Na antenie:

"Nie da się cofnąć czasu, ale da się naprawić to, co tu i teraz". Borys Szyc o męskim dojrzewaniu

12 min. czytania
Aktualizacja 30.01.2024
22.12.2023 12:55
Zareaguj Reakcja

"Ideałów w ogóle brak. Każda prawdziwa postać ma jakieś pęknięcia, podobnie jak każdy człowiek ma jakieś pęknięcie, niedociągnięcia. Często sobie plujemy w brodę za różne rzeczy, które zrobiliśmy lub których nie zrobiliśmy" – tak Borys Szyc mówił o kreowanej przez siebie postaci w filmie "Miało cię nie być". To dla niego szczególny film, bo partneruje mu jego córka Sonia Szyc. Jak pracowało się na planie z córką? Czym jest męskość w oczach Borysa Szyca? O tym, ale nie tylko o tym, dowiecie się z rozmowy, którą przeprowadził z aktorem Tomasz Śliwiński. 

 Borys Szyc
fot. Artur Zawadzki/REPORTER/ East News/ na zdjęciu Borys Szyc

Tomasz Śliwiński: Spotykamy się, żeby porozmawiać o filmie wyjątkowym – "Miało cię nie być". To jest taki film, który jest dla mnie w kategorii "mały wielki film". Pewnie to pytanie słyszysz dość często, ale muszę zapytać: Jak Ci się grało z córką, a właściwie jak córce grało się z Tobą? (śmiech)

Borys Szyc: O to, trzeba byłoby ją zapytać (śmiech).

Tomasz Śliwiński: Udzielałeś jej jakichś wskazówek, poprawiałeś ją?

Borys Szyc: Nie poprawiałem jej w ogóle. Założyłem sobie, że nie dam jej żadnej aktorskiej uwagi. Czasami mówiłem jej takie techniczne rzeczy, na przykład co się dzieje, jak się zmienia obiektyw, jak wtedy jesteśmy postrzegani przez kamerę itp. Ale okazało się, że ona też wiele rzeczy wie. Nie wiem, jak to się stało. Może w jakiś sposób to "wyssała", przebywając ze mną wiele godzin na planie jako dziecko. Z nudów obserwowała wszystko. Zresztą od razu zyskała szacunek całej technicznej ekipy, co dla aktora jest podstawą. Zawsze stawała na tych samych pozycjach, powtarzalna była. Te same czynności wykonywała w tym samym momencie w każdym dublu, co jest ważne dla montażu itd. Byłem i jestem z niej niezwykle dumny. Natomiast to prowadzenie aktorskie przejął Kuba Michalczuk (reżyser filmu – przyp. red.). Kuba i Sonia mieli za sobą tak piękny, fajny przelot, tak kumpelski, że właściwie ja byłem odstawiony na tor boczny. Jako ostatni dowiadywałem się, jak poszła scena, jako ostatni dostawałem pierwsze montaże. Oni to bardzo ze sobą przeżywali, a ja po prostu obserwowałem to z boku i byłem bardzo szczęśliwy, dumny.

Młody człowiek, bo siedemnastolatka to wciąż młody człowiek, zachodzi w ciążę i zostaje z tym kompletnie sama. Każdy traktuje ją, jak taki gorący ziemniak, który przerzuca się, by oddalić od siebie kłopot.  - Borys Szyc o filmie "Miało cię nie być"

Tomasz Śliwiński: Tak sobie pomyślałem, że to jest jeden z tych filmów, których zwiastun nie do końca, na szczęście, mówi, o czym jest ten film. Gdy pierwszy raz zobaczyłem ten zwiastun, to pomyślałam: to może być fajna historia. Ojciec, córka, rozłąka, potem się spotykają. To może być fajne flow, zwłaszcza że gra tam prawdziwy ojciec z prawdziwą córką. Ale potem oglądam ten film i – o kurde! – to jest zupełnie inna historia. Myślę, że to jeden z najciekawiej nakręconych filmów, z wielowymiarowymi aspektami, m.in. o tym, kiedy i czy w ogóle zostać matką. Jak ta filmowa historia trafiła do Ciebie (w sensie scenariuszowym)? Co sprawiło, że powiedziałeś: "zrobię to"?

Borys Szyc: Kilka rzeczy miało na to wpływ. Na pewno to, że będę miał możliwość pracować ze swoim dzieckiem. Poza tym Kasia Sarnowska napisała niezwykle ciekawą historię, na podstawie własnych przeżyć z młodości (o czym sama mówi). I – co niezwykle istotne – ta historia po tych ponad 20 latach jest wciąż aktualna. Te młode dziewczyny ciągle są pod ostrzałem i pozostawione same sobie. Młody człowiek, bo siedemnastolatka to wciąż młody człowiek, zachodzi w ciążę i zostaje z tym kompletnie sama. Każdy traktuje ją, jak taki gorący ziemniak, który przerzuca się, by oddalić od siebie kłopot. Ci się boją, inni dają porady. Każdy mówi jej, co musi lub powinna zrobić, a czego nie musi, nie powinna robić... Ale na końcu to ona z tym zostaje, sama. Ten temat zawsze będzie aktualny. Mam nadzieję, że dożyjemy takich czasów, że te dziewczyny nie będą musiały się obawiać, że pójdą do więzienia, na przykład za podjęcie decyzji, co zrobić z własnym ciałem. Jest pewna nadzieja, teraz po 15 października.

Tomasz Śliwiński: Jest nadzieja... Natomiast chciałbym zwrócić uwagę na jedną rzecz. W tym filmie mamy dziewczynę, która rzeczywiście na początku jest sama i nawet ten jej filmowy ojciec nie do końca kuma, co tak naprawdę się stało. To okazuje się dopiero wraz z rozwojem akcji. Ale mnie bardzo coś innego ucieszyło, zwłaszcza że oglądałem ten film ze swoim synem. Chłopak, który przyczynił się do tego stanu rzeczy (do ciąży), też jest w tej historii. Nie został odstawiony na boczny tor. Próbuję sobie przypomnieć jakiś inny film z takim podejściem i nie mogę. To bardzo ciekawy wątek.

Borys Szyc: Powiedziałbym nawet, że ten chłopak dobija się, domaga się swojej pozycji, co jest fajne i wzruszające. Pierwsze co przyszłoby mi do głowy w tej historii, to to, że ten chłopak po prostu ucieknie, spierdzieli i nie będzie chciał mieć z tym problemem nic wspólnego. Ta dziewczyna też tak myśli. Tymczasem on też chciałby wiedzieć, decydować o tym, co się dzieje z jego życiem, bo to też jest jego życie. W tej historii ten ojciec, którego gram, jest trochę adwokatem tego chłopaka. Wstawia się za nim i mówi: "Daj mu, chociaż możliwość uczestniczenia w tej decyzji, wzięcia udziału w jego życiu".

Tomasz Śliwiński: Dla mnie ten film ma jeden z najpiękniejszych finałów filmowych, jakie w ostatnich miesiącach widziałem. Nie będziemy spoilerować, jeśli powiemy, że po pierwsze pozostawia widza z wieloma pytaniami, ale i takim ciepłem na sercu. Natomiast fragment archiwalny z domowej kamery, bo w filmie są wykorzystane fragmenty Waszych bardzo osobistych, rodzinnych nagrań i fotografii, sprawił, że – nie boję się do tego przyznać – ryczałem troszkę.

Borys Szyc: O to miło mi, bo ja też ryczę. Zawsze ryczę przy tym fragmencie i ryczę, gdy oglądam te taśmy. To robi wrażenie, bo to życie z filmem się tam bardzo przeplata. To siła tego filmu. Wierzymy w tę relację, bo, mimo że bohaterowie mają inne imiona, to te zdjęcia moje z Sonią z czasów młodości są prawdziwe. Gdy Sonia była bardzo mała, miała jakieś cztery latka, sadzałem ją przed kamerą i pytałem o ważne rzeczy, na przykład czym jest miłość, czym jest przyjaźń, kogo kocha, na czym jej zależy. Takie dorosłe pytania do małego dziecka. To były bardzo piękne chwile dla mnie wtedy i nadal są. Nagle okazało się, że to niezwykle pasuje do tego filmu. Do tego stopnia, że wymyśliliśmy całą tę scenę w filmie, kiedy pojawia się ta kamera.

Tomasz Śliwiński: No właśnie, bo ona tak super to wszystko skleja.

Borys Szyc: Taki właśnie był zamysł, żeby później urealnić to, że ta taśma się pojawia na samym końcu, ta oryginalna.

Gdy Sonia była bardzo mała, miała jakieś cztery latka, sadzałem ją przed kamerą i pytałem o ważne rzeczy, na przykład czym jest miłość, czym jest przyjaźń, kogo kocha, na czym jej zależy.  - Borys Szyc o córce

Tomasz Śliwiński: To wszystko buduje bardzo fajny, bardzo ciepły przekaz, ale mi – oprócz tej ekranowej chemii pomiędzy Tobą a Twoją córką – podoba się również to, że ten Twój bohater jest takim niedoskonałym facetem. Takim, z którym mógłby się utożsamić każdy z nas. Ta postać wiele mówi o męskości, że facetem nie jest facet idealny...

Borys Szyc: Ideałów w ogóle brak. Każda prawdziwa postać ma jakieś pęknięcia, podobnie jak każdy człowiek ma jakieś pęknięcie niedociągnięcia. Często sobie plujemy w brodę za różne rzeczy, które zrobiliśmy lub których nie zrobiliśmy. Ten film mówi m.in. o tym, że nie da się cofnąć czasu, ale da się naprawić to, co tu i teraz. Na to, co jest tu i teraz masz zawsze wpływ. I to jest ten nasz super power, który posiadamy na co dzień.

Tomasz Śliwiński: Mam taką jedną ulubioną kwestię w tym filmie. Kiedy wyjaśniasz swojej filmowej córce pewne życiowe kwestie i mówisz, żeby popełniała swoje błędy, a nie powielała twoich. Następnego dnia byłem na spacerze z synem, rozmawialiśmy o życiu i on nagle mówi: chodzi ci o to, żeby było jak z tymi błędami w tym filmie? Ucieszyłem się, gdy to usłyszałem, bo to jest taki papierek lakmusowy w postaci młodego widza. Ta historia do niego dotarła. Bo wiesz, czasem robią film, gdzie jest wielu młodych bohaterów, ale piszą to boomerzy i to nie dociera do młodych. W przypadku tego filmu jest inaczej.

Borys Szyc: To najpiękniejsza recenzja. Ja też często szukam takich filmów i ich nie ma. Łatwiej pójść na coś z maluchem. Mam teraz w domu trzylatka, on już zaczyna kumać całą fabułę, więc mogę z nim iść na jakąś bajkę. Ale jak się ma u boku taką dojrzewającą osobę, to już jest dużo trudniej. Bo zazwyczaj ona już nie chce z nami spędzać czasu. A my, rodzice, wręcz przeciwnie, bardzo chcemy spędzać czas z tymi dojrzewającymi dzieciakami, z tymi znikającymi dzidziusiami. To dla nas trudny moment. Bo to było takie małe, cudowne dziecko, które chętnie się przytulało, a teraz już nie chce...

Tomasz Śliwiński: Kiedyś chętnie z nami rozmawiało, a teraz słyszymy: co to za teksty, weź, przestań, nie mów tak...

Borys Szyc: Dokładnie, to co sami przeżywaliśmy z naszymi rodzicami. Przecież ja wciąż to pamiętam. A jednak chciałoby się coś wartościowego jeszcze temu dziecku przekazać albo coś ciekawego usłyszeć od niego. I jeśli ty miałeś szansę porozmawiać z synem po tym filmie, to może innym rodzicom też się uda.

Tomasz Śliwiński: Tak, bo nawet jeśli jesteś rodzicem w kryzysie lub masz gorszy przelot ze swoim dzieckiem, to ten film potrafi otworzyć. Po prostu chce się po nim gadać. Zresztą uważam, że byłoby fajnie, gdy ten film trafił do szkół, gdyby zobaczyli go licealiści.

Borys Szyc: Tak się też staraliśmy go adresować. Sonia była zresztą na takim spotkaniu z nauczycielami, którzy najpierw oglądali ten film, a potem zadawali pytania. Wiem, że był bardzo fajny odbiór tego filmu. Mam więc nadzieję, że wszyscy się wybiorą na ten film i pogadamy o nim wszyscy.

Każda prawdziwa postać ma jakieś pęknięcia, podobnie jak każdy człowiek ma jakieś pęknięcie niedociągnięcia. Często sobie plujemy w brodę za różne rzeczy, które zrobiliśmy lub których nie zrobiliśmy. - Borys Szyc

Tomasz Śliwiński: Warto też dodać, że w tym filmie urzeka nie tylko historia, ale również zdjęcia. Katowice w tym filmie wyglądają wspaniale. Tak wspaniale sfilmowanych kukurydz nie widziałem jeszcze nigdy. Plus piękne kolory, no i niecodzienny format 3:2.

Borys Szyc: Nie, na przykład "Zimna wojna" Pawła Pawlikowskiego też w takim formacie była. W takim formacie chodzi o to, aby to, co po bokach nie rozpraszało widza, aby nie odciągało go od tego, co w środku kadru. Bo tu ważny jest człowiek. Mimo to widać Katowice, widać, gdzie oni żyją. I – masz rację – jest to pięknie pokazane. Ale najważniejsze w tym filmie są emocje, więc kamera jest dosyć blisko twarzy, blisko oczu. Wchodzi gdzieś tam w środku. To jest też taki format, który się kojarzy z dokumentem. I tu jest taki złoty środek pomiędzy zdjęciami poetyckimi a dokumentalnymi.

Tomasz Śliwiński: Ten film ma też wielkie szczęście do epizodów, bo są tam fantastyczne nazwiska, m.in. Magdalena Cielecka, Jan Peszek. Jak się udało aż tyle osób namówić, aby pojawili choćby na chwilę.

Borys Szyc: No wiesz, trochę po znajomości. Znamy się przecież wszyscy dość dobrze (śmiech).

Tomasz Śliwiński: Iza Kuna...

Borys Szyc: Izę Kunę wszyscy kochamy miłością pierwszą i prawdziwą. Poza tym Iza zagrała genialnie u Kuby w "Teściach", więc myślę, że gdy Kuba zadzwonił, to chciała się w obsadzie znaleźć. Zresztą Iza Kuna to ulubiona koleżanka z planu Soni. Gdy jechaliśmy ostatnio taksówką, dopytywała, czy Iza będzie na premierze.
Z Magdą Cielecką też znamy się od wielu, wielu lat i myślę, że niesamowicie zagrała tę mikro rólkę. Te typy ludzkie, kobiece, w tym filmie są niesamowicie wyraziste, fajne i prezentują tak różne zdania, dają tak różne porady tej młodej osobie. Jan Peszek, który pojawia się naprawdę w mikro roli. Dla mnie to też było niesamowite przeżycie, bo kocham Jana Peszka całym sercem.

Tomasz Śliwiński: A jak córka czuła się w trakcie zdjęć z mistrzem? Bo to chyba musi być wielkie obciążenie, gdy gra się z kimś, kto jest legendą, ikoną dla wielu pokoleń.

Borys Szyc: Zaskoczę cię, ale dla niej to nie jest legenda, bo ona nie ma za sobą takiego ciężaru gatunkowego jak my. Ona ode mnie wiedziała, że to jest Jan Peszek i że jest to bardzo znany aktor. Powiedziała: "Aaaaaaa, no dobrze, dobrze" i tyle. Ona ma swoje autorytety. Myślę, że gdyby na planie znalazł się Harry Styles, to myślę, że nie znalazłaby w sobie odwagi, by się odezwać. A tutaj nie miała żadnych kompleksów, żadnego obciążenia. To ja miałem to w głowie, a ona szła po prostu po swoje. I to było niesamowite.

Tomasz Śliwiński: W tym filmie jest jeszcze jeden bohater drugiego planu, który też robi wrażenie. To samochód. Jak ono trafiło na Wasz plan?

Borys Szyc: Szukano samochodu, które dosyć dobrze zilustruje kryzys wieku średniego (śmiech). Oczywiście były pomysły na jakieś wypasione auto, ale to, które ostatecznie wybrano, miało styl. Więc widać, że facet ma kryzys wieku średniego, ale ma też gust. Zresztą to auto jest też bardzo filmowe, tzn. pięknie się fotografuje. Wszystko się dobrze ułożyło.

Tomasz Śliwiński: Czy mieliście okazję razem z Sonią zobaczyć ten film, gdy już został nakręcony i zmontowany? Jakie były Wasze reakcje po tym seansie?

Borys Szyc: Siedzieliśmy, czasem trzymaliśmy się za ręce, a na koniec poryczeliśmy się oboje. Ten seans był w Krakowie. Dla mnie było to wzruszające przeżycie, tym bardziej że to miasto jest dla mnie bardzo ważne. Byłem tam z moim dzieckiem. Zresztą była tam cała moja rodzina, i moja żona, i moja mama, i moje obie babcie. Wszyscy się tam zjechali.

Tomasz Śliwiński: Kilka pokoleń. Jak babcie patrzyły na tę historię?

Borys Szyc: One są dumne, tak jak tylko babcie potrafią być dumne. Tysiąckrotnie. My zresztą zrobiliśmy im na planie Dzień Babci, a właściwie pół dnia (śmiech). One bardzo chciały przyjść na plan, wręcz się tego domagały, więc znaleźliśmy dzień, kiedy mieliśmy troszkę luźniejsze zdjęcia. Przyjechały, siedziały przy podglądzie, miały słuchawki na uszach. Ściskały Sonię, no robiły jej taki książkowy obciach (śmiech). Ale było to oczywiście wzruszające i piękne.

Tomasz Śliwiński: Chciałbym jeszcze wrócić do tej niedoskonałości Twojego bohatera. To jest taki facet, który chce mieć trochę życia w życiu dla siebie. Ale nie zostawia tej młodej samej. To się przejawia w kilku takich fajnych scenach, na przykład gdy prosisz ją o kartę kredytową, którą ci zabrała potajemnie. Pokazujesz jej, że ty wiesz o tym, ale nie upokarzasz, nie karzesz. Robisz to na takim dużym dystansie. I powtórzę się jeszcze raz, ale ten film jest takim ciekawą opowieścią m.in. o męskości.

Borys Szyc: Na pewno. I o dojrzewaniu, które trochę było u mojego bohatera opóźnione, jak to w ogóle u chłopców. Ale u niektórych jest bardzo opóźnione, czasem wiele lat. Tu na szczęście jego córka pojawia się w momencie, w którym on zorientował się, że trzeba dojrzeć i nawet jakieś kroki w tym kierunku przedsięwziął. Poszedł na terapię, choć jeszcze się tego słowa bardzo wstydzi (mówię oczywiście o punkcie widzenia mojej postaci). On jest w takim momencie życia, że nie zostawiłby jej z tym problemem samej. Wie, że to jest sprawdzian jego dojrzałości. Taki w życiu, nie na terapii. To nie jest żadna symulacja.

Tomasz Śliwiński: Tak sobie pomyślałem, biorąc pod uwagę reakcję mojego syna i to, że Twój przekaz dociera do ludzi i pozostaje głęboko w sercu, czy nie myślałeś o jakimś rodzaju master class (warsztatach, podkaście) zwłaszcza dla młodych facetów?

Borys Szyc: Myślę o podcaście, który byłby o facetach i ich pozycji w obecnym świecie, jak się z tym czują. Czy w ogóle znają tę pozycję, czy wiedzą, co ze sobą zrobić i jak się odnaleźć w tym trochę odmienionym świecie? Tylko to na pewno nie będzie z pozycji eksperta, bo nim nie jestem. Dzieliłbym się swoimi obawami, wątpliwościami, odkryciami, w co warto pójść.

Tomasz Śliwiński: Byłoby to pole do wielu fajnych spotkań, rozmów i kto wie, może coś fajnego w głowach ludziom zostało. Tak jak po tym filmie.

Borys Szyc: To znaczy, że trzeba w to iść.

Dojrzewanie u mojego bohatera jest opóźnione, jak to w ogóle u chłopców. U niektórych czasem wiele lat. - Borys Szyc

Tomasz Śliwiński: Ale chciałem jeszcze wrócić do filmu. On daje widzowi dużo ciepła, ale to nie jest historia z takim typowym szczęśliwym zakończeniem. Jest w nim sporo goryczy. Wywołuje też w widzu różne emocje, wspomnienia. Czy Twoim zdaniem film może być formą terapii?

Borys Szyc: Oczywiście, sztuka jest formą terapii.

Tomasz Śliwiński: A czy mógłbyś wymienić, jakieś tytuły filmów, które – Twoim zdaniem – warto zobaczyć, by dowiedzieć się czegoś o sobie, o życiu?

Borys Szyc: "Ojciec" z Anthony Hopkinsem to niezwykle mocny film i dla mnie niezwykle wzruszający. To opowieść o chorobie, ale też o postaci ojca w życiu. Myślę, że to jest piękny film. Inny film, który opowiada o relacjach, dość pokręconych dodam, to "Bliżej" ("Closer"). Pokazuje, że życie nie jest szare i że ma dużo barw. Do tego jeszcze Damien Rice, który śpiewa tę piosenkę "The Blower's Daughter". Od razu pojawiają się ciary i łzy.
Myślę też, że cały Almodóvar – mistrz, jeśli chodzi o pokazanie relacji, dziwnych, pokręconych, pokazanie, czym w ogóle jest bycie człowiekiem, gdzie są granice moralności, poczucia winy.

Tomasz Śliwiński: Zachęcam więc najpierw do obejrzenia filmu "Miało Cię nie być", później przeczytania naszej rozmowy, a na koniec obejrzenie wspomnianych przez Ciebie filmów. Niech to będzie klamra naszej dzisiejszej rozmowy. Dziękuję za tę rozmowę.

Źródło: CHILLIZET