Na antenie:

"To, co można zrobić dzisiaj, można i jutro", czyli jak się żyje na Filipinach

10 min. czytania
Aktualizacja 30.01.2024
05.01.2024 11:30
Zareaguj Reakcja

Tu ludzie są szczęśliwi, naprawdę szczęśliwi – tak o życiu na Filipinach mówi Rafał Baran, autor vloga podróżniczego "Życie na Filipinach” na YouTubie. Dlaczego przeprowadził się w tamte rejony i postanowił założyć tam rodzinę? Czy Filipiny to bezpieczny kraj i czy każdy może podróżować w tamte strony? Tego dowiesz się z poniżej rozmowy. 

Rafał Baran autor kanału "Życie na Filipinach”
fot. archiwum prywatne

Monika Karbarczyk: Pochodzisz z Krzeszowic, teraz mieszkasz od ponad 8 lat na Filipinach. Tam założyłeś rodzinę, pracujesz. Skąd decyzja o przeprowadzce właśnie w tamte rejony?

Rafał Baran: Chciałem po prostu coś zmienić, coś innego zobaczyć. Wybrałem Filipiny, bo wydawały mi się ciekawym kierunkiem. Wizę dostałem w Polsce (na dwa miesiące), kupiłem bilet w jedną stronę, ale tak naprawdę nie wiedziałem, na jak długo tam lecę, czy nie będę chciał wrócić już po tygodniu, czy mi się tam spodoba. Nigdy wcześniej przecież nie byłem w Azji.
Gdy doleciałem na Filipiny, trafiłem na taką małą wyspę Siquijor – bardzo popularną wśród Polaków. Zakochałem się w niej i w tym prostym, spokojnym życiu. Poza tym dostałem propozycję pracy, jako osoba ds. marketingu. I… zostałem na kolejne 2,5 roku.

Monika Karbarczyk: Czy rzeczywiście tak łatwo znaleźć pracę na Filipinach? Czy to się często zdarza?

Rafał Baran: To się praktycznie w ogóle nie zdarza. Miałem dużo szczęścia. Po prostu pojawiłem się w odpowiednim miejscu, w odpowiednim czasie, z odpowiednimi umiejętnościami. Właściciel restauracji na wyspie Siquijor potrzebował pomocy w obszarze marketingu. Zapytał, czy nie chciałbym mu pomóc. Ja wtedy nie szukałem pracy, chciałem po prostu odpocząć, ale… to nie była praca na 8 h dziennie, tylko od czasu do czasu, poza tym – oprócz pensji – otrzymałem mieszkanie oraz wyżywienie. Trudno było odrzucić taką idealną ofertę pracy (śmiech). Wtedy zresztą Filipiny stały się bardzo popularnym kierunkiem turystycznym, przyjeżdżało mnóstwo ludzi. Było też sporo roboty, więc do Polski wyleciałem dopiero po 2,5 roku. Wcześniej się nie udało, bo tam po prostu nie ma niskiego sezonu.

Monika Karbarczyk: Ale skoro już jesteśmy przy pracy, to czy Filipiny są dobrym miejscem dla współczesnego cyfrowego nomada?

Rafał Baran: Tak, ale dla kogoś to ma już zdalną pracę. Internet tutaj naprawdę bardzo dobrze działa, no... może nie w każdej lokalizacji. Jest także internet satelitarny firmy Starlink, więc i na szczycie góry, i na bezludnej wyspie można sobie rozłożyć takie urządzenie i połączyć się z siecią. Dodatkowo w większości miast jest już doprowadzony światłowód. Osiem lat temu nie było tego, być może stąd to przekonanie, że Filipiny to trudne miejsce do pracy zdalnej. Oczywiście zdarzają się tajfuny, tornada i przez chwilę mogą być problemy, ale po jakimś czasie wszystko wraca do normy.
Inna sprawa to problemy z prądem, oczywiście to również zależy od lokalizacji. Zdarza się to najczęściej na małych wyspach, gdzie infrastruktura energetyczna jest gorszej jakości. Ale jak ktoś przyjeżdża na wakacje i zatrzymuje się w resortach, hotelach, to te miejsca mają zwykle generatory, więc to rozwiązuje problem. Inaczej może być w przypadku osób, które przyjeżdżają na dłużej i zatrzymują się poza resortami, ale i z tym można sobie poradzić.

Rafał Baran z rodziną
fot. zdjęcie prywatne/ Rafał Baran z żoną i córką

Monika Karbarczyk: A które wyspy z Archipelagu Filipińskiego są najlepsze do zamieszkania dla osób, które chcą odetchnąć od tego europejskiego tempa życia?

Rafał Baran: Takich wysp jest naprawdę bardzo dużo. Można wymienić Palawan, Siquijor, Bohol, Boracay. Te wyspy są bardzo popularne wśród Polaków, niektórzy tam mieszkają, mają swoje biznesy. Oczywiście dla niektórych ważna jest bliskość plaż, dla innych bliskość gór. Naprawdę każdy może wybrać coś dla siebie. W każdym miejscu są piękne widoki, dżungla, wodospady... Gdziekolwiek pojedziemy, tam na pewno będzie bardzo fajnie. A jeśli ktoś chce nocnego życia, to może pojechać do Manili, ale tam na pewno nie zobaczy tych Filipin, które widać na pocztówkach.

Redakcja poleca

Monika Karbarczyk: Wspomniałeś, że gdy trafiłeś na Filipiny, zachwyciło cię to spokojne, proste życie Filipińczyków. Czy nadal żyją tam w takim duchu slow life?

Rafał Baran: Oni żyją blisko natury, bo zieleni wszędzie dookoła jest bardzo dużo i na pewno żyją spokojniej. Nie ma tam takiego wyścigu jak u nas w Polsce, za nowymi rzeczami, za pracą. Filipińczycy naprawdę cieszą się z życia. Czy to życie w duchu slow life?
Oni mają też inne podejście, na przykład do kwestii czasu. Jest takie powiedzenie, że my mamy zegarki, a Filipińczycy mają czas. Wiele w nim prawdy. Ale ma to i złe strony. Oni wychodzą z założenia, że jak coś trzeba zrobić dzisiaj, to można zrobić i jutro. Nie spieszą się. Osoby, które przyjeżdżają tu na chwilę, zachwycają się tym, jak można żyć z takim spokojem, w relaksie. Jednak jak się mieszka tu dłużej, to bywa to denerwujące, zwłaszcza gdy umawiasz się z pracownikiem na konkretny termin, a on nie przychodzi do pracy i nie wiadomo, kiedy i czy w ogóle przyjdzie.

Monika Karbarczyk: Czyli powiedzenie, że Filipińczycy to Latynosi Azji jest bliskie prawdy, a powiedzenie "mañana” też jest tam częste… Ale co ciebie tam na Filipinach najbardziej zaskoczyło pozytywnie i negatywnie

Rafał Baran: Zachwycił mnie ich sposób życia, ta prostota. W ciągu dnia wystarczy im miska ryżu i kawałek ryby, i oni są szczęśliwi, naprawdę szczęśliwi. Mają taki niesamowity luz, nie ma tam tej ciągłej pogoni za czymś. Jest ciepło, oni są do wszystkiego pozytywnie nastawieni, do siebie i do obcokrajowców, uśmiechnięci. Inaczej niż Polsce. Teraz gdy jestem tu na wakacjach z rodziną, wyraźnie to widzę. Polacy są zamknięci, nie uśmiechają się…

Monika Karbarczyk: Tzw. polish face

Rafał Baran: Tak, tutaj niewiele osób uśmiecha się, a tam jest to naturalne. Tam, gdziekolwiek się pójdzie, ludzie zagadują, pomachają. To mnie zaskoczyło pozytywnie. A negatywnie? No właśnie to, że im się z niczym nie spieszy. Jeśli my potrzebujemy coś szybko załatwić, to nie ma na to szans. Musimy poczekać. Tutaj w Polsce jesteśmy w ciągłym pośpiechu, rano gnamy do pracy lub żeby coś załatwić. Wszystko musi być szybko i na już. A tam jest zupełnie inaczej. Wolno, spokojnie, to – nas Polaków – może wkurzać (śmiech). Tak więc to są plusy i minusy, zależy od kąta patrzenia.

Monika Karbarczyk: Czy Filipiny są dla każdego podróżnika? Słyszałam, że wegetarianie mogą tam mieć problem z jedzeniem.

Rafał Baran: Wydaje mi się, że w tej chwili Filipiny są dla wszystkich, nawet dla tych początkujących podróżników. Po pierwsze dlatego, że Filipińczycy są niezwykle otwarci i przyjaźni. Pomogą na każdym kroku, zwłaszcza turystom, bo są ich ciekawi, chcą ich poznać. Oczywiście nie mówię tutaj o Manili, czy lotnisku, czyli miejscach, które przyciągają różnych naciągaczy. Po drugie, na Filipinach drugim urzędowym językiem jest angielski, więc siłą rzeczy każdy Filipińczyk zrozumie, o co pytamy. Nie zawsze odpowie, ale jeśli nie mówi biegle, to pokaże. Po trzecie, Filipiny to kraj katolicki, więc dla wielu Polaków może to być niewątpliwy plus. Nie ma tam wielkich różnic religijnych, zwyczajowych.
Dostaję sporo wiadomości, maili od osób, które wybierają się na Filipiny. Z niektórymi nawet się spotykam. Gdy pytają, gdzie pojechać, co zwiedzić, mówię: "Wybierzcie sobie jakąś wyspę, wynajmijcie skuter, przejedzie się nim, znajdźcie gdzieś nocleg na spontanie". Najpóźniej po dwóch tygodniach dostaję e-maila: "Ale było super! Ludzie są tacy otwarci, niczego się nie baliśmy". I są to osoby w różnym wieku, i młodzi, i dużo starsi, i tacy, którzy świetnie mówią w języku angielskim, i tacy, którzy znają jedynie podstawy tego języka. Wszyscy świetnie sobie radzą. Warto wyjść poza plażę i pojeździć po wyspie.

Monika Karbarczyk: A czy są jakieś gesty, słowa czy zachowania, które nie są tam akceptowane? Czy cudzoziemiec może popełnić jakieś faux-pas?

Rafał Baran: Nie ma aż takich dużych różnic. Jest jeden gest – moim zdaniem – dość śmieszny, ale u innych może wywołać zaniepokojenie. Jak chcesz kogoś przywołać, to robisz, taki gest przyzywający, machasz ręką i palcami ku sobie (dłoń skierowana jest ku górze). Natomiast Filipińczycy robią gest odwrotny (palce są w dole). Wygląda to tak, jakby odganiali kogoś, a w rzeczywistości przywołują (śmiech).
Jest jeszcze jedna rzecz. Na przykład w filipińskiej garkuchni nie ma noży. Są łyżki i widelce, a to dlatego, że jedzenie (nawet mięso) jest tam trochę rozgotowane, bardzo miękkie. Parę razy zdarzyło mi się w takim miejscu poprosić o nóż i przyniesiono mi taki wielki, kuchenny (śmiech). Oczywiście, gdy pójdziemy do bardzo eleganckiej, turystycznej restauracji, to dostaniemy komplet sztućców.
To, co jeszcze jest ciekawe, to tutejsze fiesty, takie typowe imprezy filipińskie, gdzie właściciel domu organizuje przyjęcie dla wszystkich, by podzielić się dobrami (czasem nawet zapożycza się, by zorganizować taką imprezę). Każdy jest mile widziany. Tam jest mnóstwo jedzenia, na przykład kilka pieczonych świniaków. Jeśli idziesz na taką fiestę i niczego nie spróbujesz, to obrazisz gospodarza. Tam trzeba wręcz coś zjeść. Oni bardzo się starają, wydają te pieniądze i chcą, aby każdy się najadł. W dobrym tonie jest więc spróbować wszystkiego, no i oczywiście powiedzieć, że smakuje.

Redakcja poleca

Monika Karbarczyk: O czym jeszcze warto pamiętać, jadąc na Filipiny?

Rafał Baran: O gotówce. Oczywiście są banki, bankomaty i można wybrać z nich pieniądze bez problemu. W większych miastach, w centrach handlowych, można płacić kartą zbliżeniową, ale już w mniejszej miejscowości, czy przy jakimś wodospadzie na pewno nie. Zresztą tam trzeba mieć ze sobą zawsze jakie drobne, bo na przykład wejściówka w takich miejscach kosztuje tylko kilka peso (w przeliczeniu na złotówki będzie to raptem 5-10 groszy). Kasjer może nie mieć wydać z dużych nominałów. Warto też mieć kilka peso dla osoby, która przypilnuje nam skutera, odprowadzi na mały parking, zabezpieczy siedzenie przed nagrzaniem. W takiej sytuacji warto dać jakiś niewielki napiwek. Dla tych osób to czasami jedyny sposób na zarobienie pieniędzy. 5 peso, w przeliczeniu 30 groszy – nas to nie zaboli, a dla niego to spora suma. Zresztą, ja w ogóle staram się wspierać lokalne biznesy, na przykład wolę zrobić zakupy u ulicznego sprzedawcy niż w wielkich sieciówkach.

Filipiny
fot. zdjęcie prywatne/ Plaża na Filipinach

Monika Karbarczyk: A Filipiny są drogim, czy tanim krajem?

Rafał Baran: To zależy. Generalnie są tanim krajem, jeśli żywisz się lokalnie. Jeśli nie potrzebujesz wodotrysków, jesz normalnie, czyli stołujesz się w garkuchniach, to naprawdę będzie to tanio. Zresztą Polaków mieszkających na Filipinach można podzielić na dwie grupy: jedna potrafi się do tego dostosować, je to co rośnie na Filipinach i żyje tanio. Jest też druga grupa, która na przykład nie może wytrzymać bez białego sera, który tu kosztuje majątek. Świetnym przykładem są też truskawki, które są tu importowane. Takie świeże truskawki w ilości 9 sztuk kosztowały w przeliczaniu około 65 zł. Więc jeśli ktoś będzie chciał jeść produkty, które nie rosną na Filipinach, to wyda majątek.

Monika Karbarczyk: A co z bezpieczeństwem?

Rafał Baran: Filipiny – moim zdaniem – są krajem bezpiecznym. Oczywiście trochę inaczej jest w Manili, gdzie jak wszędzie w wielkich miastach, jest większa przestępczość. Natomiast poza miastem jest naprawdę bardzo bezpiecznie. Parę razy miałem taką sytuację, że w nocy jechałem skuterem i przebiłem dętkę, a byłem pośrodku niczego. Gdy przepchnąłem skuter do pierwszego domu, jaki napotkałem, zawołałem, ktoś wyszedł z domu, zapytał, co się stało i zadzwonił po mechanika, który mi pomógł. W tym czasie ja siedziałem na ogródku z gospodarzem i piłem wodę, którą mi podał. Takie sytuacje na Filipinach zdarzają się cały czas.

Monika Karbarczyk: A tu są nie do pomyślenia. Zamykamy się w swoich domach, jak w twierdzach, boimy się nieznajomych. Kiedyś było inaczej, podobnie jak na Filipinach. A co z transportem?

Rafał Baran: Dokładnie. A jeśli chodzi o transport, to działa on inaczej niż w Polsce. Filipińczycy przemieszczają się głównie tricyklami, czyli trzykołowymi motocyklami, a także jeepney’ami, czyli przedłużonymi jeepami – na ich pace, na dobudowanych ławkach są przewożeni ludzie. I te jeepneye mają swoje wytyczone trasy, np. jakiś pan jeździ od tej miejscowości w lewo 20 km. Inny pan jedzie gdzie indziej. Nie ma rozkładu jazdy, jedzie, gdy zbierze się odpowiednia liczba osób. Te przejazdy są bardzo tanie, maksymalnie 1,50 zł za podróż w jedną stronę. Pomiędzy wyspami można poruszać się promami. One zwykle mają rozkłady, ale bilety nie zawsze można kupić z wyprzedzeniem i zdarza się, że są one wyprzedane, co może być problemem dla osób z napiętym planem podróżniczym. Oczywiście można też podróżować samolotami, ale to jest najdroższa opcja.
Tu chciałbym powiedzieć jeszcze o jednej rzeczy, Polacy bardzo często mają plan, że dzisiaj będę na tej wyspie, jutro na tamtej, pojutrze jeszcze na innej. Nie biorą pod uwagę, że Filipińczycy działają trochę inaczej, nie biorą też pod uwagę pogody, która potrafi być tu zmienna. I pojawia się problem. Więc lepiej zrobić dwa razy mniej, ale spokojniej. W ten sposób unikniemy niepotrzebnego stresu.

Redakcja poleca

Monika Karbarczyk: Na koniec chciałaby cię zapytać o dość delikatną sprawę. Na Filipinach jest wielu cudzoziemców, którzy traktują ten kraj i mieszkających tu ludzi, z wyższością. Myślą, że można tu uciec przed problemami i wszystko da się kupić, także kobiety. Pojawiają się filmiki z tytułami, np. "Kupiłem żonę ze slumsów". Czy to powszechne zjawisko?

Rafał Baran: Niestety jest to dość powszechne. Temat kobiet jest najbardziej popularny wśród cudzoziemców, którzy tu mieszkają, dostaję też w tej sprawie bardzo dużo maili. Niektórzy rzeczywiście chwalą się kupnem kobiety i traktują to trochę, jak chwyt marketingowy na swoich vlogach. To widać po ich statystykach.
Jest tutaj bardzo wielu obcokrajowców, m.in. Australijczyków, Brytyjczyków, Amerykanów, Polaków, którzy tak właśnie podchodzą do tego tematu. Mają młode filipińskie dziewczyny, między nimi jest ogromna różnica wieku (czasami nawet ponad 50 lat!). Widać ich często w restauracjach z tymi kobietami. One przez cały czas siedzą z nosem w telefonie, bo nie mają za bardzo, o czym rozmawiać. Ona zwykle jest z nim, bo on wspiera całą jej rodzinę, podnosi jej status społeczny, a on ma… opiekunkę, pomoc na starość. Bardzo często ci ludzie nie mają nikogo bliskiego u siebie w kraju. Przyznam, że na początku bardzo mnie to dziwiło, a teraz podchodzę do tego o wiele spokojniej.

Monika Karbarczyk: Jesteś teraz w Polsce. Przyjechałeś na kilka miesięcy. Czy twojej córce i żonie podoba się w Polsce? Czy tęsknią za Filipinami?

Rafał Baran: Christine jest w Polsce po raz drugi, Emilia jest po raz pierwszy. Chciałem, aby moi rodzice mogli dłużej poprzebywać z nimi i oczywiście ze mną, dlatego przylecieliśmy na trzy miesiące. Dziewczynom bardzo się tu podoba. Mogą wyjść do ogrodu, jeść porzeczki, borówki, maliny prosto z krzaka. To na Filipinach nie byłoby możliwe. Moja żona wiele razy siedziała w ogrodzie lub w kuchni na videokonferencji z naszą filipińską rodziną i pokazywała te wszystkie owoce, warzywa, które tam nie występują. Pokazywała, jak one rosną. Oczywiście oni mają swoje owoce, które u nas z kolei są mniej dostępne.
Trafiliśmy też na wspaniały okres, w lecie. Jest też fajna pogoda, choć czasem temperatura spadała do 18 st. C i dziewczyny zakładały kurtki i czapki, bo tam na Filipinach nie ma takich temperatur. To mogło wywołać (i wywołało) zdziwienie u niektórych osób (śmiech).

Monika Karbarczyk: Dziękuję za tę rozmowę i poświęcony mi czas.

Redakcja poleca

Źródło: CHILLIZET