"Zbrodnia jest czymś ludzkim, mordują ludzie, a nie bestie". Wojciech Tochman o swojej książce
Tą zbrodnią żyła cała Polska. Młoda kobieta została w bestialski sposób zamordowana przez maturzystów. Wszyscy zostali surowo ukarani – karą dożywotniego więzienia. Jednak zdaniem wielu ekspertów prawa, kara dla jednej z tych osób – kobiety, Moniki Osińskiej, była zbyt surowa. O szczegółach tej sprawy pisze w swojej najnowszej książce Wojciech Tochman.
Dziś spotkanie z książką, która dotyczy zbrodni, popełnionej dawno temu, i kary, która okazała się nie mniej okrutna od tej zbrodni. "Historia na śmierć i życie" to opowieść o Monice Osińskiej, pierwszej kobiecie w Polsce skazanej na karę dożywotniego więzienia. W więziennym slangu tzw. dożywotce. Monika Osińska jest też pierwszym człowiekiem w Polsce, który mając na koncie taką karę, wyszedł na wolność po 27 latach. Jest to zwolnienie warunkowe, bezterminowe zwolnienie. Jak czytamy w książce, jej historia nadaje się na opowieść o prawie i sprawiedliwości w polskiej wersji. O postkomunizmie, o odwecie, o populizmie, o zarządzaniu gniewem i o niedojrzałości demokracji. O tym wszystkim rozmawiałam z autorem książki "Historia na śmierć i życie", wybitnym reporterem i autorem literatury faktu, czyli Wojciechem Tochmanem.
Hanna Rydlewska: Do zbrodni, w której wzięła udział Monika Osińska, doszło dawno temu. W wywiadach mówisz, że była to zbrodnia tyleż okrutna, co bezdennie głupia. Co się wydarzyło na warszawskim Tarchominie w styczniu 1996 r.?
Wojciech Tochman: Troje maturzystów, dwóch chłopaków i dziewczyna, poszli do mieszkania na 10. piętrze wieżowca przy ulicy Erazma z Zakroczymia, i tam dokonano (celowo nie mówię „dokonali”, bo muszę ważyć słowa) bardzo okrutnej zbrodni. Zginęła młoda kobieta, cztery lata od nich starsza. Miała na imię Jola. Ta zbrodnia była bestialska, krwawa. Akta sprawy czyta się bardzo ciężko. Chcę zaznaczyć, że ta zbrodnia, jak każda zbrodnia, nie powinna się zdarzyć. Po miesiącu zatrzymano tę trójkę. I po procesie, który trwał do marca 1998 r., skazano całą trójkę po równo na dożywocie.
W moim przekonaniu była to kara nieludzka dla całej trójki. Bo nie skazuje się nastolatków na dożywocie, zwłaszcza nastolatków, którzy nie byli ani głęboko zdemoralizowani, jak nam opinii publicznej próbowano wmówić, ani nie mieli wcześniej konfliktów z prawem. No i mieli po 18 lat, a sąd – w moim przekonaniu, ale i nie tylko moim, również ekspertów – nie wziął tego pod uwagę. Bo sąd zwykle skazuje na karę dożywocia, gdy nie widzi szansy na poprawę. Wtedy wobec tych nastolatków – poczytalnych, zdrowych i niebędących głęboko zdemoralizowanych, niemających konfliktów z prawem, którzy doszli do matury bez powtarzania klasy – sąd stwierdził, że oni nigdy się nie poprawią. Jakby był Panem Bogiem.
Hanna Rydlewska: Ale też było wiele wątpliwości, jaki był udział Moniki Osińskiej w tej zbrodni, prawda? Dlaczego dała się namówić kolegom w szkolnym sklepiku na udział w tym skoku?
Wojciech Tochman: To była głupia i niedojrzała. Poszła z nimi do tego miejsca, do tego mieszkania, nie wiedząc (to jest wątpliwość), że idą zabić. Ale ta wątpliwość w orzeczeniu winy, przypisaniu odpowiedzialności i wydaniu wyroku, nie została uwzględniona. Sąd stwierdził, że cała trójka wiedziała, że idą zabić, więc szła z zamiarem bezpośrednim zabójstwa.
Hanna Rydlewska: To była sprawa Moniki Osińskiej...
Wojciech Tochman: No właśnie, ta sprawa budziła ponad przeciętne zainteresowanie mediów, dlatego, że brała w tym zabójstwie kobieta, która szybko została okrzyknięta bestią.
Hanna Rydlewska: Osa to była chyba jej ksywa...
Wojciech Tochman: Przywódcza, agresywna, zimna...
Hanna Rydlewska: Ale też piękna...
Wojciech Tochman: Piękna i inteligentna. To już było za dużo. Gdyby była choć głupia, albo brzydka, to może byśmy jej to, my dziennikarze, darowali. Może nie darowali, ale nie bylibyśmy tak okrutni wobec niej. Wracając do głównego wątku, była wątpliwość, czy Monika szła z zamiarem zabójstwa, a to było kluczowe, przy orzekaniu winy. Najpierw Jogi, który wymyślił tę zbrodnię, który znał to miejsce i tę ofiarę, zeznał, że Monika nie wiedziała, że idą zabić. Ale potem zmienił swoje wyjaśnienia. I tam było słowo przeciwko słowu, a więc wątpliwość nierozstrzygalna. I taką wątpliwość – w moim głębokim przekonaniu, ale pewnie i Twoim oraz każdego rozsądnego człowieka – sąd powinien rozstrzygać na korzyść oskarżonego.
Ta sprawa budziła ponad przeciętne zainteresowanie mediów, dlatego, że brała w tym zabójstwie kobieta, która szybko została okrzyknięta bestią.
Hanna Rydlewska: Przecież jest domniemanie niewinności...
Wojciech Tochman: A tam sąd nie miał wątpliwości, ponieważ dał wiarę (jak napisał w uzasadnieniu) temu chłopakowi, który wymyślił tę zbrodnię i przyprowadził na jej miejsce tę pozostałą dwójkę. Bo jego zeznania były spójne, logiczne, dające się logicznie wytłumaczyć. Natomiast zeznania Moniki – zdaniem sądu – były niespójne, nielogiczne, emocjonalne, słowem – jak zauważyła w recenzji książki prof. Magdalena Środa – te zeznania były kobiece. I o tym też jest ta historia. Pytanie, czy Monika Osińska zabiła, czy ona dała sygnał kolegom, że mają uderzyć... To są też wątpliwości. Tu znowu mamy słowo przeciwko słowu. Sąd też nie miał wątpliwości, ale gdy czytamy teraz te akta, te wątpliwości nadal są.
Hanna Rydlewska: To ja może przytoczę wyrok sędziego, który powiedział, że skazani zabili nie tylko ofiarę, ale i samych siebie, swoją teraźniejszość i przyszłość...
Wojciech Tochman: Czyli sąd wiedział, że wydaje najsurowszy wyrok z możliwych, bo wtedy już nie było kary śmierci. To była kara eliminacyjna. I Sąd Najwyższy przy innych wyrokach tak karę dożywocia nazywa. Ale moim zdaniem nie skazuje się osiemnastolatków, czyli młodocianych – w chwili popełnienia czynu – na karę eliminacyjną. A w przypadku Moniki te wątpliwości były ewidentne. I sąd rozstrzygnął je na niekorzyść oskarżonej, pod presją mediów, które z kolei były pod presją Krzysztofa O., o którym powiemy później. Moim zdaniem Monika powinna otrzymać niższą karę niż jej dwaj koledzy, ponieważ wątpliwości powinny być rozstrzygnięte na jej korzyść. Ona szła na tzw. rozbój. To oczywiście też nie zasługuje na pochwałę, tylko na karę, ale nie na taką karę jak za zabójstwo.
Hanna Rydlewska: Krzysztof O. to szwagier ofiary. Postać i tragiczna, i odpychająca. Skąd się brała obsesja Krzysztofa O. na punkcie Moniki Osińskiej?
Wojciech Tochman: Zanim odpowiem, chce podkreślić, że ta zbrodnia była okrutna, bestialska i niepotrzebna. Krzysztof O., o którym wspomniałaś, był szwagrem ofiary, ale i szefem firmy, w której ofiara pracowała i mieszkała. To było biuro i mieszkanie w jednym. Firma kolportowała krzyżówki, na których były zdjęcia chorych dzieci. Krzyżówki te sprzedawano pod supermarketami. Część z tych kwot szło na chore dzieci, a część dla Krzysztofa O. i kolportera. Jednym z tych kolporterów był Jogi, czyli zabójca ofiary.
Krzysztof O. uważał, że policja źle pracuje i na własną rękę postanowił znaleźć morderców. I rzeczywiście – jak wynika z akt – pomógł policji w tym, choć policja niechętnie się do tego przyznawała. Ale też uznał, że to on zdecyduje, jaką karę powinni dostać sprawcy tego okrutnego czynu. Swoją uwagę skoncentrował głównie na młodej kobiecie i ta młoda kobieta przyciągała uwagę mediów. Gdyby tam było trzech chłopaków, media by to odnotowały raz, drugi i to by się skończyło. Pamiętajmy, że obecnie w polskich więzieniach karę dożywotniego więzienia odbywa 15 kobiet i ponad pół tysiąca mężczyzn, a więc ta kobieta, która morduje okrutnie, jest rzadkością. Jest czymś nieznanym. Z filmów, z literatury, kryminałów znamy figurę mężczyzny, który morduje na tle rabunkowym, z namiętności, zemsty, miłości, nienawiści, lub z powodów seksualnych, perwersyjnych. Natomiast kobieta może mordować, w tym naszym kodzie kulturowym, w swojej kuchni, pokoju, czy w domu, czyli domowego oprawcę, kata, partnera, męża, który ją i jej dzieci maltretuje od lat. I na to jest pewne zrozumienie społeczne (nie chcę powiedzieć, że przyzwolenie, ale właśnie zrozumienie). "Dźgnęła dziada, posiedzi 3 lata". Prawo oczywiście tego nie pochwala, ale nie wymierza się takim kobietom, surowych wyroków i słusznie.
Natomiast Krzysztof O. powiedział mediom, a miał je na jeden telefon, bo potrafił rozgrywać dziennikarzy, że to są bestie. I dziennikarze na to poszli. Nikt nie zapytał, kim są ci maturzyści, dlaczego oni poszli zabić dla kilku ciuchów na studniówkę, że to nie są bestie, bo w realnym życiu ludzi mordują ludzie. To było, z punktu widzenia dziennikarskiego, niezwykle ciekawe, dlaczego przeciętni maturzyści poszli do tego mieszkania i dokonali tej okrutnej zbrodni. Ale nie pochylili się nad tym. I dzisiaj z perspektywy czasu można ocenić, że była to dziennikarska wtopa, półprawda, fake newsy, którymi "karmił" media Krzysztof O.
Sąd wiedział, że wydaje najsurowszy wyrok z możliwych, bo wtedy już nie było kary śmierci.
Hanna Rydlewska: On najpierw założył Stowarzyszenie przeciwko Zbrodni, ale potem doszedł, aż do stołecznego ratusza.
Wojciech Tochman: On był też na funkcjach ministerialnych. Pełnił funkcję rzecznika ofiar. Bardzo często pojawiał się w mediach. Wyglądało na to, że miał obsesję na punkcie Moniki Osińskiej. Wyglądało na to, że ta płeć była dla niego bardzo ważna.
Hanna Rydlewska: Jesteś ostrożny w doborze słów...
Wojciech Tochman: Bo nie mamy na to dowodów. Wyglądało na to, że facet ma po prostu obsesję na punkcie tej dziewczyny. Mówił: "zabiła Monika Osińska i jej dwaj koledzy". Ci dwaj koledzy nie byli dla niego istotni aż tak, jak ona. Wiedział, że media skoncentrują się na tej sprawie, bo tam zabiła kobieta, która wkroczyła na męskie terytorium.
Hanna Rydlewska: Książka "Historia na śmierć i życie" to też piękny społeczny fresk. Jako osoba urodzona w latach 80. i dorastająca w latach 90. bardzo doceniam pieczołowitość, z jaką udokumentowałeś atmosferę tamtych lat przesiąkniętych nie tylko dzikim, galopującym kapitalizmem, ale też strachem przed przemocą, która szerzyła się na polskich ulicach. Jak wyglądała Twoja dokumentacja tamtych czasów, czy wręcz duchologia, którą odprawiałeś.
Wojciech Tochman: Korzystałem z pracy moich koleżanek i kolegów m.in. Piotra Pytlakowskiego z "Polityki", który jest znawcą polskiej mafii. Prosiłem też ekspertów, np. Olgę Drendę, aby mi przypomniała, jak te lata 90. wyglądały.
Hanna Rydlewska: Ale przecież sam świetnie to pamiętasz...
Wojciech Tochman: Okazuje się, że mamy krótką pamięć. No był to czas niebezpieczny. Ludzie się bali wychodzić na ulicę, bo na ulicach strzelali jedni do drugich, bo kradli samochody, bo włamywali się do mieszkań, bo zdarzały się eksplozje, zamachy. To była nasz codzienność, zwłaszcza w dużych miastach. Polska była wtedy też jednym wielkim bazarem. Nie było jeszcze wtedy galerii handlowych, tylko wszędzie były: mały bazar, duży bazar, czy nawet pojedyncze łóżko polowe na rogu ulicy.
Hanna Rydlewska: Był też wielki bazar pod Pałacem Kultury i Nauki w Warszawie...
Wojciech Tochman: I wielki Jarmark Europa po prawej stronie Wisły, w miejscu dzisiejszego Stadionu Narodowego. W tej atmosferze dokonano tego zabójstwa. Młodzi ludzie zabili młodą kobietę. Pojawił się Krzysztof O., którego potrzebowaliśmy jako społeczeństwo, bo on się objawił jako taki szeryf...
Hanna Rydlewska: Chuck Norris...
Wojciech Tochman: "Ja was ochronię przed tymi bandytami". I państwo, które nie radziło sobie z tą przemocą, kupiło ten pomysł. Zaczęli mu dawać stanowiska. Najpierw w rządzie, potem w ratuszu u Lecha Kaczyńskiego, który był ówczesnym prezydentem Warszawy. Potem Krzysztof O. był rzecznikiem ofiar. Chodził do sądu, lub przedstawiciele założonego przez niego stowarzyszenia, i oczekiwał od sądu, w różnych sprawach, najwyższego wymiaru kary.
Hanna Rydlewska: Mam wrażenie, że nastroje społeczne nie zmieniły się za bardzo od tego czasu i że te hasła, które skandował Krzysztof O., są nadal nośne.
Wojciech Tochman: Ta książka z różnych powodów powstała, ale jednym z nich była niezgoda na to, jacy byliśmy kiedyś i jacy jesteśmy dzisiaj. Zachęcam do przeczytania mojej książki, bo wszystkiego podczas tej krótkiej rozmowy nie da się wyjaśnić.
Mam wrażenie, że my, ludzie żyjący nad Wisłą, jesteśmy ludźmi dyszącymi. Wiemy wszystko najlepiej. Wiemy, jak leczyć, jak karać, mimo że się na tym nie znamy. Nie ufamy ekspertom, bo my wiemy najlepiej. Wiemy, na czym polega kara, kiedy ona jest skuteczna, a najlepiej, aby była to kara śmierci. Podczas gdy eksperci, prawnicy, karniści, kryminolodzy, specjaliści od resocjalizacji, mówią, że kara działa tylko do jakiegoś momentu, tylko do pewnego momentu jest skuteczna, a potem jest zemstą. I tu znowu dyszymy: "dobrze im tak". Eksperci mówią, w tym prof. Rzepliński, że kara nie może być pozbawiona nadziei. I znowu dyszmy: "ale oni zamordowali tę dziewczynę, więc co mnie obchodzi ich nadzieja", "oni rozbili coś nieludzkiego". I ja właśnie próbuję z tym dyskutować, pokazać, że zbrodnia jest czymś bardzo ludzkim. Odkąd ludzie są na tej planecie, to ludzie zabijają ludzi, a nie bestie z horrorów. Sąd często podkreśla, że działa w imieniu społeczeństwa i jest takie przekonanie, że my powinniśmy nieludzko karać w imię zasady oko za oko, ząb za ząb. To jest zasada starożytna...
My, ludzie żyjący nad Wisłą, jesteśmy ludźmi dyszącymi. Wiemy wszystko najlepiej. Wiemy, jak leczyć, jak karać, mimo że się na tym nie znamy.
Hanna Rydlewska: Kodeks Hammurabiego...
Wojciech Tochman: Chyba okres jeszcze wcześniejszy. Tymczasem my już poszliśmy trochę dalej i powinniśmy się zastanowić nad sensem kary. Po co ona jest i jak ją stosować, aby ona miała sens i przynosiła właściwy skutek?
Hanna Rydlewska: "Historia życia i śmierci" to książka o książce i w książce, którą zaczęła pisać Lidia Ostałowska, Twoja przyjaciółka i wspaniała reporterka. Miała ona stworzyć feministyczną książkę, której dotąd nie było. Co ona zobaczyła w historii Moniki Osińskiej, że poświęciła jej kilka lat swojego życia?
Wojciech Tochman: Lidka Ostałowska nie zaczęła pisać tej historii, tylko zaczęła ją dokumentować. Nawet nie zaczęła pisać w głowie, bo uważała, że nie ma pomysłu na tę książkę. To jest normalne na tym etapie pracy. Każdy, kto pisze dłuższe teksty, niekoniecznie reporterskie, zna ten stan, gdy myśli się o konstrukcji tekstu i boi się, że ten szkielet, który mamy w głowie się zawali. Lidka chciała napisać książkę, w której wątek Moniki Osińskiej byłby tylko jednym z wątków. Innym wątkiem miała być słynna mama Madzi z Sosnowca. To była inna zbrodnia, która wydarzyła się wiele lat później, a zdaniem Lidii Ostałowskiej był to ciąg dalszy opowieści o mediach, o odbiorcach tych mediów, o medialnej histerii, o polityce, o zarządzaniu gniewem, o populizmie, o zemście.
Lidia Ostałowska zaczęła odwiedzać Monikę Osińską w 2013 r. Spotkały się w areszcie śledczym na Grochowie w Warszawie, gdzie kobiety skazane również odbywają karę. Tam odbywały się zajęcia kulturalne organizowane przez Dom Kultury chyba z Pawłem Althamerem i Lidia właśnie tam była. Potem sobie usiadły na spacerniaku i zaczęły rozmawiać. Spotykały się przez kolejne 4 lata. Gdy nam, swoim bliskim, opowiadała o Monice, używała takiego skrótu, nie usprawiedliwiając, ani nie umniejszając absolutnie tej okrutnej zbrodni, że ta młoda kobieta została "wrobiona". Bo Lidka uważała, a ja się z nią zgadzam, że Monika Osińska była – w chwili popełnienia zbrodni – wyrośniętym, zagubionym, samotnym dzieckiem, które znalazło się w niewłaściwym miejscu, w niewłaściwym czasie, z niewłaściwymi ludźmi i za to zapłaciła tak straszną cenę. Lidka uważała też, że sąd niesprawiedliwie skazał Monikę Osińską między innymi dlatego, że była kobietą. Gdyby nie była kobietą, nie byłoby tej presji medialnej, którą wywołał Krzysztof O. i sąd nie uległby tej presji. A to, że uległ tej presji – zdaniem Lidki i moim – jest ewidentne. Sąd nie wytrzymał presji, choć udział Moniki w zabójstwie był mniejszy, co potwierdził sąd penitencjarny, który wypuścił ją po 27 latach na wolność.
Po tych 4 latach dosyć intensywnych rozmów (wtedy jeszcze nie było Prawa i Sprawiedliwości, więc Lidka mogła tam chodzić, kiedy chciała) Monika napisała do Lidii, że nie chce kontynuować pracy nad książką i tej znajomości. Lidka chciała ją tą książką wyciągnąć z więzienia.
Hanna Rydlewska: Rodzina Moniki Osińskiej nie była przychylna tej współpracy, a rodzina była kluczowa dla Moniki, w jej życiu.
Wojciech Tochman: No tak, bo rodzina była jej oknem na wolność. Monika w ogóle przetrwała głównie dzięki temu, że żyła tym, co się dzieje na wolności, co przekazywali jej ludzie z wolności. Rodzina była takim oknem, którym wpadało świeże powietrze i nie chciała go zamykać...
Hanna Rydlewska: Więc zamknęła to okno dla Lidii, a ona potrafiła to przyjąć i uszanować wolę Moniki, mimo tylu lat pracy z nią...
Wojciech Tochman: Rok później Lidia zmarła...
Hanna Rydlewska: Lidii Ostałowskiej już z nami nie ma i ty podejmujesz decyzję, by zająć się Moniką Osińską. Zwracasz się do rodziny swojej przyjaciółki, wybitnej reporterki o wgląd w jej dokumentację, którą udało się zebrać. Dostajesz zeszyty, notatki, czyli cały jej research. Co dalej?
Wojciech Tochman: Mniej więcej w tym czasie wybuchła pandemia i więzienia były zamknięte, tj. nie można było odwiedzać więźniów. Ale gdy wirus zelżał, skontaktowałem się z Moniką Osińska i spytałem, czy nie chciałaby wrócić do tego pomysłu. Intuicja mnie nie zawiodła, chciała wrócić. Okazało się, że przemyślała sprawę i uznała, że jest winna tę książkę i Lidce (miała świadomość, że ją rozczarowała), i sobie. Że trzeba opowiedzieć, wyjaśnić pewne sprawy. I przyjęła mnie z dużym zaufaniem, bo w jakiś sposób czuła – jak powiedziała mi później – że przysłała ją do mnie Lidka. Zaczęliśmy rozmawiać. Najpierw w więzieniu w Goleniowie, potem w Opolu. Przez dwa lata rozmawialiśmy. W tym czasie oczywiście też chodziłem do sądu, czytałem akta, rozmawiałem z ekspertami. W listopadzie zeszłego roku (2022 r. – przypomina redakcja) sąd penitencjarny apelacyjny (któryś z kolei, bo wcześniej Monika spotykała się z odmowami sądu) przyjął jej wniosek o zwolnienie warunkowe, przedterminowe, i po 27 latach wypuszcza Monikę na wolność, dając jej czteromiesięczny okres przygotowawczy. Monika wyszła na wolność w marcu 2023 r. Musiałem więc przyspieszyć z pracą. Nie wiem, czy to dobrze zrobiło książce, czy nie, ale uznałem, że nie mogę czekać. Koniec końców książka została wysłana w maju do wydawnictwa.
Rodzina była oknem na wolność Moniki. Ona przetrwała głównie dzięki temu, że żyła tym, co się dzieje na wolności, co przekazywali jej ludzie z wolności. Nie chciała go zamykać...
Hanna Rydlewska: Jak ułożyć puzzle rozmaitych informacji zebranych w toku dokumentacji, żeby później Hanna Krall, która uczyła Cię zawodu, nie narzekała: "nie tak się robi"?
Wojciech Tochman: Hanna Krall napisała mi w sms-ie: "Nigdy Pana tak nie uczyłam, tylko przekazałam kilka prostych reguł, do których i tak by Pan doszedł miesiąc później". Trzeba myśleć o czytelniku i ufać, że pójdzie za mną. Są oczywiście momenty, że trzeba czytelnika przeprowadzić za rękę.
Hanna Rydlewska: Czy rozwieszasz te informacje na ścianie, jak w prawdziwym śledztwie? Rozpisujesz sobie wszystko?
Wojciech Tochman: Tak, rozwieszam sobie. Mam taką ścianę płaczu (bo to jest strasznie ciężka praca). Pisząc tę książkę, wiedziałem, że nie mogę oszczędzić czytelnikom tego, co w tej historii była najbardziej drastyczne. Między innymi dlatego, że bałem się, że gdybym tego wszystkiego nie napisał, to że ludzie, którzy nie będą się ze mną zgadzali (z konkluzją czy morałem tej książki), krzyczeliby, że pomijam istotne fakty. Więc o wszystkim napisałem. Musiałem napisać.
Hanna Rydlewska: O samym przebiegu zbrodni, o wszystkich szczegółach związanych z nią, o cierpieniu ofiary, ale i o cierpieniu osadzonej, bo opisujesz bardzo dosadnie, jak wygląda rzeczywistość więzienna.
Wojciech Tochman: Najpierw piszę, jak straszna była to zbrodnia, a potem pokazuje, że w tej sprawie były dużo różnych wątpliwości, półprawd, że ta sprawa nie była tak prosta, jak się wtedy wydawało mediom. Wina nie była – w moim najgłębszym przekonaniu – jednakowa. Bo udział tej trójki w przestępstwie nie był jednakowy. Ale też – mam nadzieję, że się ze mną zgodzisz – nie usprawiedliwiam mojej bohaterki...
Hanna Rydlewska: Nie usprawiedliwiasz, ale też nie jesteś przezroczystym autorem...
Wojciech Tochman: Że nieobiektywnym?
Hanna Rydlewska: Nie jest to kwestia obiektywizmu. Raczej nie ukrywasz emocji.
Wojciech Tochman: No bo jak piszę, to nie ukrywam emocji. Ludzie czasem myślą, że piszę lodem, że jestem surowy wobec swoich bohaterów.
Hanna Rydlewska: Zdania są jak żyletki, to prawda, ale tu raczej chodzi o konstrukcję.
Wojciech Tochman: Nie jest moją intencją być surowym, tak po prostu piszę. Myślę, że nie usprawiedliwiam tego co zrobiła Monika. Natomiast zgadzam się z tym, jak ona pojmuje własną winę. Jak to jest dojrzałe. Ona nie mówi: "ja nie jestem winna", ona mówi: "ja jestem winna". "Poszłam tam z nimi, a gdybym nie poszła, oni by jej nie zabili, więc pomogłam im w tym, nie przeszkodziłam. Za to powinnam dostać 25 lat". Ona wie, ile powinna dostać... Ale nie dożywocie, bo ona nie zabiła.
Hanna Rydlewska: Bohaterka książki Monika Osińska trafiła do więzienia w wieku 18 lat, a opuściła więzienie w wieku 46 lat. Teraz świat wygląda diametralnie inaczej od tego, który znała z przeszłości. Jak się wraca do życia po czymś takim?
Wojciech Tochman: Trudno. Monika przez 27 lat nie była nigdzie poza więzieniem, no może w jakimś szpitalu, u lekarza specjalisty, którego nie ma w więzieniu. Natomiast nie była na żadnej przepustce, do której teoretycznie miała prawo po 15 latach odbywania kary. Mimo że miała wzorowe zachowanie... Nie była też na tzw. zewnętrznym spacerze, do którego również miała prawo, ale go nigdy nie dostała. Była, chwilę przed wyjściem, w ramach przygotowań. Monika przetrwała, zadomowiła się w więzieniu, bo musiała, nie miała innego wyjścia. Ale nie uległa temu więziennemu życiu w takim sensie, że obchodził ją świat na zewnątrz. Żyła tym, co się dzieje na zewnątrz. To nie było łatwe.
Monika jest teraz na warunkowym zwolnieniu i musi spełnić szereg warunków, by do tego więzienia nie wrócić. Kara się odbywa dalej, ale w warunkach wolnościowych, i będzie trwała jeszcze 10 lat. Przede wszystkim Monika musi pracować, ale ona kocha pracę. Muszę tu dodać, że jeśli chodzi o pracę w więzieniu, to kobiety są systemowo dyskryminowane. Mężczyźni mają płatną pracę, a kobiety nie. Dostęp do edukacji jest niższy.
Ale wracając do Moniki, ona musi pracować, wykonuje jakąś fizyczną pracę, bo nie ma wykształcenia. Mieszka z rodziną. Sąd nakazał jej psychoterapię, więc na nią chodzi. Sąd powiedział, że nie może nadużywać alkoholu, ale Monika nie pije w ogóle alkoholu. Ma się nie zadawać z ludźmi o ujemnej opinii społecznej. Myślę, że sędzia, który ją wypuścił, jest mądrym człowiekiem i zobaczył, że Monika zresocjalizowała się sama, że nikomu nie zagraża, że jest odpowiedzialną, dojrzałą, poważną osobą i że trzeba ją wypuścić.
Nie usprawiedliwiam tego co zrobiła Monika. Natomiast zgadzam się z tym, jak ona pojmuje własną winę.
Hanna Rydlewska: Nie wiem, czy ja bym miała takie samozaparcie, czy bym w więzieniu tyle lat przeżyła. To jest bardzo ciekawy fragment Twojej książki o jej rutynie, która trzyma ją przy życiu. Jej celem jest, by obudzić się następnego dnia. Ma jakieś punkty codziennej rutyny, np. telefon od mamy, na który czeka. Skąd ona czerpie nadzieję? Czy to jest jakiś atawizm, chęć przeżycia?
Wojciech Tochman: To jest bardzo dobre pytanie. Być może, jeśli będzie taka wola Moniki i wydawnictwa, powstanie część druga tej książki za jakiś czas. Bo to życie na wolności, po 27 latach życia w klatce, jest dla nas tajemnicą. Dla niej samej to jest tajemnica.
Chcę powiedzieć, jako puentę tej rozmowy, że Monika Osińska zapłaciła za to co zrobiła, i za to, czego nie zrobiła. Zapłaciła z nadwyżką, z nawiązką. I głęboko wierzę w to, że nie wróci do więzienia, chociaż statystyki mówią, że ludzie, którzy mają długie wyroki, do więzienia wracają.
Hanna Rydlewska: Bo nie potrafią się odnaleźć w rzeczywistości?
Wojciech Tochman: Tak i ta rzeczywistość nie jest im przychylna. Nie ma systemu, który pomagałby skazanym na wolności. Zachęcam wszystkie osoby do sięgnięcia po tę książkę, zapoznanie się z tą historią, i dopiero komentowanie w internecie.
Hanna Rydlewska: Dziękuję za tę rozmowę.
Źródło: CHILLIZET