domu. Musiałam sobie znaleźć, jakieś zajęcie (śmiech).
Jeremi Pedowicz: To bardzo ciekawe, co mówisz o tej tożsamości. Ja mam pochodzenie chłopskie i jak wracałem z wakacji u dziadków, to często mówiłem: "tamoj". To określenie było uważane za wieśniackie, wsiurskie po prostu. Ale to pokazuje, że od korzeni nie da się uciec. Moja historia jest znacznie prostsza, niż Twoja, mniej skomplikowana. W przypadku Kaszubów na ich tożsamość miała wpływ polityka narodowościowa. Jak to wyglądało z Twojej perspektywy? Czy Ty zadawałaś sobie pytanie, typu: czy ja jestem z Polski, z Niemiec, czy z Kaszub?
Stasia Budzisz: Urodziłam w latach 80. w Polsce. Wszystko, co mnie otaczało było polskie, bezdyskusyjnie. Chodziłam do polskiej szkoły, uczyłam się polskiej historii. Powiedzenie o mnie inaczej niż Polka, było dla mnie obraźliwe. Oczywiście wtedy nie zdawałam sobie sprawy z tego, że wszystkie te procesy, które zachodzą na Kaszubach, są procesami polonizacyjnymi i naszym ciążeniem ku polskości za wszelką cenę. Mam na myśli czyszczenie języka, nadmierny katolicyzm. Wielki klerykalizm, ponieważ w którymś momencie historycznym Kaszubom powiedziano, że każdy Polak to katolik, a wy też jesteście katolikami, a więc i Polakami. To oczywiście było jeszcze na etapie tworzenia się narodów, czyli koniec XIX wieku i prawie cały wiek XX, bo wtedy powstało państwo narodowe.
Po 1945 roku, czyli po zakończeniu II wojny światowej, mieliśmy na Kaszubach do czynienia z sytuacją, że nie było tam praktycznie ludzi, którzy mówili po polsku. To znaczy byli, ale podczas okupacji niemieckiej język polski był tam zakazany. Mój ojciec, który urodził się w 1938 r. i poszedł do szkoły dopiero po wojnie w ogóle nie znał języka polskiego, bo z nim nikt po polsku nie rozmawiał. On się tego języka uczył w szkole, od nauczycielki, która przyjechała gdzieś spod Łodzi i w ogóle nie rozumiała, dokąd przyjechała. Ona w chwilach złości wyzywa te dzieci, swoich uczniów, od małych Germanów.
Potem zaczyna się prześladowanie kaszubskich dzieci w kaszubskich szkołach, to znaczy w polskich szkołach na Kaszubach, za mówienie jakimś językiem, który przynależy do obory, do pasienia krów, czy do zbierania ziemniaków, ale na pewno nie przystaje do języka. Rozumiem, że budowano jeden naród, jeden język i w takich warunkach nie mogło być dwóch równorzędnych języków, więc kaszubski został zepchnięty do poziomu gwary, dialektu (potem rzeczywiście ląduje na liście pięciu polskich dialektów).
Jeremi Pedowicz: Mówisz, że twój tata niespecjalnie mówił w języku polskim, raczej w niemieckim i kaszubskim...
Stasia Budzisz: Nie, on w ogóle nie mówił w języku polskim.
Jeremi Pedowicz: No właśnie. Między nami jest 10 lat różnicy i pewne rzeczy, o których Ty piszesz i mówisz, są dla mnie wręcz nierealne. To tak, jakby ktoś miał mi powiedzieć, że miał kiedyś guwernantkę, co jest mi zupełnie obce. Podobnie było z przesądami, wierzeniami kaszubskimi, które opisujesz w swojej książce. Zastanawiałem się, czy one Cię też dotknęły. Czy jeździłaś z dziadkiem, babcią i tam te głowy rybie w lesie układałaś?
Stasia Budzisz: Nie (śmiech). Mój dziadek (ten dziadek rybak), zginął w czasie wojny, więc my straciliśmy tzw. mandat do życia na Helu, na Półwyspie Helskim i przeprowadziliśmy się, to znaczy moja babcia przeprowadziła się na ląd. U nas właśnie się tak mówi: "na rybakach", "na lądzie", "na kraju". Ale wracając do pytania, to nie, nie układałam żadnych głów ryb w kierunku lasu, żeby inne je widziały i połów był większy (śmiech). Natomiast rzeczywiście wiele takich rzeczy funkcjonowało w latach 90. Zresztą one funkcjonują do dzisiaj, ale już coraz mniej, ze względu na procesy globalizacyjne.
Jako mała dziewczynka, a nawet nastolatka, mieszkająca na wsi kaszubskiej pamiętam, że po zmroku nie odpowiadało się "dobry wieczór" żadnym obcym ludziom, którzy pojawiali się na twojej drodze, bo to mogły być dusze pokutujące. A uwierz mi, nikt nie chciał chodzić na pokutę pod krzyż. Jest jeszcze kilka innych rzeczy. Na przykład w Polsce w Wigilię stawia się na stole talerz dla zbłąkanego wędrowca. Na Kaszubach nie ma czegoś takiego, jak wędrowiec. On się może oczywiście pojawić, ale dostanie inny talerz, bo ten talerz jest dla naszych przodków. Wierzymy, że ich dusze przychodzą do nas dokładnie w tym okresie. To jest talerz, którego nikt nie sprząta przez całe święta.
Jeremi Pedowicz: Chciałbym Cię jeszcze dopytać, a propos budowania polskości na Kaszubach, jak to było w przypadku Niemców. Oni też musieli się w tym odnaleźć, prawda? Ty znasz historię kobiety, która uważała się za Niemkę...
Stasia Budzisz: Ona nie uważała się za Niemkę, tylko nią była i jest nią do dzisiaj. Rosemarie, bo tak ma na imię moja bohaterka, jest Niemką, ale ma również obywatelstwo polskie. Ona mówi: nie z mojej winy na ten teren przyszła Polska. Ona po prostu miała tutaj swoich przodków. Do 1945 r. na tych terenach były Niemcy i ona jest autochtonką. Ona jest z tego terenu, mieszka tu od zawsze. Tak samo jak jej przodkowie. Część Niemców wyniosła się z Polski, bo po II wojnie światowej mogli przyjąć obywatelstwo niemieckie i się z Polski wynieść do Niemiec. Bardzo wielu z tej możliwości skorzystało, ale nie wszyscy. Część z nich została i mieszka tu do dzisiaj. To nie znaczy, że oni nie są Polakami. Oni po prostu nigdy nimi nie byli i wcale nie chcą nimi być.
Jeremi Pedowicz: Opisałaś bardzo ciekawą historię, która mnie poruszyła. Dotyczy ona rocznika szkolnego 1969/1970, w którym około 10 proc. uczniów z terenu Kaszub zostało uznanych za niepełnosprawnych, bo nie umieli posługiwać się językiem polskim. Nie potrafili się dogadać. To było zaledwie 50 lat temu. Wydaje mi się to absolutnie absurdalne. Czy możesz rozwinąć ten wątek?
Stasia Budzisz: Rzeczywiście polska szkoła okazała się dla dzieci kaszubskich szkołą bardzo opresyjną. Język kaszubski był w niej rugowany. Dzieci, które mówiły w języku kaszubskim, były traktowane jako chore umysłowo, czy raczej upośledzone, i były wysyłane do szkół specjalnych.
Były nawet w niektórych gminach kaszubskich przeprowadzane specjalne badania przez studentów medycyny i gdańskiej, i krakowskiej. Badano, co wpływa na to, że w tych rejonach jest tak wielki odsetek dzieci z niepełnosprawnością intelektualną. To były szerokie badania i ginekologiczne, i psychiatryczne, i psychologiczne, nawet stomatologiczne. Owi badacze, medycy, doszli do wniosku, że główną przyczyną upośledzenia tych dzieci, bądź ich niesprawności intelektualnych, jest pochodzenie z rodzin kaszubskich, w których mówi się w języku kaszubskim, a nie w języku polskim. I to jest przyczyną ku temu, aby móc te dzieci odsyłać do szkół specjalnych.
Jak się domyślasz, odesłanie dziecka do szkoły specjalnej powoduje, totalne obniżenie poczucia własnej wartości, wielki lęk i wielki stres dla innych rodziców, którzy obserwują ten proces i boją się o swoje dzieci, żeby te dzieci nie trafiły do szkół specjalnych. Zaczyna się więc eliminacja języka kaszubskiego z domu rodzinnego, aby z tymi z dziećmi rozmawiać tylko po polsku, żeby dzieci nauczyły się mówić tylko po polsku, żeby nie miały problemów i kłopotów podczas edukacji. To było opresyjne. Do tego wszystkiego jeszcze dochodziły kary cielesne, które były powszechnie stosowane za używanie języka kaszubskiego w szkołach polskich na Kaszubach.
Jeremi Pedowicz: Mówimy o latach 70., a jak to wyglądało u ciebie? Twoja podstawówka to są lata 90. Wspominasz, że czasami miałeś problem z odróżnieniem, co jest polskie, a co jest kaszubskie.
Stasia Budzisz: Tak, ale mnie to absolutnie nie dotyczyło. Mnie za kaszubski nikt nie katował, nie stawiał do kąta, nie poprawiał. Nie pamiętam takich historii. Ale wiesz, to jest wstyd, który jest przekazywany z pokolenia na pokolenie. W latach 90. bycie Kaszubem to był obciach. My wszyscy chcieliśmy być wtedy miastowi, jakby bycie ze wsi było czymś upokarzającym. To oczywiście dotyczyło nie tylko Kaszub, tylko ogólnie całej Polski. Ale ta kaszubskość była związana z wsią i ona jeszcze bardziej pogłębiała to poczucie wiejskości. Wśród ludzi z mojego pokolenia chyba najbardziej było to widoczne. Mówienie po kaszubsku wiążało się z potężnym wstydem.
Ja tego nie odróżniałam, bo my w domu mówiliśmy polkaszem, czyli trochę po kaszubsku, trochę po polsku. Ten nasz polski był taki no koślawy. To się okazywało dopiero, gdy wyjeżdżaliśmy poza granice Kaszub. Bo my wszyscy na tym swoim poletku rozumieliśmy się, bo mówiliśmy dokładnie tak samo. Kłopot się pojawiał poza Kaszubami. Nagle się okazywało, że ludzie nie rozumieją niektórych słów, których ja używam. Na przykład nie wiedzą, co to jest "metły", a ja nie potrafiłam powiedzieć, co to znaczy po polsku, bo ono nie ma swojego odpowiednika. Ono istnieje tylko i wyłącznie w języku kaszubskim. Jako ekwiwalent polski można zastosować słowo mdły, ale to nie jest do końca mdły, bo "metły" to jest taki delikatnie niedosolony, a nie taki mdły absolutnie bez soli. Ja nie wiedziałam, że to nie jest polskie słowo. I tak było z wieloma rzeczami.
Jeremi Pedowicz: Czy ty, jak wracasz do domu, albo jak odwiedzasz Kaszuby, to słyszysz kaszubski?
Stasia Budzisz: W domu jo (śmiech). W domu mówimy mieszanką kaszubko-polską, czasem czysto po polsku, czasem po kaszubsku, wiesz, w zależności gdzie jesteśmy. Niestety na ulicach jest to coraz rzadsze. Chociaż ostatnio byłam w puckim szpitalu, w poradni przyszpitalnej, i byłam bardzo mile zaskoczona, ponieważ ze starszymi osobami pielęgniarki rozmawiały w języku kaszubskim. Oczywiście później przełączały się na język polski, bo wiadomo, że praca jest wykonywana w języku polskim. Ale ten język kaszubski jest, choć powoli wymiera. My już na co dzień nie posługujemy językiem kaszubskim.
Jeremi Pedowicz: A co ze szkołami, jak wygląda obecnie edukacja? Czy dzieciaki chcą się uczyć kaszubskiego?
Stasia Budzisz: Zadam Ci takie przewrotne pytanie. Czy chciałbyś się uczyć języka obcego, do którego podręczniki są przygotowywane w sposób najnudniejszy na świecie? Na przykład możesz się z nich nauczyć modlitwy "Ojcze nasz" w języku kaszubskim, albo pokazywania strojów kaszubskich. Albo dowiesz się, jak po kaszubsku jest piec kaflowy, lub to urzadzenie do wyrabiania masła.
20 tysięcy dzieci uczy się języka kaszubskiego w szkole. To nie jest przymusowa nauka, ona jest dobrowolna. Gminom bardzo zależy na tym, aby dzieci uczyły się języka kaszubskiego, bo za tym idą pieniądze z Ministerstwa Edukacji. Ale ten język jest traktowany tak, jak nauczanie religii w szkołach, czyli spychany albo na ostatnie godziny, albo na bardzo wczesne godziny poranne. Komu się chce, temu się chce. Ten język, którego uczą w szkołach jest (i musi być) ustandardyzowany, to jest normalne, ale on jest trochę inny niż ten, który ja słyszałam od mojej babci. Ten język jest polonizowany po prostu. Nie wiem, czy to jest dobrze, czy to jest źle. Nie jestem specjalistką, nie mnie to oceniać. Natomiast tam jest bardzo dużo błędów popełnionych w nauce języka kaszubskiego. Choć jest to ogromna szansa i są na to wielkie pieniądze. Co się dzieje z tymi pieniędzmi na naukę języka kaszubskiego? Tu powinniśmy sobie zadać pytanie.
Jeremi Pedowicz: Kaszubi to mniejszość etniczna, czy raczej narodowość bez państwa?
Stasia Budzisz: Jesteśmy w ustawie z 2005 roku (mowa ustawie o mniejszościach narodowych, etnicznych i społeczności posługującej się językiem regionalnym) wpisani jako społeczność posługująca się językiem regionalnym. Przy czym ta społeczność jest bez nazwy, dopiero gdzieś dalej dopisany jest język kaszubski. To jest nasza wina. Nasza, Kaszubów. Nie możemy za to obwiniać Polaków. Sami sobie to zrobiliśmy, na własne życzenie.
Osobiście uważam, że my jesteśmy mniejszością etniczną w Polsce, ale są osoby na Kaszubach, które twierdzą, że jesteśmy mniejszością narodową. Aczkolwiek nie mamy swojego państwa, więc pewnie byłoby to ciężkie do udowodnienia. Natomiast status mniejszości etnicznej Kaszubom jak najbardziej się należy.
Jeremi Pedowicz: Tutaj naszą rozmowę niestety musimy zakończyć. Zachęcam do przeczytania książki Stasi Budzisz "Welwetka". Dziękuję Ci pięknie za tę rozmowę.
Źródło: CHILLIZET/ podcast "Trzecia planeta od słońca"/ spisała i przeredagowała Monika Karbarczyk