Koty domowe zabijają więcej zwierząt niż drapieżniki. Nie wypuszczaj ich bez nadzoru

6 min. czytania
Aktualizacja 27.02.2024
27.02.2024 11:33
Obserwuj nas w Google
---- ----

Wedle klasyfikacji naukowej Instytutu Ochrony Przyrody PAN, koty należą do inwazyjnych gatunków obcych. W ich łapach i szczękach ląduje więcej ssaków i ptaków niż w łapach dzikich drapieżników. Mamy do czynienia z problemem w skali globalnej. Jak sobie z nim radzić? Co zrobić ze zdziczałymi kotami czy psami? O tym rozmawiamy z Marcinem Przymenckim, ornitologiem, geografem, członkiem Ogólnopolskiego Towarzystwa Ochrony Ptaków, autorem wielu artykułów naukowych oraz popularnonaukowych związanych z ptakami.

Polujące koty domowe
fot. Shutterstock
--1-- ----

Jeremi Pedowicz: Będziemy dzisiaj rozmawiać o kotach i psach. Nie będziemy mówić, jakie to milusie, fajne futrzaki. Tylko o tym, jaki mają one wpływ na środowisko. Zdaniem niektórych kręgów naukowych, prestiżowych, nasi domowi przyjaciele należą do gatunków inwazyjnych, obcych.

Marcin Przymencki: Faktycznie, zgadza się. Jest to potwierdzone, że zarówno koty domowe, jak i psy, są gatunkami inwazyjnymi, jeśli są wypuszczane na dwór i przemieszczają się bez nadzoru człowieka. Takie osobniki mogą powodować bardzo duże szkody w środowisku. Głównie zabijają miliardy ptaków i ssaków. Jest to problem, o którym mało się jeszcze mówi, ale niektórzy naukowcy zaczynają na niego zwracać uwagę.

Jeremi Pedowicz: Wspomniałeś o liczbie zabijanych ptaków i małych ssaków. Okazuje się, że te pupile domowe, wypuszczane bez nadzoru, zabijają rocznie więcej zwierząt niż rodzime gatunki dzikie, drapieżne.

Marcin Przymencki: Rzeczywiście, tutaj głównie chodzi o koty domowe. Liczebność kotów domowych jest o wiele wyższa niż ta, którą osiągają naturalne drapieżniki. Dlatego też koty domowe zabijają o wiele więcej zwierząt, szczególnie małych ssaków, ale też i ptaków. W niektórych miejscach odpowiadają za największe spadki w populacjach tych zwierząt.

Jeremi Pedowicz: Wspomniałeś, że to są miliardy zabijanych zwierząt. Dla mnie to jakieś niewyobrażalnie wysokie liczby.

Marcin Przymencki: Te liczby bezwzględne są faktycznie niezwykle wysokie. Zespół naukowców obliczył, że w samej Polsce koty domowe, zarówno te zdziczałe, jak i te wypuszczane przez właścicieli, zabijają rocznie 770 milionów zwierząt, w tym 632 miliony ssaków i ponad 140 milionów ptaków.

Jeremi Pedowicz: To oznacza, że mają one również wpływ na gatunki zagrożone, prawda?

Marcin Przymencki: Oczywiście, że tak. Na przykład w takich ekosystemach bardzo wrażliwych, jak wyspy, koty przyczyniły się do wymarcia wielu gatunków zwierząt.

Redakcja poleca

Jeremi Pedowicz: Teraz chciałbym przejść do Australii, o której pisałeś m.in. w swoim artykule. Ona też ma charakter wyspy, prawda?

Marcin Przymencki: Australia de facto nie jest wyspą, a przynajmniej nie tak jest definiowana, ale faktycznie ma taki charakter, że przez wiele lat była izolowana od stałego lądu, np. od Azji. To pozwoliło wielu gatunkom wytworzyć pewne cechy do koegzystencji ze sobą, ale niekoniecznie do koegzystencji z gatunkami, które są obce dla danych ekosystemów. Taki mechanizm, tak w skrócie można powiedzieć, zachodził na wszystkich wyspach. Kiedy Holendrzy przypłynęli do Australii po raz pierwszy, a wraz z nimi koty, które dość szybko rozprzestrzeniły się i zwiększyły swoją liczebność, to zajęły miejsce, które wcześniej było wolne. One wywierały coraz większą presję na rodzimą faunę i teraz uważa się, że w Australii te zdziczałe, ale i te wolno wychodzące koty, zabijają rocznie to 1,5 miliarda zwierząt. A pojedynczy zdziczały kot, szacunkowo, każdego roku doprowadza do śmierci prawie 400 ssaków, ponad 220 gadów i 130 ptaków. Są to duże liczby, biorąc pod uwagę, że w samej Australii żyje do 5,5 miliona zdziczałych kotów. Do tego trzeba doliczyć koty zamieszkujące miasta, wolno puszczane przez właścicieli. Ten wpływ kotów na te rodzime gatunki zwierząt jest ogromny.

Jeremi Pedowicz: Mówimy o inwazyjnych gatunkach obcych, które polują, albo bawią się w polowanie, ale trzeba też powiedzieć o puli patogenów, do których rodzima fauna jest nieprzyzwyczajona. To również okazuje się problemem.

Marcin Przymencki: Tak, oczywiście. Koty i psy wolnochodzące, wypuszczane przez ludzi, ale i te zdziczałe, przenoszą wiele różnych patogenów. Nie tylko groźnych dla fauny, ale i dla ludzi. Wśród kotów są to przede wszystkim pierwotniaki toksoplazmozy, ale również pałeczki Bartonelli. Oba te patogeny wywołują choroby groźne dla człowieka. Natomiast w przypadku psów głównym patogenem przenoszonym przez te zwierzęta jest wirus wścieklizny. To on w wielu krajach, np. w Indiach, odpowiada za śmierć tysięcy ludzi.

Jeremi Pedowicz: Ale tych problemów jest znacznie więcej. Tych gatunków i ich osobników jest coraz mniej, więc ta pula genowa też się zmniejsza.

Marcin Przymencki: Zgadza się. Taki znamienny przykład mamy w Polsce i dotyczy żbika, który jest gatunkiem krytycznie zagrożonym wyginięciem, m.in. przez to, że krzyżuje się w wolnowychodzącymi kotami. Przez to jego pula genowa, która sprawia, że został on wydzielony jako osobny gatunek, została zmieszana. Do gatunków, które są zagrożone zanieczyszczeniem puli genowej, należy m.in. dingo australijski. To potomek psa domowego, który wtórnie zdziczał, ale wytworzył kilka tysięcy lat temu naturalne populacje w Australii. Przez co jest obecnie traktowany jako gatunek generalnie dziki. Jednak przez to, że psy wypuszczane przez właścicieli też dziczeją, dingo krzyżuje się z nimi, co zanieczyszcza jego pulę genową i również jest to jeden z elementów, który może kiedyś doprowadzić do jego wyginięcia.

Redakcja poleca

Jeremi Pedowicz: Zastanawiam się, co w takiej sytuacji można zrobić. Czy są jakieś działania podejmowane?

Marcin Przymencki: To jest bardzo duży problem, od bardzo dawna, przez co się nawarstwił. Tutaj, podobnie jak w przypadku zmian klimatycznych, jest on praktycznie nie do rozwiązania, w taki sposób, by go całkowicie wyeliminować. Natomiast możemy ograniczyć jego oddziaływanie na przyrodę, czy ogólnie pojęte środowisko. Takim najważniejszym krokiem, który może wykonać każdy z nas, jest niewypuszczanie swoich pupili na dwór bez nadzoru. Bo w przypadku kotów, to właśnie takie osobniki często zasilają populacje bezdomne, czy wtórnie zdziczałe. Systemowo, na poziomie miast, można również przeprowadzać kastracje na ponad 70 proc. populacji zdziczałych kotów. To skuteczny sposób, ale wymaga sporych nakładów finansowych. Pomocna może być również adopcja, zwłaszcza młodych kotów, które wcześnie zostały zabrane i oswojone. Natomiast w populacji takich naprawdę zdziczałych kotów jest to proces trudny. W Polsce taki plan jeszcze nie został stworzony, ale są rejony świata, gdzie ten problem został rozwiązany w brutalny sposób, m.in. we wspomnianej już przez nas Australii. Ale nasze społeczeństwo jeszcze do tego nie dojrzało.

Jeremi Pedowicz: W Polsce to dość drażliwy temat, zwłaszcza dla osób, które mają koty w domach. Zastanawiam się, co powiedzieć ludziom, którzy mówią: "Ale mój Puszek nigdy by czegoś takiego nie zrobił i nie pozwolę, by tak traktować inne, nawet zdziczałe koty". Jak im wytłumaczyć, że to do końca nie jest dobre myślenie?

Marcin Przymencki: Rozmowa z osobami, które uważają, że wychodzenie kota na zewnątrz jest jego swoistym prawem, bywa trudna i zdaję sobie sprawę z tego, że wielu osobom może nie spodobać się to, o czym rozmawialiśmy. Wiem, że osoby, które naukowo zajmują się tym tematem, często dostają pogróżki. Natomiast musimy pamiętać, że wypuszczając koty czy psy samopas, jesteśmy za nie odpowiedzialni. Mogą one zostać rozjechane przez samochód, zaatakowane przez inne zwierzęta, mogą też zjeść rozłożone trutki na gryzonie, czy nadziać się na siatkę w ogrodzeniu, może po prostu do tego domu nie wrócić. Im również może stać się krzywda. Oczywiście na pewno znajdą się osoby, które będą przytaczać przykłady anegdotyczne, w stylu "stryjeczny wuj brata mojego drugiego męża" miał kota, który zawsze wracał do domu i nigdy nie przyniósł żadnego ptaka. Rzeczywiście może tak być, bo wiele kotów nie przynosi do domu upolowanych przez siebie ptaków, ale mimo to nadal mają bardzo destrukcyjny wpływ na środowisko.

Jeremi Pedowicz: Wiem, że wiele razy chciałeś poruszyć ten temat na łamach różnych pism, ale spotykałeś się z odmową. Dopiero "Pismo" opublikowało twój artykuł.

Marcin Przymencki: Tak, choć artykuł opublikowany przez magazyn "Pismo", był przygotowany z myślą o nim. Ale rzeczywiście ten temat proponowałem wielu czasopismom, ale one nie chciały go poruszać ze względu na dobro swoich czytelników i ich uczucia. Jest wielu kociarzy, którzy uważają, że koty trzeba wypuszczać, a jeśli ktoś się z nimi nie zgadza, bywają agresywni.

Jeremi Pedowicz: To dobrze, że my ten temat poruszyliśmy. Dziękuję za tę rozmowę.

Źródło: CHILLIZET/ podcast "Trzecia planeta od słońca"