Na antenie:

Natura na sterydach sprawia, że rajskie miejsca nie są już rajskie. Kalifornia w ogniu

6 min. czytania
Aktualizacja 30.01.2024
05.01.2024 10:51
Zareaguj Reakcja

Zmiany klimatu są faktem, choć nadal są osoby, które to negują. Julia Lachowicz-Nowińska, która mieszka w Kalifornii od kilku lat, jest świadkiem tych zmian. Miejsce, które jeszcze kilkadziesiąt lat temu uważane było za raj, teraz zmaga się z konsekwencjami pogody na sterydach. Czy Kalifornia nadal jest dobrym miejsce do zamieszkania?

Los Angeles w Kalifornii (USA)
fot. Shutterstock

Jeremi Pedowicz: Moim gościem jest dzisiaj Julia Lachowicz-Nowińska, dziennikarka, tłumaczka, przez lata związana z magazynem „National Geographic”. A przyczynkiem naszego spotkania jest jej niezwykle ciekawy artykuł "Dwa stopnie do piekła", który ukazał się na łamach sierpniowego magazynu "Pismo". Rozmowa będzie dotyczyć przede wszystkim tego, co się dzieje w Kalifornii i, co trzeba podkreślić, artykuł w dużej mierze opiera się na Twoich doświadczeniach związanych z mieszkaniem w Kalifornii, ale też na wypowiedziach ludzi, którzy żyją tam od lat 60. XX w. i którzy obserwują to, co się z Kalifornią dzieje. Zanim przejdziemy do tych twoich doświadczeń, powiedz mi, proszę, co mówią ludzie, którzy zamieszkali w tym rejonie, gdy był on jeszcze uważany za jeden z najlepszych do życia?

Julia Lachowicz-Nowińska: Od pięciu lat mieszkam w Kalifornii i rozmawiam z sąsiadami, z naukowcami, z wieloma osobami, które się do Kalifornii przeprowadziły w latach 60., 70., czy 80. XX w. Ich opowieści mają wspólny mianownik. Wszyscy mówią, że gdy przyjechali do Kalifornii, to mieli poczucie, jakby trafili do prawdziwego raju. Nie wyobrażali sobie, aby gdziekolwiek indziej mogli żyć. Mowa zwłaszcza o północnej Kalifornii, gdzie nie było, ani za gorąco, ani za zimno, czyli panował taki śródziemnomorski klimat. Gdzie jest niezwykła natura, piękny ocean, wspaniałe góry. Po prostu raj – to określenie najczęściej powtarzało się w tych rozmowach. Jednak wydarzenia ostatniej dekady zaczęły weryfikować tę wizję raju. Okazuje się, że natura na sterydach jest w Kalifornii widoczna bardziej niż gdziekolwiek indziej. Co parę miesięcy pojawia się jakieś zjawisko pogodowe, jakiś kolejny kataklizm, który sprawia, że mieszkanie w tym raju zamienia się w mieszkanie w piekle.

Jeremi Pedowicz: No właśnie, mówisz o mieszkaniu w raju, a w swoim artykule opisujesz zalecenia, jak na przykład ucinać drzewa, aby domy nie spłonęły, lub co sądzić, aby przy ekstremalnej suszy te rośliny się ostały. Szczerze? To brzmi jak scenariusz filmu, którego akcja toczy się w Kalifornii po jakiejś apokalipsie.

Julia Lachowicz-Nowińska: Coś w tym jest. To, co nas bardzo zdziwiło, to szkolenia, na których odkąd mieszkam w Kalifornii, byłam już wiele razy. W Polsce czegoś takiego nigdy nie było. Te szkolenia to instrukcje, jak się zachować w przypadku pożaru, podczas trzęsienia ziemi, czy powodzi. Można powiedzieć, że ciągle się uczę. I przyznaję, że było to dla mnie zaskakujące.

Natura na sterydach jest w Kalifornii widoczna bardziej niż gdziekolwiek indziej. Co parę miesięcy pojawia się jakieś zjawisko pogodowe, jakiś kolejny kataklizm, który sprawia, że mieszkanie w tym raju zamienia się w mieszkanie w piekle. - Julia Lachowicz-Nowińska

Jeremi Pedowicz: Czy te szkolenia są obowiązkowe dla osób, które mieszkają na terenach zagrożonych pożarami, powodziami? Czy tylko dla chętnych?

Julia Lachowicz-Nowińska: To najczęściej organizują hrabstwa albo miasta, bo w ich interesie jest, aby ludzie wiedzieli, jak się zachować w przypadku ewakuacji, czy różnego rodzaju kataklizmów. Szkolenia są zazwyczaj darmowe i jest ogromna społeczna presja, żeby każdy w nich uczestniczył. Bo jeżeli coś takiego się dzieje i wszyscy w miarę sprawnie działają, to jest większa szansa, że będą mniejsze zniszczenia, no i mniejsze straty w ludziach. W swoim artykule opisywałam historię z miasteczka Paradise, czyli – nomen omen – Raj, gdzie ta ewakuacja nie poszła sprawnie. Była tam jedna droga, która prowadziła z tego miasteczka i gdy kolejne samochody się zatrzymywały, to po prostu blokowały tę drogę i odcinały możliwość ucieczki. Dlatego jest, jak już wspomniałam, tak duża presja, by każdy brał udział w takich wykładach, szkoleniach.

Redakcja poleca

Jeremi Pedowicz: A kto liczniej przychodzi na te spotkania? Czy osoby starsze, które najlepiej widzą te zmiany na przełomie lat? A może osoby młode z Fridays for Future? Jak to wygląda demograficznie?

Julia Lachowicz-Nowińska: To jest ciekawe pytanie. Wydaje mi się, że na tych spotkaniach najwięcej jest rodziców. Bo mieszkając w Kalifornii ciężko nie zastanawiać się nad tym, jak ta przyszłość naszych dzieci może wyglądać, zwłaszcza pod kątem klimatycznym. Ale rodzice chcą też wiedzieć, jak działać pod kątem logistycznym, czyli co zrobić, gdy dzieci będą w szkole, jak po nie pojechać, gdy coś się wydarzy, jak się zachowywać, co mówić dzieciom, by je uspokoić itd. Sporo jest też młodych osób, ale one mają tego typu szkolenia również w szkołach. Wiedzą, jak się zachować w trakcie pożaru, trzęsienia ziemi. Na tych spotkaniach jest trochę osób starszych, choć są one w mniejszości. Oni, tak jak pisałam w swoim reportażu, czasem żałują, że nie uczestniczyli w tych spotkaniach wcześniej, w takim zakresie, w jakim mogli.

Pożar w Kalifornii
fot. Shutterstock/ na zdjęciu: Pożar w Kalifornii

Jeremi Pedowicz: Częścią Twojego artykułu jest dziennik, który prowadzisz od 2018 roku. Pojawia się w nim bardzo dużo informacji dotyczących smogu, wichur, powodzi itd. To tragedia klimatyczna. Pomyślałam sobie, że te dzieci mieszkające w Kalifornii w ogóle nie chodzą do szkoły, tylko ciągle siedzą w domach, jak w klatkach. Czy rzeczywiście to tak wygląda z Twojej perspektywy?

Julia Lachowicz-Nowińska: Ta kwestia była jednym z impulsów, by napisać ten tekst. Bo rzeczywiście, będąc rodzicem, trudno jest nie zauważyć, że coś jest nie tak. Dzieci często nie idą do szkoły, bo szkoła przesyła jakieś ostrzeżenia. Oczywiście to nie jest tak, że oni ciągle siedzą w domach, ale zdarza się, że na przykład szkoła uznaje, że jest wichura i przyjazd dzieci do szkoły byłby niebezpieczny. Poza tym, jak jest mocny wiatr, to bardzo często nie ma prądu. Dzieci muszą być też w domach, gdy jest złe powietrze z powodu pożarów.
W tym roku dzieci mieszkające w okolicach jeziora Tahoe nie chodziły do szkoły przez około dwa tygodnie, ponieważ napadało tyle śniegu, że nie dało się do tej szkoły dojechać. To się dzieje i myślę, że dlatego ich rodziców tak bardzo interesuje temat zmian klimatycznych.
To, co mnie zainspirowało do napisania tego tekstu, to również zmieniająca się postawa rodziców. Pamiętam, że gdy w 2018 r. po raz pierwszy zostały odwołane zajęcia szkolne z powodu smogu, to rodzice byli bardzo oburzeni. Mówili: "To się po raz pierwszy wydarzyło", "Takie rzeczy wcześniej się nie działy", "Nigdy nie odwoływano szkoły z takich powodów". Ale ich postawa się zmieniła, bo od 2018 r. zajęcia szkolne odwoływano wiele razy. Wtedy widać było oburzenie, teraz w 2023 r. zrezygnowanie, zniechęcenie. To już nie jest coś wyjątkowego, tylko nasza nowa rzeczywistość.

Jeremi Pedowicz: A jak jest z tą demografią Kalifornii? Bo piszesz, że wiele osób, które przyjeżdżają do Kalifornii, wyjeżdżają z niej do innych stanów, m.in. Teksasu, Oregonu, Nevady. Jak to naprawdę wygląda?

Julia Lachowicz-Nowińska: Rzeczywiście od kilku lat obserwuje się to zjawisko, że więcej osób się wyprowadza z Kalifornii, niż się do niej sprowadza. W 2020 roku wyprowadziło się z Kalifornii 275 000 osób, a w 2021 r. 360 000 osób. O tym trendzie raczej się nie mówi, no bo Kalifornia nadal uważana jest za raj, ale ma on miejsce. Oczywiście przyczyn tego zjawiska jest wiele. To nie tylko klimat, ale również ceny, praca zdalna (wiele osób wraca do swoich rodzinnych stron i stamtąd świadczy pracę). Ale klimat jest ważnym aspektem, ponieważ wpływa na jakość życia. Okazuje się, że 25 proc. osób mieszkających w Kalifornii żyje na terenach z bardzo wysokim zagrożeniem pożarowym. Więc tych miejsc, gdzie można spokojniej żyć, jest coraz mniej i oczywiście ceny nieruchomości w tych rejonach idą w górę.
W tym roku wiele firm ubezpieczeniowych zrezygnowało z ubezpieczania domów w Kalifornii, ponieważ te różne kataklizmy sprawiły, że przestało się to opłacać. Stąd wiele osób, z którymi rozmawiałam, mówiło, że co innego mieszkać tu rok, dwa, trzy, a co innego planować tu spędzenie swojego życia. Wiele osób ma takie przekonanie, że skoro pogoda tu jest na takich sterydach i właściwie o 2-3 miesiące dzieją się takie rzeczy, to kupowanie tu domu za kilka milionów dolarów i planowanie tu życia wydaje się szaleństwem. To dlatego wielu naszych znajomych przeniosło się do Oregonu, Kolorado, czy Teksasu.

Klimat jest ważnym aspektem, ponieważ wpływa na jakość życia. Okazuje się, że 25 proc. osób mieszkających w Kalifornii żyje na terenach z bardzo wysokim zagrożeniem pożarowym.  - Julia Lachowicz-Nowińska

Jeremi Pedowicz: Mówi się, że Katowice są takim polskim San Francisco...

Julia Lachowicz-Nowińska: Jest w tym jakaś paralela, w kontekście świadomości zmian klimatycznych. Jeden z moich rozmówców, który również pomieszkuje w Katowicach, zauważył, że ludzie w obu miastach dostrzegają zmiany klimatyczne, choćby w kontekście smogu. Jeszcze kilka lat temu w Katowicach w ogóle o tym nie mówiono, w San Francisco podobnie. A obecnie jest to temat z pierwszych stron gazet, właściwie codziennie. To jest ciekawe, że w Kalifornii lokalne wiadomości dnia zwykle dotyczą klimatu, pogody, kolejnych kataklizmów.

Jeremi Pedowicz: Dziękuję za tę rozmowę i zachęcam do przeczytania w całości Twojego artykułu na łamach sierpniowego "Pisma".

Redakcja poleca

Źródło: CHILLIZET