„Jestem Christiano Ronaldo we własnym domu”. Michał Sikorski w szczerej rozmowie
Michał Sikorski, aktor filmowy, teatralny, a prywatnie dumny tata, najlepiej znany z ról w filmie „Sonata” oraz serialu „1670”, był gościem Maksa Behra w audycji „Zza kulis”. Opowiedział nie tylko o swoim aktorstwie, ale również o wartościach, które są dla niego ważne poza sceną. To była rozmowa była pełna refleksji, uwag oraz zastrzeżeń.
Maks Behr: Ze mną najpopularniejszy kaznodzieja w Polsce. Czy na takie określenie nadal reagujesz z uśmiechem, czy zaczyna to już być irytujące?
Michał Sikorski: Formuła, której użyłeś, mnie zaskoczyła, więc taka kreatywność dziennikarzy jest dopuszczalna i bardzo miła. Miałem ostatnio przerwę w wizytach w mediach, więc już minął ten moment, kiedy wciąż słyszałem, że przyszedł ksiądz po kolędzie. I rzeczywiście coś się zmieniło.
Niedawno obchodziłeś swoje 29. urodziny, wszedłeś w 30. rok życia. Masz jakieś przemyślenia z tym związane?
Michał Sikorski: Z tym, że przeżyłem 29 lat na świecie? I że 30. rok życia skończę za rok 5 września? Jestem podekscytowany tym rokiem, który nadejdzie. Mam bardzo dużo planów, ale też na luzie do tego podchodzę. Nigdy nie miałem szczególnego nabożeństwa do urodzin, dużych podsumowań nie robiłem, chociaż może 30. urodziny będą okazją, żeby coś podsumować, ale raczej po to, żeby się ucieszyć i powiedzieć sobie: hej, jesteś na dobrej drodze. Bo ogólnie mam poczucie, że udało mi się trafić na moją drogę w życiu.
Czujesz, że jesteś w miejscu, o którym marzyłeś? Miałeś jakieś chwile zawahania?
Michał Sikorski: Jestem w miejscu, o którym marzyłem, żeby w nim być. Wydaje mi się, że dość szybko, już na etapie szkoły podstawowej, wiedziałem, co chcę w życiu robić, jak chcę żyć, a jak nie, i wydaje mi się, że to się spełnia. Mam oczywiście bardzo dużo pokory, planów i rzeczy do zrobienia, ale jestem zadowolony z tego, gdzie jestem. Nigdy nie chciałem żyć w poczuciu, że życie jest gdzieś za rogiem. Cieszę się z tego, gdzie jestem, ale też dlatego, że w życiu bardzo cenię małe przyjemności i umiem się tym życiem cieszyć. Może się tego nauczyłem, może gdzieś miałem do tego predyspozycje, żeby ciągle nie mieć poczucia, że muszę więcej, tak jak inni, tak jak lepsi. Po prostu jak i kawa, i jajecznica mi wyjdą, a ta druga się za bardzo nie zetnie, to jest coś, co sprawia mi radość. Tak jest trochę łatwiej żyć i łatwiej jest doświadczać radości.
A jeśli życie cię zawodzi albo ktoś sprawia, że uśmiech przy jajecznicy jest mniej szeroki, to jak sobie z tym radzisz?
Michał Sikorski: Oczywiście, zdarza mi się denerwować, smucić, być rozczarowanym, ale to są rzeczy, które jakoś staram się przerabiać. Myślę, że na tym etapie nie miało to takiej skali, żeby wpłynęło na mnie tak, żeby zatrząść moim poczuciem własnej wartości czy podejściem do życia. Słabsze chwile się zdarzają, ale to nie podważa mojego życia. Jak się przewracam, to się otrzepuję, wstaję i idę dalej. Przeważnie wiem, dokąd idę, ale porażki w życiu są dla mnie momentami, kiedy nabieram siły i wracam ze zdwojoną wolą walki. Wydaje mi się, że mam trochę osobowość fightera. Christiano Ronaldo płakał kiedyś, jak nie strzelił karnego. I gdzieś to rozumiem, że zawsze się chce zrobić wszystko najlepiej, ale to nie znaczy, że to podważa wielkość tego, kim jest Christiano Ronaldo. Ja może jestem Christiano Ronaldo dla siebie w swoim domu.
Jak to jest być tatą, mając 29 lat? Tak naprawdę patrząc na naszych dziadków, to nie powinno być nic spektakularnego, że facet w tym wieku jest ojcem. Ale w naszym pokoleniu to się trochę przesunęło.
Michał Sikorski: Kiedy rodził się mój syn, to było trochę poza dzisiaj przyjętymi ramami i sporo słyszałem komentarzy typu: „Oj, przytrafiło się”. Jakby to było coś, co nie jest potrzebne młodemu człowiekowi, który chce robić karierę, się rozwija. Uważam, że spotykałem się wtedy z dużą dyskryminacją i niezrozumieniem.
Bolało cię to?
Michał Sikorski: Dziwiło mnie. Zacząłem też obserwować, że jednak rodzice w Polsce to jest grupa osób, którym nie jest łatwo. Są trochę dyskryminowani... Cała ta fala żartów z „madek”. Dziś widzę, jak jest to szkodliwe. Zresztą wszyscy obserwujemy, że trudno się ludziom zdecydować na dziecko, bo nie żyjemy w środowisku, które jest temu przychylne, które jest pomocne, które daje zrozumienie. Pytania o moje ojcostwo nie wiążą się z poczuciem wyższości czy wytknięciem mi błędu, bo nikt nie zakłada, że można w wieku 25 lat po prostu chcieć być ojcem czy mamą, jak w przypadku mamy mojego syna. Natomiast ojcostwo jest po prostu częścią mnie, tak jak wiele innych rzeczy, które są częścią mojego życia, składają się na mnie. Ja nigdy nie chciałem być tatą, żeby była to wartość dodana do mojego życia, nie oczekuję od mojego syna, że on mi jest coś winny, staram się być szczęśliwym człowiekiem, pomagam mu, on wyjdzie w świat i nie oczekuję, że będzie musiał podawać mi tę szklankę wody. Moje ojcostwo nie wartościuje mojego życia, to znaczy moje życie było pełnowartościowe przed tym, jak zostałem ojcem, jest pełnowartościowe teraz i częścią tego życia jest mój syn.
Czy dzieciństwo twojego syna jest inne od twojego? Jak starasz się mu pokazać świat?
Michał Sikorski: Nie dążę do tego, żeby mój syn przeżył życie tak jak ja, żeby coś za mnie nadrabiał. Wydaje mi się, że muszę zaakceptować to, że mój syn wychowuje się w totalnie innych warunkach, w innej rzeczywistości pod każdym względem. Od ponad roku mieszkamy w Warszawie, wcześniej mieszkaliśmy w Poznaniu. Bardzo mnie zaskoczyło, że po miesiącu chodzenia do przedszkola w Warszawie mój syn zapytany u moich rodziców w Małopolsce o to, skąd jest, powiedział, że z Warszawy. Bo ja nie miałem poczucia jeszcze, że jestem z Warszawy, że to jest już mój dom, a on bardzo szybko to po prostu przyjął, nie nadążyłem, że on się już z czymś zupełnie innym utożsamia. Cały czas trzeba mieć czujność na to, że to jest inna osoba, o innej wrażliwości i będzie mieć inne potrzeby, które mogą się nie zbiegać z moim patrzeniem na świat. To, co mogę mu dać, to opowiedzieć o tym, jak ja świat postrzegam, co dla mnie jest piękne, co mnie wzrusza, co mnie śmieszy, a on może być zupełnie inny i w dalszym ciągu być fajną i wartościową osobą.
Pochodzisz z Wadowic. To było dzieciństwo na łące, ze znajomymi, na kremówkach? Na pewno żartów wokół akurat tego miejsca jest sporo. Mem jest nieodłączną częścią twojego życia?
Michał Sikorski: Absolutnie tak. Mem jest nieodłączną częścią mojego życia. Jak się jest z Wadowic, to trzeba się z tym liczyć. Ja do tego przywykłem. Wychowywałem się na osiedlu w małym miasteczku. To, co mnie ukształtowało, i to, co dziś wspominam, to naprawdę wyjątkowi ludzie, na których trafiłem w szkole, w domach kultury. Ja z domu nie wyniosłem np. tradycji chodzenia do teatru, ale trafiłem na takich ludzi, którzy mi to pokazali. My bardzo narzekamy na to, że młodzi ludzie nie chodzą do teatru, ale też trzeba wziąć za to odpowiedzialność i wychodzić do nich z ofertą, mówić ich językiem, chcieć nawiązać rozmowę. Te sprawy są mi drogie i staram się działać, promując edukację kulturalną i kulturę dostępną.
Mam wrażenie, że świadomie idziesz przez życie, jesteś dojrzały emocjonalnie. Jesteś ułożony, ustatkowany, z pewnością to był proces. Z taką dobrą energią łatwiej się chyba żyje.
Michał Sikorski: Myślę, że mam szczęście. Moja droga czy też ogromna jej część, z której jestem bardzo dumny, zależy od pierwiastka szczęścia. Trudno o nim nie wspomnieć, ale ja się zawsze starałem być empatyczny, chłonąć mądrość innych ludzi. Myślę, że po to jest nam literatura, kultura, że mamy szansę przeżycia życia innych ludzi i wyciągnięcia z tego jakiejś mądrości. Ale później jest też próba charakteru. Jakby mnie ktoś trzy lata temu zapytał, czy wziąłbym udział w reklamie alkoholu, to bym powiedział, że absolutnie nie, bo trzeba brać odpowiedzialność za to, co się promuje. A jak dostałem pierwszą taką propozycję, to przez tydzień o tym myślałam: chyba nie powinienem tego robić, bo to nie jest dobre, ale z drugiej strony płacą jakieś gigantyczne pieniądze, za które będę mógł niemal mieszkanie kupić, a przecież mam syna. Oczywiście w końcu tego nie zrobiłem. Ale to było trudne. Bardzo duża lekcja charakteru i duży punkt zwrotny w moim życiu, jeśli chodzi o to, za co chcę brać odpowiedzialność. I miałem taką sytuację, która mi uświadomiła, że dobrze zrobiłem. Bo mnie ogląda wielu młodych ludzi i jak coś reklamuję, to mam wpływ na nawyki wśród tych ludzi. Zrozumiałem, że to jest realna odpowiedzialność.
Film „Sonata” był momentem przełomowym w twojej karierze? Nie tylko zawodowo, ale też prywatnie, bo wtedy urodził ci się syn. Jak to wyglądało z tych dwóch perspektyw: uniesień zawodowych i prywatnych jednocześnie?
Michał Sikorski: Ciekawie połączyłeś te dwa tematy: narodzin mojego syna w trakcie zdjęć do tego filmu i tego, że ja na tym planie też się trochę urodziłem jako artysta. Droga mojego bohatera, Grześka Płonki, chłopaka z gór, który był źle zdiagnozowany i przez kilkanaście lat myślał, że ma autyzm, a okazało się, że nie słyszy, a jego niedosłuch skrywa talent muzyczny, jakoś była tożsama z moją drogą. Bo we mnie też mało kto wierzył, że coś osiągnę, że będę się mógł wypowiadać przez sztukę. I teraz jeszcze zwróciłeś uwagę na narodziny w tym czasie mojego syna… Tak, to jest absolutnie film, za którą biorę pełną odpowiedzialność, jestem bardzo z niego zadowolony. Mam takie poczucie, że robienie sztuki to jest każdorazowo dzielenie się jakąś tajemnicą.
(Za film „Sonata” na festiwalu w Gdyni Michał Sikorski otrzymał nagrodę w kategorii debiut aktorski. Film nagrodzono na międzynarodowych festiwalach w Sofii, Chicago, Pradze, Rzymie, Toronto. W Toronto aktor otrzymał indywidualną nagrodę za rolę męską – przyp. red.).
Teraz wszyscy widzą w tobie sławnego ojca Jakuba (z serialu „1670” – przyp. red.). Jak często przechodnie zwracają się do ciebie tym imieniem? Jak zmieniło się twoje życie po tej roli?
Michał Sikorski: Moje życie się zmieniło. Myślę, że tyle, ile razy odpowiedziałem komuś w metrze i na ulicy „Szczęść Boże”, to na pewno przez całe swoje życie w Wadowicach nie mówiłem tych słów tak często.
Czy takie wejście w rolę poza rolą jest ekscytujące?
Michał Sikorski: Nie, nie wchodzę w rolę. Wydaje mi się, że jestem zdystansowany, ale wiem, ile to ludziom sprawia radości, że im odpowiem. Też mam bekę, ile to daje radości, jak ktoś się odważy, przełamie, powie to swoje „Szczęść Boże” i usłyszy odpowiedź ode mnie. To jakoś wynagradza to, że muszę to powiedzieć po raz milionowy.
A co, twoim zdaniem, sprawiło, że postać Jakuba stała się tak bardzo lubiana? Bo dostajesz na przykład prośby o błogosławieństwo czy udzielenie ślubu. Jest troszeczkę wokół tej postaci zamieszania…
Michał Sikorski: Też ostatnio się nad tym zastanawiałem. Bo w tej postaci nie ma nic pozytywnego, czytałem taki komentarz, i ona nie robi nic, za co można by ją lubić, właściwie wszystko jest godne krytyki. Ale jest też w tej negatywnej postaci coś, co sprawia, że ona jest urocza. Wydaje mi się, że to jest jakieś moje zwycięstwo w tworzeniu tej postaci, która jest głupia, podstępna, złośliwa, ale jednak jest coś, za co się ją lubi, a tym czynnikiem jest to, co ja tam dołożyłem, oczywiście z pomocą innych twórców: reżyserów, kosmografki, choreografa, charakteryzatora.
Kiedy wchodzisz w ten kostium, czujesz jakąś moc sprawczą, masz poczucie, że jesteś w stanie łamać w Polsce tematy tabu? Wy rozbiliście bank, jeśli chodzi o satyrę, dystans i szyderę.
Tak, ale chyba dlatego, że to jest szczere i u podstaw tego nie leży chęć wyśmiania kogoś czy pokazania komuś, że jest się lepszym, że ktoś jest głupszy. To mi się wydaje problemem komedii czy satyry w Polsce, że tak naprawdę ma wyśmiać innych i pokazać, że to my jesteśmy fajniejsi. Tutaj jest szczerość i ogromny fun z robienia tego. Wydaje mi się, że to się przeniosło na ekran i to tak zelektryzowało ludzi. A jak wchodzę w ten kostium? Po prostu fantastycznie, nigdy nie byłem tak dobrze ubrany. Jest to każdorazowo ogromna przyjemność. Nie wiem, czy mogę to zdradzić, powiem tylko tyle, że w drugim sezonie uważam, że wyglądam jeszcze lepiej.
To teraz narobiłeś nam apetytu. Artur Żmijewski, choć stworzył wiele dobrych ról, jest często postrzegany jako ojciec Mateusz. Czy miałeś lęk, że też zostaniesz zaszufladkowany i do pięćdziesiątki będziesz musiał odpowiadać to „Szczęść Boże”?
Michał Sikorski: Trochę się nad tym nie zastanawiam i w to nie inwestuję, bo wiem, że po prostu może tak być. I przykłady na naszym polskim podwórku są takie, że można stworzyć szereg absolutnie wybitnych postaci, a pozostać dla części ludzi Jankiem z „Czterech Pancernych”. Mówię tu o Januszu Gajosie. Ja się staram nie podchodzić do tego jak do utrapienia, że dla wielu osób jestem po prostu księdzem, bo dużo radości mi sprawia to, że innym to sprawia dużo radości. Zdaję sobie sprawę z tego, że z tej szuflady można nigdy nie wyjść, nawet jeśli się ogromną pracę w to włoży i stworzy inne postaci. Ja lubię w tym zawodzie pewną wymianę, że się coś robi dla ludzi i jeśli można wzbudzić w nich radość albo dać im nawet rozrywkę, bo nie zawsze wzbudza się jakieś refleksje i przesuwa myślenie na inny poziom, i jeżeli dla kogoś to jest ważne i będzie miał z tego powodu przyjemność, to tylko i aż. Pozostaje się cieszyć, że do tej wymiany doszło.
Posłuchaj całej rozmowy z Michałem Sikorskim na kanale Chillizet na You Tube’ie.
Źródło: CHILLIZET / audycja „Zza kulis” / spisała i zredagowała Aleksandra Sobieraj