Na antenie:

"Te najgorsze scenariusze nigdy się nie spełniły". PodróżoVanie o życiu w kamperze

14 min. czytania
Aktualizacja 11.02.2024
05.01.2024 10:07
Zareaguj Reakcja

Mieszkanie na małej przestrzeni może być wyzwaniem dla pary. Jeszcze większym może być przebywanie ze sobą na małej przestrzeni przez 24 godziny na dobę. Jak zadbać o higienę w związku? Jak wyznaczyć przestrzeń dla siebie i co ważniejsze, jak szanować prawo do prywatności drugiej osoby? O tym (i nie tylko o tym) będziemy dzisiaj rozmawiać z Kasią i Łukaszem Gawlas. Parą, która od 5 lat podróżuje i mieszka w vanie, twórcami kanału "PodróżoVanie" na YouTubie, autorami wielu książek i poradników o van life’ie, m.in. "Wyprawa do Maroka".

Kasia i Łukasz Gawlas z PodróżoVanie
fot. archiwum prywatne

Monika Karbarczyk: Swoją podróż vanem rozpoczęliście 5 lat temu i tym samym spełniliście swoje wielkie marzenie. Czy możecie opowiedzieć trochę o sobie, aby nasi czytelnicy dowiedzieli się, jakie były początki Waszej van life’owej historii?

Łukasz Gawlas: Nasza przygoda zaczęła się, gdy mieszkaliśmy w Wielkiej Brytanii, w Bristolu, dokąd wyjechaliśmy z Polski ponad 10 lat temu. Tam rozwijaliśmy naszą karierę, ale nie byliśmy do końca szczęśliwi. Wiedzieliśmy, że Wielka Brytania to nie jest miejsce, gdzie chcemy się zatrzymać na stałe. Wtedy trafiłem na filmiki na YouTubie o vanlifersach, czyli o ludziach, którzy żyją vanach przerobionych na kampery i podróżują nimi. Wtedy taki typ podróżowania nie był w Polsce tak znany, jak teraz, ale w Europie i Stanach Zjednoczonych dość popularny. Gdy zobaczyłem, jakie cudowne życie mają ci ludzie – słoneczko, plaża, zatrzymują się tam, gdzie chcą, robią to, co chcą, nie muszą brać udziału w tym wyścigu szczurów, nie muszą chodzić do pracy rano, stać w metrze, w kolejkach – to zapragnąłem podobnie żyć. Zacząłem oglądać więcej takich filmów, pokazałem je Kasi. Powiedziałem: może byśmy sprzedali wszystko, co mamy, pozbyli się tego domu w Bristolu, kupili sobie busa i pojechali w taką podróż. Ona od razu się zgodziła, ale daliśmy sobie jeszcze dwa tygodnie do namysłu. Po tym czasie znowu się spotkaliśmy i już oboje wiedzieliśmy, że chcemy takiego życia spróbować.

Monika Karbarczyk: To trochę brzmi jak wizja szaleńca: sprzedajmy wszystko i ruszmy w podróż (śmiech)

Łukasz Gawlas: (śmiech) Tak, tak. To było bardzo szalone. Rodzina była zdziwiona naszą decyzją, bo rozwijaliśmy się w Anglii, odkładaliśmy pieniądze… Kolejnym naturalnym etapem takiego życia, powinno być dziecko i dom. A my w pewnym momencie zatrzymaliśmy ten wyścig, przestaliśmy skupiać się na karierze, kupiliśmy busa i zrobiliśmy coś szalonego: wyruszyliśmy w podróż.

Monika Karbarczyk: Tę podróż możemy zobaczyć na Waszych filmach na YouTubie. Decyzja zapadła bardzo szybko. Ale czy mieliście jakieś obawy związane z tą zmianą życia, podróżą?

Kasia Gawlas: Tak. Nie będę ukrywała, że ja miałam dużo obaw. Niektóre z nich dzieliłam z Łukaszem. Bardzo baliśmy się przede wszystkim tego, co zrobimy, kiedy zepsuje nam się samochód. Wyobraźnia podpowiadała, że będziemy gdzieś na pustkowiu, gdzie nie ma ludzi, pozbawieni wody… Oczywiście nigdy nie było aż tak dramatycznie.
Kolejną kwestią były finanse, przyznaję, że to nie dawało mi czasem spać. Mieliśmy oczywiście jakieś oszczędności i z naszych wyliczeń wynikało, że one nam starczą na rok podróży i na zbudowanie vana, ale nie wiedzieliśmy co będzie dalej. Nie mieliśmy pojęcia, czy znajdziemy jaką pracę, co zrobimy, gdy te pieniądze się skończą. Przygotowaliśmy kilka scenariuszy, które dodawały mi otuchy. Mówiliśmy, że zawsze możemy wrócić do Anglii, czy gdzieś po drodze zatrudnić się przy zbiorze oliwek, ale te pomysły nie likwidowały strachu.
Na początku podróży baliśmy się też spania w samochodzie. To była taka rzecz, o której w ogóle nie pomyśleliśmy wcześniej. Najgorsze były pierwsze noce w vanie, bo w nim dochodzą bardzo wyraźnie wszystkie odgłosy z zewnątrz. Każdy szelest, każdy dźwięk wybudzał nas ze snu. Baliśmy się, że ktoś może nas okraść, że lokalsi będą niezadowoleni, że zatrzymaliśmy się na ich ulicy. Jak widzisz, tych obaw było całkiem sporo. Te, które wymieniłam, były chyba najważniejsze.

Redakcja poleca

Monika Karbarczyk: A jak było w rzeczywistości? Czy te obawy się sprawdziły?

Kasia Gawlas: I tak, i nie. Te najgorsze scenariusze, które sobie wyobrażaliśmy, nigdy się nie spełniły. Natomiast zdarzały nam się inne problemy, czy raczej wyzwania (jak my je lubimy nazywać). Ale może zacznę od tego strachu przed spaniem. To się bardzo szybko rozwiązało, bo jeden z naszych widzów podpowiedział nam aplikację, którą dzielą się vanlifersi i ludzie, którzy śpią na dziko, np. pod namiotami. W tej aplikacji zaznacza się miejscówki, w których się było, można też zostawiać komentarze. Więc gdy my tę aplikację odkryliśmy i zaczęliśmy z niej korzystać, to zaczęliśmy czuć się pewniej. To tak jakby nam ktoś osobiście polecił dany parking czy daną miejscówkę w lesie, mówiąc: tu się zatrzymaj, tu jest bezpiecznie.
Natomiast jeśli chodzi o awarie samochodu, to owszem, zdarzyło nam się kilka. Parę razy auto w ogóle nie chciało nam odpalić, ale wtedy przyszli nam z pomocą ludzie, albo miejscowi, albo znajomi. Mamy przyjaciela – Krzyśka, który jest mechanikiem. Poznaliśmy go, gdy zaczęliśmy podróżować. Kiedy jesteśmy w Polsce, on opiekuje się naszym samochodem. Zna go, więc gdy zaczynało się coś dziać, dzwoniliśmy do niego.
Kiedyś złapaliśmy gumę w Serbii, w środku nocy, na jakiejś zapadłej wsi. Okazało się, że nie jesteśmy w stanie wymienić koła, bo śruby było za mocno zapieczone. Nie mieliśmy tyle siły, by je poruszyć. Ale wtedy z pomocą przyszedł nam lokalny mieszkaniec. Popatrzył, co robimy, zniknął na chwilę i po 10 minutach wrócił ze swoim szwagrem. Ten drugi mężczyzna był ubrany w taką piękną, atłasową piżamę. Przynieśli taki długi drąg, jakby część płotu, założyli dźwignię i w ten sposób poruszyli śruby. Dzięki nim można było wymienić to koło.
Więc te obawy, że sobie nie poradzimy, były nieuzasadnione. Zawsze pojawiało się jakieś rozwiązanie. Łukasz często powtarza, że mechanicy są wszędzie (śmiech). Trzeba mieć tylko assistance, dobre ubezpieczenie.

Monika Karbarczyk: Spotkaliście na drodze wielu pomocnych ludzi…

Kasia Gawlas: Po tych 5 latach podróży wiemy, że dobrych ludzi jest więcej, tylko trzeba się na nich otworzyć. Oni boją się tak samo jak my, ale kiedy wykona się jakiś przyjazny gest, przywita się z nimi, pomacha ręką, to okazuje się, że ci ludzie są nas tak samo ciekawi, jak my ich. W ten sposób nawiązują się pierwsze znajomości. Nam jest też trochę łatwiej, ponieważ my mamy tego vana, kampera, który często wzbudza ogromne zainteresowanie. Gdy ludzie słyszą, że w nim mieszkamy, to chcą zajrzeć, popatrzeć na różne rozwiązania. My wszyscy tak naprawdę, wbrew różnicom kulturowym, jesteśmy do siebie podobni. Wszyscy chcą kochać i być kochani. Chcą, by im i ich rodzinom było dobrze i by było bezpieczne. To nas łączy. Oczywiście czasem zdarzają się źli ludzie, ale tych dobrych jest naprawdę więcej.

Droga Trolli Podróżovanie
fot. Shutterstock/ na zdjęciu: Droga Trolli w Norwegii

Monika Karbarczyk: To prawda. Wracając do głównego tematu naszej rozmowy, czy mieliście jakieś obawy dotyczące życia we dwoje na tak małej przestrzeni?

Łukasz Gawlas: Nie było żadnych obaw. My wprost nie mogliśmy się doczekać tego, aż zamieszkamy razem w tym vanie i będziemy podróżować. W Anglii każde z nas pracowało na etacie, więc widywaliśmy się tylko wieczorami, w weekendy (choć Kasia czasem też pracowała). Tego czasu wspólnie spędzanego było naprawdę niewiele. To był jeden z powodów, dla których zdecydowaliśmy się na van life. Bardzo się kochamy, więc cieszyliśmy się, że będziemy mogli być ze sobą przez całą dobę.

Awaria samochodu? Łukasz często powtarza, że mechanicy są wszędzie. Trzeba mieć tylko assistance, dobre ubezpieczenie. - Kasia Gawlas

Monika Karbarczyk: Tak sobie myślę: mała przestrzeń, czasem człowiek potrzebuje prywatności, choćby w łazience. A w vanie, jak Kasia wspominała, wszystko słychać z zewnątrz i na zewnątrz. Czy Wasze granice intymności przesunęły się w czasie tej podróży?

Kasia Gawlas: Tak, nie się tego ukryć. Van to malutka przestrzeń, która pełni funkcje sypialni, łazienki, kuchni, salonu, więc siłą rzeczy te granice się przesunęły. Początkowo, gdy ktoś potrzebował skorzystać z łazienki, to ta druga osoba wychodziła z vana, ale z czasem robiliśmy to coraz rzadziej, bo deszcz pada, bo zimno i ciemno jest…
Śmieję się, że van life nie jest dla par o krótkim stażu, ani dla osób, które tej prywatności bardzo potrzebują. Tu nie ma grubych murów, tu nie ma zamykanych pokoi.

Monika Karbarczyk: Nie zawsze bywa idealnie. Zdarzają się chwile, że jesteśmy źli na siebie, na swojego partnera. Musimy to jakoś zamanifestować. Jak Wy sobie z tym radziliście?

Łukasz Gawlas: Gdy pojawia się taka burzliwa sytuacja, jakiś konflikt, to jedno z nas ucieka. Po prostu wychodzi na zewnątrz i idzie gdzieś na spacer. Najlepiej w takiej sytuacji zniknąć z pola widzenia i przerwać tę kłótnię. Przewietrzyć się, pospacerować. Gdy emocje opadną, można porozmawiać, dowiedzieć się, co wywołało tę awanturę. My najczęściej kłócimy się, gdy jesteśmy głodni. W takiej sytuacji stajemy się podatni na kłótnie, a powód może być naprawdę błahy, np. źle odłożona łyżka albo za słodka lub za gorzka herbata. Od lat uczestniczymy w terapii, pracujemy nad sobą. Nasi psychoterapeuci podpowiedzieli nam, jak sobie radzić w takich sytuacjach i stosujemy się do tych porad.

Redakcja poleca

Monika Karbarczyk: Dziękuję, że podzielicie się tym, że korzystacie z pomocy psychoterapeutów. Teraz po pandemii wiele par ma problemy, ale nie wszyscy mają odwagę, by poprosić o pomoc. Nawet szczęśliwe pary, z wieloletnim stażem czasem potrzebują pomocy, spojrzenia na pewne sprawy z dystansu.

Łukasz Gawlas: Trafiłem na terapię nie dlatego, że mieliśmy problemy w związku, ale dlatego, że nie radziłem sobie z hejtem, który na nas spadł, gdy zaczęliśmy podróżować. Zacząłem wierzyć w komentarze, które pojawiały się pod naszymi filmami. Byłem przybity, załamany, miałem stany depresyjne, wtedy Kasia powiedziała mi, że powinienem skorzystać z pomocy psychologa. Tak zrobiłem. Po kilku wizytach uznałem, że tak dobrze mi się rozmawia z panią psycholog, że zostałem na terapii dłużej. Od dwóch lat się z nią spotykam i poruszamy przeróżne tematy, i związku, i przyszłości, i przeszłości. Jeśli ktoś czuje, że z czymś mu jest ciężko, źle, to powinien skorzystać z pomocy psychologa lub psychiatry. Nie warto czekać. To żaden powód do wstydu. Większość moich znajomych chodzi na terapię.

Monika Karbarczyk: Poruszyłeś bardzo ważną sprawę – internetowy hejt. Nie będę ukrywać, że jako dziennikarka też czasem spotykałam się z hejtem. Wy pokazujecie część swojego życia, dzielicie się emocjami, które pojawiają się w czasie podróży… Ludzie myślą, że skoro zapraszacie ich do tego swojego życia, to dajecie też im prawo do jego krytykowania. Czasem bywa to bardzo bolesne. Kasiu, a jak ty sobie z tym poradziłaś?

Kasia Gawlas: Zawsze chcieliśmy być autentycznymi w sieci. Chcieliśmy być taką odtrutką na ten wyidealizowany instagramowy świat. Ludzie widzą, kiedy ja mam zły humor, bo nie ukrywam tego. Nie jesteśmy idealnymi ludźmi. Każdy z nas ma emocje. Chciałam, aby ludzie wiedzieli, że każdy zwykły człowiek może podróżować i tworzyć treści na YouTubie.
Ale ten hejt, nieprzychylne komentarze, też mnie poruszały, zwłaszcza że jestem bardzo wrażliwa i te negatywne wiadomości na długo we mnie pozostawały. Staram się też od tego izolować, rozmawiam o tym z psychoterapeutką, dużo czytam na ten temat, staram się zrozumieć, co za tego typu zachowaniem się kryje. Bo w tym wszystkim nie chodzi o mnie, czy o Łukasza. Te negatywne komentarze to tak naprawdę jakieś niezaspokojone potrzeby czy nieprzepracowane emocje ludzi, którzy je piszą. Czasami jest to jakaś utajona zazdrość albo zawiść. Ktoś nam kiedyś napisał, że na początku nas nie lubił, że mu się nie podobało to, co robimy. A potem zaczął się zastanawiać "dlaczego" i okazało się, że on po prostu miał takie samo marzenie jak my, ale coś tam nie wyszło. Praca, której musiał się trzymać, kwestie rodzinne. Uświadomiłam sobie, że z większością tych ludzi nie zamieniłabym się na życia, więc staram się nie przejmować ich komentarzem
Poza tym nauczyłam się, że ludzie zawsze będą gadać, bo to jest ludzkie. Gadanie, plotkowanie – to część tak zwanej rozrywki (igrzysk i chleba), tworząc na YouTubie musimy być na takie rzeczy przygotowani. Oczywiście jestem gotowa na krytykę, ale tę konstruktywną. Inne mnie nie interesują.

Monika Karbarczyk: A jak można zdefiniować Waszą relację: czy jesteście takimi papużkami nierozłączkami, czyli wszystko robicie razem, czy parą, która stawia na indywidualność?

Łukasz Gawlas: Jesteśmy jak papużki nierozłączki. Uwielbiam z Kasią spędzać każdą chwilę, od przebudzenia aż do zaśnięcia. Nawet jak zasypiam, to jestem przytulony do niej. Przez ostatnie lata, mieszkając w vanie, jedliśmy to samo, piliśmy to samo, ubieraliśmy się nawet podobnie (pod względem kolorystycznym). Absolutnie wszystko robiliśmy razem. I chyba ponad rok temu zauważyłem, że mam dosyć jedzenia owsianki. Nie lubię jej, a Kasia mogłaby rano jeść tylko owsiankę. Zauważyliśmy, że czasem jemy to, czego nie lubimy, by nie sprawić sobie przykrości. Porozmawiałam z panią psycholog, która powiedziała, że to jest normalne i że nie ma w tym nic złego, że chcę popróbować czegoś innego. Zaczęliśmy z Kasią spędzać czas osobno. Kiedyś pojechaliśmy do Portugalii na tygodniowy kurs surfingu. To było marzenie Kasi, nie moje, ale też się zapisałem. Pływaliśmy, kupiliśmy sobie deskę, pianki, ale ja już nigdy więcej nie poszedłem surfować. Kasia tak, wciągnęło ją to. Teraz gdy jesteśmy w Portugalii, Kasia idzie na deskę, a ja zostaję w vanie i albo pracuję, albo oglądam film, albo idę na spacer…

Śmieję się, że van life nie jest dla par o krótkim stażu, ani dla osób, które tej prywatności bardzo potrzebują. Tu nie ma grubych murów, tu nie ma zamykanych pokoi. - Kasia Gawlas

Kasia Gawlas: Nie wiem, czy to kwestia naszego wieku, dojrzałości, ale mam wrażenie, że my się bardzo sobą nacieszyliśmy i od jakiegoś momentu zaczęliśmy się indywidualizować. Mamy taką bezpieczną bazę, którą jest nasz związek, ale teraz każdy zaczyna powoli iść w swoją stronę, odkrywać swoje pasje i pielęgnować je. Realizując swoje zainteresowania, robiąc różne rzeczy w samotności, dbamy sami o siebie. Okazujemy sobie miłość. A kiedy człowiek jest sam w sobie zadbany, ukochany, to potem przenosi to na drugą osobę. Nie oczekuje, że ona mu coś zapewni, rozwiąże jakieś problemy, czy wypełni pustkę. Tylko będzie partnerem do rozmowy, do spędzania czasu. Dzięki temu będzie też mniej kłótni i zgrzytów w związku.
Monika Karbarczyk: Robicie też tzw. van toury, czyli w wielkim skrócie: spotykacie się z innymi vanlifersami, którzy pokazują Wam swoje vany i opowiadają, jak zaczęła się ich przygoda z podróżowaniem. Czy ta kwestia intymności w związku czasem się pojawia?

Kasia Gawlas: Generalnie ten temat raczej rzadko jest poruszany. Mieliśmy parę rozmów z rodzicami, którzy jeżdżą kamperem z dziećmi i siłą rzeczy zastanawialiśmy się, jak ci rodzice znajdują czas tylko dla siebie. Okazało się, że jedni mają świetne drzwi, inni czasem podrzucają dzieciaki do sąsiadów, a jeszcze inni wstają o piątej rano po to, by wyjść na spacer i móc chwilę pobyć razem.

Monika Karbarczyk: A kto dba o higienę Waszego związku?

Łukasz Gawlas: To chyba Kasia. Kiedyś czytała książkę "Droga artysty. Jak wyzwolić w sobie twórcę" Julie Cameron i jedno z zaleceń brzmiało, by chodzić na samotne randki. Kasia zaczęła na nie chodzić, m.in. do kina, na spacer, do restauracji, czy do kawiarni. Beze mnie, ale i bez innego faceta (śmiech). To był czas dla niej, ale i ja wtedy miałem czas dla siebie.

Kasia Gawlas: Problem w tym, że w podróży ciężko zachować rutynę. Czasem zaniedbywaliśmy to i nasze emocje nam o tym przypominały. Gdy byłam smutna lub zaczynaliśmy się kłócić o jakieś pierdoły (a nie byliśmy głodni!), to był sygnał, że trzeba wrócić do tych samotnych randek.

Redakcja poleca

Monika Karbarczyk: Ale Wy chyba też macie inne rytmy okołodobowe? Kasia jest skowronkiem, a ty Łukasz sową. To chyba też pomaga w tej higienie związku?

Kasia Gawlas: Tak, myślę, że bardzo pomaga. Uwielbiam poranki, bo to jest czas tylko dla mnie. Lubię poranne rytuały (ćwiczenia, medytacja, pisanie pamiętnika), które dobrze mnie nastrajają na cały dzień, z inną energią w niego wchodzę. Ale niestety nie zawsze udaje mi się to robić. Gdy jest ciepły dzień, mogę wyjść na zewnątrz, ale w zimie raczej nie jest to możliwe. Wtedy zarzucam tę praktykę i leżę obok Łukasza, by go nie budzić, bo on z kolei lubi pospać do oporu. A jak jest niewyspany, to przez cały dzień chodzi zdenerwowany (śmiech). On z kolei uwielbia pracować w nocy, gdy jest ciemno. Dlatego niezbędnym zestawem kamperowicza są opaska na oczy i zatyczki do uszu. Gdy Łukasz pracuje, ja idę spać.
Brak rutyny – jeśli mam być szczera – to moja największa zmora, bo ja jestem człowiekiem, który potrzebuje rytuałów. Niestety w podróży o to trudno, bo my dość często się przemieszczamy. Jesteśmy cały czas w drodze, a to czasem wprowadza, taki podróżniczy chaos.

Monika Karbarczyk: Wyjechaliście poza Unię Europejską. Turcja, Maroko. Wiem, że jechaliście z pełni obaw. Czy rzeczywiście było się czego bać?

Łukasz Gawlas: Rzeczywiście patrzyliśmy na te kraje stereotypowo, bo wiedzę o nich czerpaliśmy z telewizji. Pokazują w niej okropny obraz muzułmanów. Stąd nasze obawy, ale nie sprawdziły się one. W Turcji, Maroku, spotkaliśmy przemiłych, gościnnych, troskliwych ludzi. Tyle dobra, ile otrzymaliśmy od Turków, to szok.

Kasia Gawlas: My żyjemy w pewnej bańce informacyjnej. Gdy mówi się o muzułmanach, to tylko w kategoriach dżihadystów, a to nie jest tak. Ortodoksyjnych muzułmanów, tak jak ortodoksyjnych katolików, jest naprawdę niewielu. Większość to są normalni, zwykli ludzie, którzy chcą wieść zwykłe, spokojne życie. Część jest pobożna, część już nie, zwłaszcza młodzi ludzie. Ich życie jest bardzo podobne do tego, jakie my prowadzimy w Polsce.
Przekonałam się właśnie w Maroko, że te stereotypy są w nas bardzo żywe i podtrzymywane przez media.

PodróżoVanie na tle Atlasu
fot. Shutterstock/ na zdjęciu: PodróżoVanie na tle Atlasu

Monika Karbarczyk: Muszę nawiązać do Waszego ostatniego filmu na YouTubie. Był on podsumowaniem Waszej 5-letniej podróży. Powiedzieliście w nim, że zakończył się jej pewien etap. Czas na Wasze kolejne marzenie, czyli posiadanie kawałka ziemi i czterech murów, w których od czasu do czasu moglibyście się schować. Na jakim etapie realizacji jesteście?

Łukasz Gawlas: Na początku chcieliśmy wyjechać z Anglii i zobaczyć wszystkie kraje Unii Europejskiej, by sprawdzić, gdzie najlepiej będzie nam mieszkać. W każdym kraju chcieliśmy spędzić przynajmniej kilka tygodni. No i udało się. Początkowo podróż miała trwać rok, ale trochę się to przeciągnęło, m.in. z powodu pandemii, a także finansów (znalazły się pieniądze na kolejne lata podróży). Okazało się, że najlepiej nam jest w Portugalii i tam chcemy kupić ziemię i postawić malutki domek. To będzie nasza baza wypadowa, dom, do którego będziemy wracać z podróży. Jeszcze nic konkretnego nie mamy, ale mamy takie głębokie przekonanie, że teraz jest na to właściwy moment.

Kasia Gawlas: Początkowo myśleliśmy o południu Portugalii, ale widzimy, że ze względu na pogodę i wciąż zmieniający się klimat, lepiej osiąść gdzieś w centralnej części tego kraju. Ale robimy już przygotowania. Ja intensywnie uczę się portugalskiego, pozbywamy się też niepotrzebnych rzeczy.

Łukasz Gawlas: Przez tych kilka lat sporo tych rzeczy się nazbierało. Już nie mamy, gdzie tego trzymać. Zrobiliśmy dużą wyprzedaż i w dwa dni wszystko się rozeszło. To fajne uczucie pozbyć się niepotrzebnych rzeczy.

Monika Karbarczyk: Czytałam ostatnio książkę Dominique Loreau "Sztuka prostoty", wielbicielki minimalizmu i prostoty w życiu. Ona namawia innych, by pozbywali się rzeczy, które są im niepotrzebne, i zostawiali tylko te, które są niezbędne i można je bez problemu zapakować do walizki.

Łukasz Gawlas: Totalnie się z tym zgadzam. Minimalizm to coś wspaniałego. Powtarzam to ciągle mojej rodzinie, i bratu, i siostrze. Trzeba się pozbyć niepotrzebnych rzeczy, by poczuć tę niesamowitą wolność. Zero troski o rzeczy, zero problemów. Im mniej rzeczy człowiek ma, tym mniej się martwi.

Monika Karbarczyk: No dobrze, to na koniec muszę zapytać: skąd macie na to pieniądze?

Łukasz Gawlas: To jedno z najczęstszych pytań, jakie pojawiają się pod naszymi filmami. "Skąd macie na to kasę?" (śmiech). Nagraliśmy nawet film na ten temat (zachęcam do jego obejrzenia). Na początku, przez pierwszy rok, korzystaliśmy z naszych oszczędności. W międzyczasie powstał kanał "PodróżoVanie" na YouTubie, który zaczął zarabiać. To nie były jakieś duże pieniądze, kilkaset złotych co miesiąc, ale zawsze coś. Później odezwały się różne firmy z propozycją współpracy. Mamy też swój sklep internetowy, a w nim swoje produkty. Kasia napisała dwie książki, również można je kupić w naszym sklepie. Wraz z Olą i Karolem Lewandowskimi, twórcami kanału "Busem przez świat", stworzyliśmy wyjątkowy poradnik na temat podróży samochodowych i van life'u. Pieniądze, które zarobiliśmy, wystarczyły nam na życie, a nawet mogliśmy coś odłożyć, by kupić kawałek ziemi. My naprawdę sporo robimy, ale tego nie widać na YouTubie, bo pokazujemy tylko niewielki fragment naszego życia.

Kasia Gawlas: Poza tym, my naprawdę żyjemy oszczędnie. Gdy czasem porównujemy wydatki ze znajomymi, to jesteśmy zaskoczeni. Nie kupuję drogich torebek, jak moje koleżanki, wolę kolekcjonować wspomnienia z podróży. Nie płacimy czynszu, nie mamy opłat za prąd, węgiel. Płacimy tylko za benzyną, gaz czy wodę.

Monika Karbarczyk: Bardzo dziękuję Wam za tę rozmowę.

Redakcja poleca

Źródło: CHILLIZET