Przyszłam posłuchać muzyki, wyszłam odmieniona. Ten festiwal wymyka się wszelkim kategoriom

8 min. czytania
03.06.2026 10:20
Zareaguj Reakcja
---- ----

Za nami 5 dni intensywnych muzycznych konfrontacji - 18. edycja Festiwalu Tradycji i Awangardy KODY dobiegła końca. Każdy z artystów przyniósł ze sobą coś niezwykłego i zasłużył na najwyższe uznanie publiczności. W mojej głowie jednak w sposób szczególny zapisało się pięć koncertów, do których myślami (i słuchawkami) wracam najczęściej. Każdy z nich na swój sposób udowodnił mi, że w muzyce granice istnieją tylko po to, by je jak najbardziej spektakularnie przekraczać. Przekonajcie się sami.

kolaż artystów festiwalowych, w tle logo KODY
fot. materiały prasowe festiwalu KODY
--1-- ----
Z tego artykułu dowiesz się:
  • Jak przebiegał spektakl z udziałem kolektywu La Tempête
  • Dlaczego polskie tańce stały się podstawą szwedzkich tańców narodowych
  • Co zainspirowało Alejandrę Cárdenas do stworzenia albumu muzycznego
  • Które elementy muzyki Hatis Noit tworzą jej unikalne podejście do dźwięku
Nie przegap

“Czy pani jest ranna? Proszę Pana, ja jestem martwa!”

Scena jak zagracone mieszkanie ciotki, która lubuje się w na wpół muzealnych eksponatach - a jednak zaskakująco przytulna. Góruje nad nią kryształowy żyrandol, z którym znakomicie zestrojone oświetlenie Sebiana Falka faktycznie daje wrażenie wspólnego siedzenia w znacznie mniejszej niż sala Teatru Starego przestrzeni. Gdy na scenografię wychodzi niemal dwudziestka artystów z francuskiego kolektywu La Tempête, spektakl zaczyna się jeszcze zanim ktokolwiek szarpnie pierwszą strunę czy wypowie pierwsze słowo - kostiumy Cecilii Galli zaczynają snuć swoją opowieść same. Koszulka-bokserka z tiulowymi rękawami sukni ślubnej, dresy z żabotem, sznur pereł na oversizowej bluzie - grupa wygląda, jakby równie dobrze mogła biec maraton, jak i wybrać się na audiencję u króla.

I wtedy Anne-Lise Heimburger rozpoczyna monolog o dwóch Orlandach - jednym z kart powieści Virginii Wolf, drugim - renesansowym kompozytorze. Skąd pomysł na to połączenie - zbieżność nazwisk?

Obaj nasi bohaterowie urodzili się w XVI wieku i łączy ich szczególna relacja z Anglią epoki elżbietańskiej. Kompozytor Orlando di Lasso był postacią o wielu obliczach: dworzaninem, artystą i podróżnikiem, człowiekiem błyskotliwym, obdarzonym talentem i poczuciem humoru; poliglotą i człowiekiem wykształconym, eleganckim dyplomatą. W jego charakterze pobrzmiewa pewna ekstrawagancja - szczególnie w korespondencji, w której odkrywamy osobowość prowokacyjną, rubaszną, ikonoklastyczną, a czasem wręcz bezczelną wobec swoich patronów. Pod tymi cechami kryje się jednak natura bardziej niespokojna, podatna na melancholię i głębokie kryzysy egzystencjalne. Ten kontrast między melancholijnym a zmysłowym temperamentem przypomina mi postać stworzoną przez Virginię Woolf. - reżyser Simon-Pierre Bestion

Powieść Woolf wyróżnia się także śmiałą - i zaskakująco naonczas nowoczesną - decyzją, by jej bohater/a zmienił/a w połowie akcji płeć. Mając około trzydziestu lat i pełniąc funkcję ambasadora w Konstantynopolu, budzi się po siedmiodniowym śnie jako kobieta i od tej chwili odkrywa zarówno przywileje, jak i ograniczenia związane z nową tożsamością. Taki dualizm i rozdarcie prowadzi widza właściwie przez cały spektakl - wyrazista gra aktorska Heimburger pozostaje w dosłownym dialogu z muzykami, którzy nie tylko jak grecki chór komentują poczynania bohatera/ki, ale nieraz dosłownie w nie ingerują wcielając się w poszczególne postacie czy pomagając zmienić postaci ubranie na bardziej (lub mniej) męskie w miarę rozwoju akcji.

Wysokim wzlotom i komicznie momentami dramatycznym upadkom Orlando towarzyszy renesansowa muzyka w nowoczesnej, funkowo-jazzowej odsłonie. Wisi nad publicznością jak most rozpięty między czasami współczesnymi bohaterom a współczesnym nam, który w miarę trwania fabuły coraz bardziej się skraca - na początku historii jesteśmy u schyłku XVI wieku, gdy bohater/ka ma siedemnaście lat, na końcu zaś jest już rok 1928, a Orlando, który zdaje się nie starzeć i przypatruje się mijającym epokom z wręcz uroczym roztargnieniem, wciąż wygląda na osobę w wieku trzydziestu kilku lat.

Spektaklu doświadcza się jak słuchowiska, na które przypadkiem natknęliśmy się podczas nocnej podróży autem. Zmienialiśmy bezmyślnie kanały w radiu, aż tu nagle usłyszeliśmy jeden fragmencik - i już nie mogliśmy się oderwać, a towarzysząca nam senność jedynie wyostrzała oniryczne aspekty sztuki i pomagała zagłębić się w nią jeszcze mocniej. Kiedy się kończy okazuje się, że od godziny siedzimy już na docelowym parkingu, ale wysiadanie z samochodu nie było opcją, nie dopóki nie rozbrzmią ostatnie takty. A nawet po nich siedzimy w ciemności jeszcze przez kilka chwil. Kiedy w końcu docieramy do własnego łóżka nasze sny są leniwe i intensywne jednocześnie, a o poranku budzimy się z myślą, że życie jest tym, co dzieje się w międzyczasie - wtedy, gdy jak żyjący całe wieki Orlando, wciąż czekamy na nowy, kolejny, wymarzony etap… A gdy ten nadchodzi, już myślami jesteśmy w następnym.

“Kiedy Polak zaczynał grać na skrzypcach, już tylko przecięcie strun mogło zatrzymać muzykę”

Polska to taniec, który w 16 wieku zawędrował z naszymi muzykami do Szwecji - a Szwedzi są znakomitymi archiwistami, przetrwało ich do dzisiaj aż 100 tysięcy rękopisów. Tak im się nasze melodie spodobały, że część z nich stała się bazą do ich tańców narodowych. Oceniając po melodyce i harmonii, są one naprawdę bardzo stare. Za chwilę usłyszycie państwo jedne z najstarszych Polsk… Wracamy do źródła. - Maja Miro

Tu kuratorka projektu Maja Miro odkłada mikrofon, a w jej rękach ląduje pierwszy z licznych, historycznych fletów, których dźwięki towarzyszyły nam później cały wieczór. Jest coś niezwykle hipnotycznego w dźwięku starodawnych instrumentów i myśli, że to dokładnie TO słyszeli nasi przodkowie, dokładnie TA SAMA melodia poruszała struny ich duszy tak, jak porusza teraz nasze.

Polskie tańce były uważane za wyjątkowo transowe. Właśnie dlatego szybko spadły z tronu tańców dworskich - mówiło się, że “przy nich damy mdlały a nawet traciły życie”, że “jak się zacznie grać Polskę, to się nie da tak po prostu przestać, że trzeba skrzypkowi przeciąć struny”, że tańcząc “ludzie zdzierają podeszwy butów, skórę stóp i kołaczą gołymi kośćmi - i to jest prawdziwy rytm tańca polskiego”. - Maja Miro

Rzeczywiście - czuję się zupełnie jak na analogowym rave, w którym nie chodzi przecież o wzmacniacze, tylko o powtarzalność fraz gwarantującą pewien trans… A tego w Polskach przecież nie brakuje. Pulsującym rytmicznie fletom Miro akompaniuje lekko jazzująca perkusja Piotra Gwadera, a obie rozpięte są na podszewce utkanej z cymbałów Pawła Iwana i średniowiecznego organowego portatywu Ryszarda Lubienieckiego.

Końcówki powtarzających się fraz rozpływają się, jakbyśmy coraz dalej odchodzili od rozbrzmiewającej muzyką potańcówki chaty, aż w końcu wieczorna mgła wygłuszy nawet stukot skaczących po parkiecie kości przodków.

Uderzenie ścianą dźwięku i nagła kołysanka. To muzyka protestu

W filmie “Miasto 44” jest wiele wstrząsających scen, ale jedna zapadła mi w pamięć wyjątkowo mocno. Bohaterka idąc ulicą nagle na horyzoncie widzi chmurę eksplozji, a tuż po niej zaczyna padać deszcz. Kobieta wyciąga przed siebie zakurzone dłonie, na których rozbijają się spadające z nieba krople krwi… I ciepła, letnia mżawka zmienia się w ułamku sekundy w koszmar. Tak słucha się “A body like home” peruwiańskiej artystki Alejandry Cárdenas.

13 piosenek, 15 wierszy i głębokie katharsis na pulsującej ścianie dźwięku. Albumu doświadcza się jak dziecięcego sennego koszmaru - tu miękkie nucenie mamy, tam nagłe odgłosy wystrzałów, tu przyjazne szczekanie psa, tam nagłe skandowanie protestujących, tu uliczna muzyka, tam przeszywający dźwięk tłuczonego szkła. Splątane wspomnienia z pokręconą chronologią, świat w ekstremalnie nasyconych barwach widziany oczami dziecka, w których wszystkie zmysłowe doświadczenia mieszają się w kalejdoskop fantastycznych kształtów i rozbrzmiewają echem na długo po tym, zanim ucichnie ostatni ton.

Narodziłam się w grobowcu przemian, dorastałam pod dyktaturą Alberto Fujimoriego, gdy wszystko zasnuwała nam zasłona beznadziei. To jest tło mojego albumu - piosenki i wiersze podążają za pętlą rozpiętą między moimi własnymi ranami - uzależnieniem, przemocą domową, roztrzaskaną intymnością - a narodowymi bliznami Peru, wyrytymi przez wampira kolonializmu.  - Alejandra Cárdenas

Przeszywająca, monotonna recytacja Cárdenas rozbrzmiewa na tle warstwowych gitar elektrycznych przeszywających co rusz flażoletami, doprawionych hipnotycznym skrzypcowym brzmieniem meksykańskiej muzyczki Gibrany Cervantes oraz kolażem nagrań terenowych. Gęste jak smar immersyjne warstwy dźwiękowe oblepiają i sprawiają, że powietrze raz dociąża płuca, raz staje się lekkie. 

To nie jest ani prosta historia, ani jakiekolwiek rozwiązanie. Pisanie i komponowanie stało się dla mnie rytuałem poszukiwania znaczenia, tego, co jest zakopane, przebrane za coś innego lub przemianowane… Aż moje ciało samo stało się żywym archiwum. - Alejandra Cárdenas

Muzyka jak perfumy i wszystkie niezwykłe osobowości artystki

Kiedy Jenny Hval wychodzi na scenę już wiem, że największą atrakcją na tym koncercie nie będzie jej muzyka, ale ona sama. Rzeczywiście - artystce wydaje się kompletnie nie przeszkadzać sytuacja sceniczna, a opowieści, którymi raczy publiczność (której zdaje się zupełnie nie dostrzegać) nie mogłyby być bardziej oderwane od rzeczywistości. W pewnym momencie zastanawia się na głos, jak to by było być hamburgerem, nagle zaczyna skakać pod sufit (choć jeszcze przed chwilą kilka piosenek wykonała niemal nieruchomo stojąc na krześle), zbiega ze sceny i gładzi każdego tiulową chustką czy prowadzi długie monologii z umieszczoną na stopie peruką imieniem Liliana (o ile dobrze zapamiętałam jej imię).

Choć brzmi to maksymalnie absurdalnie… To bardzo spójne i naprawdę przyjemnie się tego doświadcza. Prezentowany na KODACH projekt “Iris Silver Mist” powstał w czasie pandemii, kiedy odwołano koncerty, a wraz z nimi zniknęła fizyczna obecność publiczności. To poczucie pustki skłoniło artystkę do eksplorowania świata zapachów, za którymi tęskniła, nie-namacalnych dowodów istnienia drugiego człowieka obok. Hval uwielbia zacierać granice - w kompozycjach pomiędzy popem, elektroniką i ambientem, w życiu - pomiędzy tym, co na scenie, a tym, co poza nią.

Jej swobodne zachowanie przypomina mi wywiady z Aurorą, które co rusz wpadają w viral - obie artystki całkowicie odmawiają utrzymywania jakiekolwiek maski, autoprezentacji, kompromisu, w tym, kim są. Mówią to, na co w danej chwili mają ochotę tak, jakby cały świat był ich przyjacielem… I w odpowiedzi na tą ufność, takim właśnie się staje.

Jeden głos, jedna kobieta, miliony melodii naraz

Japońska klasyczna muzyka dworska i pieśni ludowe, operowe ornamenty, śpiew bułgarski, chorały gregoriańskie i europejskie awangardy. Połączenie tych wszystkich elementów w jednej osobie, w jednym głosie wydaje się zadaniem absolutnie karkołomnym… A jednak Hatis Noit się go podjęła i na scenie stanęła zupełnie sama. Prosta, biała szata, gładko zaczesane włosy, bose stopy, punktowy reflektor przecinający ciemność zza jej pleców, jakby to ona była źródłem światła. Jedyną ozdobę stanowi skomplikowana biżuteria twarzy utkana z piór - i jej przeszywający jak nóż głos.

I szybko okazuje się, że nic więcej nie potrzeba.

Uważam, że nie potrzebuję w muzyce słów - wystarczy sam głos, jego barwa, natężenie. Choć nie mówicie po japońsku, i tak na pewno zrozumiecie bez problemu, o czym śpiewam, co chcę przekazać. Słowa nie są w stanie opisać wszystkiego, co czujemy. Jak dokładnie zwerbalizować doznania noworodka trzymanego przez matkę w ramionach? Czuje jej skórę na policzku, jej ciepło i wilgoć, jakieś uczucie miłości od niej… Ale trudno to idealnie zwerbalizować. Muzyka to język, który potrafi oddać to doznanie, uczucie, wspomnienie miłości. - Hatis Noit

Oddechy, przydechy, syknięcia, operowe giro i ptasie trele, złamane frazy, uderzenia w pierś - Hatis nie ogranicza się do “jedynie” śpiewania. Swoje ciało traktuje jak pudło rezonansowe - które, jak opowiadała podczas koncertu, mocno zmieniło się po ciąży i porodzie.

Nadal się go uczę, nadal wszystko jest dla mnie nowe, dlatego, jeśli załamie mi się głos proszę, bądźcie dla mnie wyrozumiali. - Hatis Noit

Zupełnie jednak niepotrzebnie - porównując koncert z nagraniami studyjnymi doświadczenie życiowe wydaje się tylko dodawać jej głosowi mocy i dojrzałości. Jej muzyczna droga rozpoczęła się w wieku 16 lat podczas podróży do Nepalu, gdzie w świątyni w Lumbini usłyszała śpiew buddyjskiej mniszki. Kiedyś podziwiała niezwykłą siłę ludzkiego głosu jako pierwotnego i instynktownego instrumentu, dziś dzieli się nim już sama. 

Sam pseudonim jest nieprzypadkowy - Hatis Noit pochodzi z japońskiego folkloru i oznacza łodygę kwiatu lotosu łączącą świat żywych z wymiarem umarłych. I to bardzo mocno czuć - wielowarstwowe, nakładające się na siebie w zupełnie nieoczywiste sposoby, przeplatające i pulsujące jak tętno kompozycje powstałe wyłącznie przy pomocy wokalu przypominają całą orkiestrę i mają aspekt wręcz rytualny, duchowy. Kiedy ostatnia nuta wybrzmiewa, jeszcze przez chwilę na sali jest zupełnie cicho - dopiero kiedy artystka kiwa głową z cichym przyzwoleniem rozlegają się oklaski. A to jak nic innego świadczy o klasie koncertu.

Organizator główny: Ośrodek Międzykulturowych Inicjatyw Twórczych ROZDROŻA
Kurator programowy: Grzegorz Paluch 

Redakcja poleca

Źródło: Radio Chillizet, YouTube, Facebook, materiały prasowe festiwalu KODY