Na antenie:

„Nie ma sanepidu, ZUS-u. Jest dużo więcej wolności”. Polak opowiada o życiu na Grenlandii

9 min. czytania
06.02.2024 13:38
Zareaguj Reakcja

„Największą atrakcją Grenlandii jest po prostu dzikość, pustka. W Sisimiut, gdy tylko wyjdziesz na rogatki miasta, to masz prawie 200 km pustej przestrzeni. Są takie miejsca, bardzo blisko miasta, gdzie mogę ci zagwarantować, że przez tydzień nikogo nie spotkamy. Takie pustkowie, cisza, sa dla wielu osób bardzo atrakcyjne” – mówi Adam Jarniewski, który od 18 lat mieszka na Grenlandii.

Adam Jarniewski o życiu na Grenlandii
fot. Materiały prywatne/Adam Jarniewski

Adam Jarniewski przeprowadził się na stałe do Grenlandii w 2006 roku. Mieszka w miasteczku Sisimiut na zachodnim wybrzeżu wyspy, gdzie założył polsko-grenlandzką rodzinę. Obecnie pracuje jako nauczyciel języka niemieckiego i angielskiego w szkole średniej oraz jako przewodnik. Jednocześnie prowadzi bloga Poznaj Grenlandię i jest autorem książek podróżniczych o wyspie. Urywki z codziennego życia w Sisimiut można zobaczyć na prowadzonym przez Adama blogu oraz profilu Poznaj Grenlandię (Facebook, Instagram).

Nina Czochara-Rychlak: „Nie mieszkam w igloo” – książkę właśnie o takim tytule wydałeś kilka lat temu, chcąc niejako odpowiedzieć na pytanie, które regularnie słyszałeś, gdy tylko pojawiałeś się w Polsce. Czy od tego czasu udało Ci się przekonać bliskich, znajomych, że naprawdę nie mieszkasz w igloo?

Adam Jarniewski: Z tym igloo to już trochę stary stereotyp. Dzisiaj żyjemy w erze internetu, więc po Grenlandii możemy sobie pochodzić za pomocą Google Street View i zobaczyć, jak to naprawdę wygląda. Ale kiedyś tego typu pytania zdarzały się często. Ja staram się pokazywać Grenlandię z takiej codziennej, normalnej strony. Jak opowiadam o wyspie, to zawsze podkreślam, że życie tutaj niewiele różni się od tego w Polsce. Często różni się tylko widokiem za oknem. Może za często koncentrujemy się na różnicach, a za mało uwagi poświęcamy podobieństwom.

Jak wyjeżdżałem na Grenlandię kilkanaście lat temu, to internet, szczególnie ten grenlandzki, był bardzo ubogi i naprawdę trudno było znaleźć jakieś informacje na temat tego miejsca. Dzisiaj tych informacji jest mnóstwo. Ruszyła też turystyka. Niestety często spotykam się z tym, że ktoś przyjeżdża na Grenlandię na parę tygodni, miesiąc i z tego powstaje artykuł czy książka. To sprawia, że pojawia się mnóstwo półprawd, takich szybkich konkluzji dotyczących polityki, życia, zwyczajów na wyspie. I bardzo często te informacje są nieprawdziwe.

Redakcja poleca

W twoim przypadku weryfikowanie tych wszystkich stereotypów, wyobrażeń jest na pewno łatwiejsze z racji tego, że mieszkasz na Grenlandii kilkanaście lat. Jak to się stało, że w ogóle trafiłeś do tego miejsca?

Moja historia grenlandzka zaczęła się tak naprawdę w 2002 roku. Byłem wtedy studentem germanistyki w Poznaniu i pomyślałem, że fajnie byłoby mieć coś do czynienia ze skandynawistyką. Wtedy było możliwe złożenie podania na język duński - tak właśnie zrobiłem i zacząłem dodatkowy kierunek na studiach. W 2004 roku Polska weszła do Unii Europejskiej, świat się otworzył, więc ja postanowiłem wyjechać na stypendium do Danii, do uniwersytetu ludowego. Tam uczyliśmy się przeróżnych przedmiotów - od garncarstwa, przez psychologię, aż po interpretację snów. W tym czasie poznałem swoją obecną żonę Birthe, która pochodzi z Sisimiut.

Grenlandia
fot. Materiały prywatne/Adam Jarniewski ze swoją żoną i córkami

W Danii mieliśmy okazję lepiej się poznać. Ale szkoła się skończyła, nadszedł czas rozjazdów i Birthe została, a ja wyjechałem do Anglii. Nasza znajomość się jednak nie zakończyła, staraliśmy się regularnie spotykać, ciągnęliśmy nasz związek na dystans. Wtedy moja obecna żona powiedziała, że wraca na Grenlandię, bo tęskni za rodziną, za górami, za przestrzenią. Wtedy nie brałem pod uwagę tego, że kiedyś mogę przeprowadzić się na tę mroźną wyspę. Wszystko zmieniło się w 2006 roku. Obudziłem się rano i zobaczyłem w telefonie kilkanaście nieodebranych połączeń z grenlandzkiego numeru. Wtedy właśnie dowiedziałem się, że Birthe była w ciąży i musiałem szybko zadecydować, co zrobić. Spakowałem plecak, wyjechałem do Sisimut i od tej pory tam zostałem.

Czym zajmujesz się na miejscu?

Pracuję w szkole średniej jako nauczyciel języka angielskiego i niemieckiego. Jestem też przewodnikiem i organizuję wycieczki dla małych grup. Na Grenlandii bardzo szybko można zacząć zajmować się rzeczami, o których nigdy wcześniej nie myśleliśmy.

Właśnie miałam o to pytać. Jak to było z twoimi początkami na wyspie? Nie było trudno odnaleźć ci się w tym całkowicie odmiennym klimacie, w odmiennej kulturze?

Mi było łatwo. Ale ja miałem na miejscu żonę, rodowitą sisimiutczankę. Ona pomagała mi przejść przez te początki. Ale mieszkając na Grenlandii, do wielu rzeczy musisz się przyzwyczaić. To na pewno nie jest kraj dla każdego, bo jesteś bardzo odizolowany z uwagi na położenie wyspy, do tego miasteczka są malutkie.

Sisimiut to drugie co do wielkości miasto na Grenlandii, a liczy jedynie 5 tysięcy mieszkańców. Nie ma tam sieci dróg między miastami. Statek, który dostarcza nam towary, przypływa mniej więcej raz w tygodniu. Zimą są często takie tygodnie, że po prostu nie ma żadnych dostaw. I do takich rzeczy trzeba się przyzwyczaić. Ale w zamian za to Grenlandia daje coś więcej - ogromne przestrzenie i wolność, której w Europie już chyba nie zaznasz.

Grenlandia
fot. Materiały prywatne/Adam Jarniewski

Wspomniałam wcześniej o mroźnym klimacie i tu chciałam zapytać, czy nie było dla ciebie wyzwaniem przyzwyczajenie się do tego znacznie chłodniejszego niż w Polsce klimatu?

Nie. Przyznam szczerze, że dzisiaj na Grenlandii mniej marznę, niż marzłem będąc studentem w Poznaniu. Przede wszystkim dlatego, że pierwsze co robisz, planując podróż na Grenlandię, to inwestujesz w dobre, ciepłe ubranie.

Poza tym nauczyłem się tego, że przed zimnem dużo łatwiej się schronić niż przed gorącem. Chłodny klimat nigdy nie był dla mnie wyzwaniem, dzisiaj dużo lepiej znoszę mróz niż upały.

A jakiej najniższej temperatury doświadczyłeś na miejscu?

Myślę, że około minus czterdziestu stopni. Dlatego te ciepłe ubrania są na pewno bardzo przydatne. Ale trzeba też podkreślić, że na Grenlandii inaczej, mniej dotkliwie odczuwa się te minusowe temperatury, bo jest suche powietrze. W Polsce jak jest minus dwadzieścia stopni, to zimno po prostu przechodzi przez całe ciało, bo jest duża wilgotność powietrza. Na Grenadilli mam wrażenie, że łagodnej się odczuwa mróz.

Czym wyróżniają się Grenlandczycy? Być może błędnie, ale z uwagi właśnie na ten chłodny klimat wyspy, można przypuszczać, że mieszkańcy Grenlandii są raczej zamknięci, ostrożni, zdystansowani. Jak jest naprawdę?

Jakbyś mi zadała to pytanie kilka miesięcy po moim przyjeździe na Grenlandię, to bym ci od razu odpowiedział. A im dłużej mieszkam na wyspie, tym trudniej jest mi opisać typowego Grenlandczyka. To są po prostu różni ludzie, tak samo jak Polacy.

Ale jeżeli mógłbym się odnieść do tego zdystansowania, o którym mówiłaś, to rzeczywiście Grenlandczycy mogą sprawiać wrażenie bardzo ostrożnych i zamkniętych wobec przyjezdnych. Wszystko dlatego, że na wyspę przyjeżdża bardzo dużo osób tylko do pracy na rok/dwa lata, bo tyle trwają ich kontrakty. Pojawiają się i szybko wyjeżdżają. Na Grenlandii mieszkańcy nauczyli się po prostu nie inwestować czasu w krótkie znajomości. I z tego właśnie wynika ich zdystansowanie wobec nowych osób.

Trafiłam na ciekawą informację dotyczącą Grenlandii, a mianowicie taką, że najważniejszym sprzętem jest tam zamrażarka. Jak to możliwe, biorąc pod uwagę temperatury panujące na miejscu?

Nie wiem, czy najważniejsze, ale na pewno wszyscy Grenlandczycy mają zamrażarkę. Po prostu ludzie sami troszczą się o mięso i ryby, robią duże zapasy. Latem chodzi się na polowania i po prostu całe mięso i ryby, które podczas takiego polowań się zdobędzie, chowa się do zamrażarki.

Ta historia w ogóle pochodzi stąd, że jak ja przyjechałem na Grenlandię, to zacząłem pracę jako przewodnik na polowaniach i to na takich, na które przyjeżdżali Polacy. Jak wróciłem po dwóch czy trzech tygodniach do domu i przywiozłem pierwsze pieniądze zarobione na miejscu, to zapytałem żony, co kupujemy do mieszkania. Ona od razu odpowiedziała, że zamrażarkę.

Redakcja poleca

Chciałabym teraz porozmawiać o Grenlandii bardziej pod kątem turystycznym. Wspomniałeś, że jesteś przewodnikiem. Wiem, że też organizujesz wycieczki po Grenlandii dla mniejszych grup. Czy często zgłaszają się turyści z Polski? Ten kierunek nie wydaje się popularnym celem wyjazdowym.

Ostatnio coraz częściej. Wydaje mi się, że Polacy szukają takich kierunków bardziej egzotycznych. A Grenlandia dla wielu podróżników staje się właśnie takim nieoczywistym i ciekawym celem podróży. W ostatnich latach zauważam też, że na sezon letni Polacy chętniej szukają tych zimniejszych kierunków. Jechać np. do Turcji latem, z uwagi na wysokie temperatury, to jest spore wyzwanie. Miałem już takie grupy polskich turystów, które przyjeżdżały na Grenlandię latem właśnie po to, żeby uniknąć upałów w Europie.

Grudniowy Sisimiut
fot. Materiały prywatne/Adam Jarniewski

Czyli Polacy przyjeżdżają tu częściej latem niż zimą, tak?

Tak. Chociaż wydaje mi się mi się, że na Grenlandię najlepiej jechać zimą, bo wtedy można zobaczyć to prawdziwe oblicze wyspy.

A co pokazujesz w trakcie wycieczek turystycznych? Na przykład zimą, bo wspomniałeś, że wtedy twoim zdaniem można poznać prawdziwą Grenlandię.

Największymi atrakcjami zimą są psie zaprzęgi i oczywiście zorza polarna. Coraz popularniejszy robi się też skuter śnieżny i jeżdżenie po lodzie, fiordach, pustkowiach. Można też oczywiście spróbować takich bardziej klasycznych rzeczy jak na przykład narty. Oprócz tego jest też oglądanie zwierzyny, wołów piżmowych czy reniferów.

Myślę, że dużą atrakcją zarówno latem, jak i zimą, jest tutaj po prostu dzikość, pustka. W Sisimiut, gdy tylko wyjdziesz na rogatki miasta, to masz prawie 200 km pustej przestrzeni. Są takie miejsca, bardzo blisko miasta, gdzie mogę ci zagwarantować, że przez tydzień nikogo nie spotkamy. Takie pustkowie, cisza mogą być dla wielu osób bardzo atrakcyjne.

To dobre miejsce, żeby uciec od cywilizacji i ciągłego pośpiechu.

Tak, zdecydowanie. Miałem takich turystów, którzy chcieli, żeby zabrać ich w takie miejsce, gdzie nie będzie zasięgu telefonicznego i nie będzie można sprawdzać maila. Chcieli się odciąć.

Grenlandia
fot. Materiały prywatne/Adam Jarniewski

Jak najłatwiej się tam dostać i ile to kosztuje?

Obecnie na Grenlandię najłatwiej dostać się przez Danię. Stamtąd lecimy do Kangerlussuaq, to jest jedyne międzynarodowe lotnisko na Grenlandii. Po wylądowaniu w tym porcie przelatujmy do konkretnych miejscowości śmigłowcami albo helikopterami – w zależności od tego, dokąd chcemy dotrzeć. Koszty takiej podróży są wysokie. Do takich turystycznych miejscowości na Grenlandii przelot z Kopenhagi kosztuje 1200 euro za bilet w obie strony.

To sporo. A jeśli chodzi o pobyt już tam na miejscu, to jest drogo?

Zdecydowanie jest drogo. Mówimy o kosztach Skandynawia plus 20 proc. To jest na pewno droższy wypad. Ale to też zależy od tego, jak zaplanujemy pobyt. Jeśli chcesz przyjechać z namiotem, powędrować i weźmiesz paprykarza z Polski, to wyjdzie Ci to taniej. Ale jeżeli chcesz korzystać z lokalnych operatorów i pojeździć psim zaprzęgiem, to wiadomo, że cena rośnie.

Miałem takich turystów, którzy chcieli, żeby zabrać ich w takie miejsce, gdzie nie będzie zasięgu telefonicznego i nie będzie można sprawdzać maili. Chcieli się odciąć

Teraz może zapytam o ofertę kulinarną. Co twoim zdaniem jest taką obowiązkową pozycją w menu na Grenlandii?

Jeżeli przyjedziesz na Grenlandię jako turysta, nie masz dostępu do tradycyjnego grenlandzkiego menu mieszkańców. To, co sprzedawane jest w restauracjach, jest zupełnie czymś innym niż to, co my jemy w domach.

Na Grenlandii można na przykład zjeść w lokalu hamburgera z mięsem woła piżmowego, ale to jest coś, co my rzadko jemy w domu. Taką naprawdę grenlandzką potrawą jest zupa z foki. My w Sisimiut jemy też bardzo dużo mięsa z reniferów, bo sami na nie polujemy. Robimy zupę, lasagne, pizzę z mięsem renifera. Oprócz tego je się sporo krewetek, krabów, ryb - to są głównie dorsze, ale też halibuty.

Nie brzmi to jak miejsce dla wegetarian.

Nie jest to miejsce dla wegetarian. Ja widziałem na Grenlandii wielu wegetarian, którzy przyjechali tutaj i bardzo szybko przekonwertowali na dietę mięsną z powrotem.

Wracając do tematu wycieczek na Grenlandię, chciałam jeszcze zapytać o to, jak wygląda oferta noclegowa na miejscu.

Na pewno w ostatnich latach ta oferta się powiększyła, bo działa Booking, Airbnb i inne platformy do rezerwacji noclegów. Ale warto planować z wyprzedzeniem. Spotykałem się z sytuacjami, że w sezonie turystycznym, miesiąc czy dwa miesiące przed przyjazdem, trudno było znaleźć coś dobrego.

Grenlandia
fot. Materiały prywatne/Adam Jarniewski

Ale rozumiem, że nie nocuje się w igloo?

Jak się odpowiednio zapłaci, to można nawet przenocować w igloo.

Czyli jest taka możliwość.

Tak, jest. Tylko tu na starcie dodam, że to jest zawsze forma namiotu. Kiedyś, jak jechało się na polowanie i trzeba było gdzieś przenocować, to po prostu budowało się igloo. Sprawionemu budowlańcowi zajmowało to parę godzin. My jak dzisiaj budujemy igloo, to potrzebujemy dwa dni. To wcale nie jest taka prosta sprawa. Musi być odpowiedni śnieg i to jest naprawdę ciężka praca fizyczna. Ale wiem, że w niektórych miejscach można znaleźć ogłoszenia dotyczące wynajęcia takiego igloo.

I już na koniec chciałam zapytać, czy myśleliście kiedyś o tym, żeby przeprowadzić się do Polski na stałe, czy to jednak Grenlandia jest waszym prawdziwym domem?

Staramy się jeździć raz w roku na wakacje do Polski. Ale nie chciałbym już wracać na stałe do kraju. Nigdy taka myśl nie chodziła po głowie. To nie jest już miejsce do życia dla mnie.

Dlaczego?

Na Grenlandii widzę dużo więcej plusów i możliwości dla siebie. Życie jest spokojniejsze, nie ma czerwonego i zielonego światła, nie ucieka też autobus. Nie ma sanepidu, ZUS-u. Jest po prostu dużo więcej wolności.

Redakcja poleca

Źródło: CHILLIZET/Podcast podróżniczy "Na walizkach"