"Stale zaciągamy jakiś dług wdzięczności". Anna Dziewit-Meller o najnowszej powieści "Juno"

15 min. czytania
Aktualizacja 09.07.2024
05.06.2024 15:20
Zareaguj Reakcja
---- ----

Dzisiaj porozmawiamy o książce, której lektura wywołała we mnie sporo emocji. Książce, która z jednej strony dostarcza rozrywki czytelniczej, a z drugiej kąsa. Pod warstwą fabuły, której osią jest historia dwóch sióstr, ukryte są rozmaite obserwacje dotyczące między innymi poczucia winy, z którego kobiety w Polsce są chyba ulepione, a także długów finansowych i emocjonalnych, lęku przed przemijaniem oraz niespełnionych życiowych ambicji. Chodzi o "Juno", czyli najnowszą powieść Anny Dziewit-Meller.

Anna Dziewit-Meller z psem na fotelu
fot. JACEK DOMINSKI/REPORTER/ East News/ Anna Dziewit-Meller
--1-- ----

Hanna Rydlewska: Będziemy dzisiaj analizować różne warstwy Twojej książki, ale chciałabym zacząć od wątku, który wydaje mi się szczególnie bliski (pewnie z uwagi na PESEL), czyli od tak zwanych wieków średnich. Bohaterki Twojej powieści, Aleksandra i Marianna, są w takim momencie życia, kiedy nachodzi je ochota na refleksję. Patrzą na to, co było, co chciały osiągnąć, a czego może nie osiągnęły. To jest trudny moment. 

Anna Dziewit-Meller: Mam podobnie, też wkroczyłam w wiek średni (śmiech). Wydaje mi się on znacznie ciekawszy niż okres dojrzewania. To taka chwila, w której jesteś już bardzo doświadczoną życiem osobą, która może spojrzeć w swoją przeszłość i podjąć refleksję na temat tego, co się udało, co się nie udało, czy moje marzenia były w ogóle moje, czy je zrealizowałam, czy było warto. Z drugiej strony mamy przed sobą jeszcze sporo życia i można wejść w tę drugą połowę bardziej świadomie. Tak pokierować swoim życiem, aby jeszcze coś z niego mieć, a nawet – jeśli jest taka potrzeba – zmienić je zupełnie.

Ale przecież zatraca się tę młodzieńczą niewinność i taką naiwność, kiedy człowiek myślał, że wszystko jeszcze jest możliwe, że wszystko jeszcze przed nim?

Anna Dziewit-Meller: Myślę, że to jest ważna zmienna. To jest czas, kiedy rozumiesz, że pewne rzeczy już się w twoim życiu nie zdarzą, np. z powodu biologi albo czasu. Jeśli kiedyś marzyłaś o zostaniu lekarzem, to teraz może być ciężko nim zostać...

Ja na przykład żałuję, że nie poszłam na architekturę. To jest taki fajny zawód...

Anna Dziewit-Meller: Oczywiście znamy przypadki osób, którym się udało, ale – moim zdaniem – są to wyjątki. Mówi się, że można wszystko w każdym wieku, ale czy tak naprawdę można? Czy mamy na to siłę? Czy mamy na to przestrzeń życiową, przy nawale obowiązków i zobowiązań? Ten wiek średni jest niezwykły, też dlatego, że jesteśmy gdzieś pomiędzy naszymi dziećmi, które zaczynają dojrzewać, dorastać, stawać się kimś innym w relacjach z nami, a naszymi rodzicami, którzy zaczynają chorować, odchodzić.

To jest taka sztafeta pokoleń, która jest widoczna w Twojej powieści, właśnie za sprawą odchodzenia ojca Twoich bohaterek. To wtedy stają one przed lustrem i zastanawiają się, kim są.

Anna Dziewit-Meller: Ta refleksja jest piekielnie trudna, nieprzyjemna, bolesna, czasem bywa bardzo bolesna.

"Stała przed nią kobieta podobna do niej w jakimś ogólnym zarysie, a jednak zupełnie inna. Taka, której nie znała jeszcze, mając się wciąż za, jeśli już nie młodą, to chociaż młodzieńczą..."

Anna Dziewit-Meller: Tak mówi o sobie Aleksandra w momencie, w którym dokonuje się coś bardzo trudnego w jej życiu – odchodzi jej ojciec.

Cytat kolejny: "Nie trzeba iść po kredyt na mieszkanie w bloku z wielkiej płyty, na samochód, wakacje, Thermomix, albo na inne atrybuty klasy średniej, wyższej, czy niższej, by stać się dłużnikiem. Życie ludzkie historią jest kredytu". W jakim sensie?

Anna Dziewit-Meller: Jesteśmy sobie nieustająco coś winni. Zaciągamy zobowiązania u różnych ludzi, których spotykamy na swojej drodze, czasami zupełnie nieświadomie, czasami z premedytacją i robimy to w dwie strony, to znaczy ktoś zaciąga zobowiązania u nas, a my u kogoś. To skłania mnie do refleksji, w jak bardzo utowarowionej rzeczywistości w tym świecie funkcjonujemy. Myślę, że większość z nas czasami woli, wręcz z premedytacją, urynkowić pewne rzeczy, czyli zapłacić komuś za coś, niż mieć u niego dług wdzięczności.

W tej książce jest to wyraźnie pokazane. Jedna z sióstr postanawia wziąć kredyt w banku, czyli właśnie urynkowić swoją sytuację finansową. Druga natomiast nie waha się sięgnąć po pomoc ojca. To buduje pewnego rodzaju napięcia w rodzinie, pytanie, kto ma lepiej...

Redakcja poleca

Ciężko rozstrzygnąć, który dług jest gorszy: czy ten frankowy kredyt, czy dług wdzięczności, wiążący się z poczuciem winy, poczuciem zobowiązania wobec rodzica.

Anna Dziewit-Meller: Tak, ten dług wdzięczności jest trudny do spłacenia. Pytanie, czy rodzice oczekują takiej spłaty zobowiązań przez dzieci. Pewnie podświadomie tak. "Ja tyle dla ciebie poświęciłam, zrobiłem, więc teraz ty musisz się odwdzięczyć". Myślę, że jest to temat aktualny w bardzo wielu rodzinach i wielu z nas się musi się z tym zmierzyć.

"Najbardziej do kupienia była na wolnym rynku dusza aspirującej Polki, która chciała się postarać jeszcze bardziej, jeszcze trochę wyżej, mocniej, lepiej, bo była tego warta". To oczywiście próbka tego, jak piszesz. Przyznam, że czytając "Juno", naprawdę rechotałam. Ty w bardzo zgrabny i mądry sposób bawisz się rozmaitymi kliszami, hasłami, wybijasz nas cały czas z rytmu, bo z jednej strony mówisz o rzeczach smutnych, a z drugiej robisz to po prostu śmiesznie.

Anna Dziewit-Meller: Bardzo mi zależało na tym, aby w tej książce było dużo poczucia humoru. Uwielbiam takie dzieła, w których te poważne tematy można pokazać również poprzez humor. To bardzo trudne do osiągnięcia. To jedyna sytuacja, w której człowiek, czytając książkę, ma reakcję fizjologiczną. Jeśli coś go śmieszy, to jego ciało reaguje...

Możemy również płakać, to też reakcja fizjologiczna. Wydaje mi się, że w płakaniu jesteśmy dużo lepsi, natomiast według mnie w komediach Polacy nie przodują.

Anna Dziewit-Meller: To prawda. Lubię autorów, którzy stosują humor w swoich poważnych książkach, na przykład Salman Rushdie, czy Zadie Smith. Uważam, że ich książki są przepełnione humorem, chociaż mówią zawsze o bardzo trudnych rzeczach.

Ale ty odwołujesz się do "Gargantui i Pantagruela", a więc do Rabelaisa.

Anna Dziewit-Meller: Tak, Rabelais, arcykomedia. Bardzo gorąco państwu polecam sięgnięcie do tego tekstu w genialnym tłumaczeniu Boya-Żeleńskiego. Przeczytałam to, pisząc książkę, i bawiłam się świetnie. To jest po prostu tak gęste, tak śmieszne, tak dobre.

Ty bawisz się narracją, wybijasz nas z różnych czytelniczych nawyków. Czy ty się trochę nie naśmiewasz z osoby, która cię czyta? To, co piszesz, bywa złośliwe (śmiech).

Anna Dziewit-Meller: Może trochę, być może ma na to wpływ moje obecne zajęcie. Jestem wydawczynią i w głównej mierze pracuję z cudzymi tekstami, cudzymi książkami i z odbiorem tych książek przez polską publiczność. Nie wiem, czy mogą użyć takiego sformułowania, ale czasem "ryje to beret". Naprawdę. To jest zdumiewające, jak na pstrym koniu, ta łaska publiczności, czy krytyki, jeździ.

Bo często są to rozbieżne oczekiwania. Krytycy chcą czegoś innego niż publiczność.

Anna Dziewit-Meller: Tak, zazwyczaj tak jest.

Jak temu sprostać? Każdy chce napisać książkę, która stanie się popularna i która się sprzeda, a z drugiej strony chce mieć też pozytywne recenzje w "Polityce". Ty akurat miałaś dobrą (śmiech).

Anna Dziewit-Meller: Tak, ja akurat miałam dobrą (śmiech). Natomiast wydaje mi się, że nie da się sprostać tym oczekiwaniom, bo zawsze znajdzie się ktoś, komu się ta książka, czy to dzieło nie będzie podobało. Pisząc tę książkę, starałam się sprostać tylko własnym oczekiwaniom. Chciałam, aby pisanie sprawiało mi radość, bo miałam niezmiernie mało czasu na tę działalność. Musiałam więc się wyłączyć i nie myśleć, o tym, do kogo ta książka trafi. Ale rzeczywiście jest ona swego rodzaju zabawą z czytelnikiem. Nie chcę mówić, że trochę sobię kpię...

Oj kpisz, kpisz (śmiech). Kpisz z naszych oczekiwań, tego, że mają być "momenty", że "co chwilę ma być zwrot akcji", że "finał musi uderzyć w nas z siłą huraganu".

Anna Dziewit-Meller: Jesteśmy tak konserwatywni w swoich oczekiwaniach czytelniczych, czy w ogóle dotyczących konsumpcji kultury. My wiemy, jak ma być, i my to wyrażamy w swoich postulatach i oczekiwaniach. Moja książka w pewnym sensie idzie, jakby w poprzek tego, i mówi: "Tak? Popatrz, robię zupełnie inaczej. I co teraz?" Sprawiło mi to bardzo dużo przyjemności. Na razie widzę, że czytelnicy się nie denerwują, przeciwnie, podążają za tym i sprawia im to jakąś przyjemność.

A jakie są czytelnicze mody? Co teraz jest "hot", z perspektywy wydawczyni? Pewnie HERstorie...

Anna Dziewit-Meller: Tak i nie. Wydaje mi się, że przede wszystkim wieś, ale gdy rozmawiam z krytykami literackimi, to oni mówią, że "jak przeczytają jeszcze jedną powieść o polskiej wsi, to się zastrzelą" (śmiech). Wieś jest na pewno jakimś mocnym motywem, jeśli chodzi o literaturę piękną, tę aspirującą do nagród literackich.

Natomiast, by zobaczyć co jest "hot", wystarczy rozejrzeć się na targach książki. Wydaje mi się, że obecnie jest moda na literaturę "young adult", fantasy. Zdaje się też, że czytają głównie młode dziewczyny.

Redakcja poleca

Może to są właśnie te "procenty pozytywne", które urosły w skali czytelnictwa w Polsce? Młodzi ludzie zaczęli czytać.

Anna Dziewit-Meller: Tak, aczkolwiek mam zastrzeżenia do tych ostatnich badań Biblioteki Narodowej, i tego radykalnego wzrostu czytelnictwa, bo...

Powątpiewasz w to, bo widzisz słupki sprzedaży?

Anna Dziewit-Meller: Tak, ale rzeczywiście młodzi ludzie zaczęli czytać książki, i co ciekawe, siegają po książki papierowe. Zapewne wynika to z tego, że to jest obiekt, który można pokazać na Instagramie, na TikToku...

Podobnie jest z magazynami w wersji drukowanej. To niesamowite!

Anna Dziewit-Meller: Tak, to jest ważny element, który należy brać pod uwagę, dlatego będąc wydawczynią, również literatury fantasy dla młodzieży (prowadzę taki brand, który się nazywa Uroboros), drukuję książki dla nich najładniejsze ze wszystkich, jakie mamy. One muszą mieć barwione brzegi, specjalne uszlachetnienia na okładkach, wstążeczki, zakładki. To jest po prostu edytorsko najładniejsze.
Można oczywiście mówić, że jest to kiczowate, ale oni tego oczekują. Chcą, aby były kolorki, że się świeciło, żeby to pięknie wyglądało na obrazku w telefonie.

"Juno" też ma ładną okładkę, ale zawartość też jest dobra (śmiech). Jedna z sióstr, Aleksandra, jest pisarką, nie do końca spełnioną. Nosi się z zamiarem popełnienia wielkiej powieści na temat Marii Cunitz. Co ciekawe, to jest powieść, którą ty też próbujesz napisać, prawda?

Anna Dziewit-Meller: Tak, tak. Właściwie ta książka, którą masz w ręce, wzięła się z tego, że kiedyś zaplanowałam, i nawet umówiłam się z moim wydawcą, że napiszę wielką powieść historyczną o Marii Cunitz. Póki co, podobnie jak moja bohaterka Aleksandra, zgromadziłam dużo książek na jej temat i na temat XVII wieku na zachodzie Europy, wojny trzydziestoletniej i tak dalej, i tak dalej... No i one się kurzą.

To zacytuje fragmencik: "w związku z tym, że za mało pisała, nieustannie czytała, i dzięki temu o życiu swojej przyszłej bohaterki wiedziała już tyle, że mogłaby poprowadzić seminarium dla studentów na jej temat".

Anna Dziewit-Meller: No tak to właśnie bywa (śmiech). To jest taki rodzaj prokrastynacji zapewne, że skupujemy te rzeczy i czytamy, bo to jest przyjemny element pracy nad książką, ten cały research. Ale wracając do tematu, tak, miałam napisać tę książkę. Może ją kiedyś napiszę i od razu zaznaczam: proszę nie pisać powieści o Marii Cunitz, bo ja ją zaklepałam (śmiech). Moja bohaterka, Aleksandra, też usiłuje coś takiego zrobić i uważa, nie wiem dlaczego, że to zmieni jej życie.

To ja zamienię się w adwokata diabła i zapytam: po co nam w ogóle taka powieść o astronomce z XVII wieku? Skoro sama piszesz, że świat ciągle produkuje fabuły na każdy temat. Mamy Facebooka, mamy Netflixa...

Anna Dziewit-Meller: To jest doskonałe pytanie, które stawia również mój narrator w książce. Ja w ogóle uważam, że warto zadawać te pytania: dlaczego piszemy, dlaczego tworzymy, komu chcemy, co i jakimi środkami opowiedzieć. Ale są też pytania do odbiorcy: po co on to czyta, co mu to daje, dokąd go to prowadzi, czy to podążanie za jakąś modą? "Dziś interesuje się tym, bo wszyscy się tym interesują". Pytanie, czy mnie w ogóle to naprawdę interesuje...

Aleksandra ewidentnie chce sobie coś udowodnić, ale chyba bardziej sobie, niż czytelnikom.

Anna Dziewit-Meller: Ona uważa, że stać ją na więcej, a jednocześnie ma syndrom oszustki, czyli boi się, że nie jest wystarczająco dobra we wszystkim, co robi.

Pracuje w telewizji śniadaniowej i zajmuje się tym, że ziemniaki mają dużo potasu...

Anna Dziewit-Meller: Tak, jak to w programie porannym telewizji śniadaniowej, zajmujesz się wszystkim, jesteś ekspertką od wszystkiego. Wiem, co mówię, bo kiedyś pracowałam tak, akurat jako pani od książek, ale obserwowałam moje koleżanki i kolegów. Trzeba się po prostu znać trochę na wszystkim. Zresztą dla takich osób jak ja, które interesują się wszystkim, praca dziennikarki, dziennikarza, ale też i pisarki, to idealna praca, bo jesteśmy takimi dyletantami, którzy się dość powierzchownie zajmują wieloma rzeczami i przechodzą dalej. To mnie na przykład odróżnia od moich przyjaciółek, które są na uniwersytecie. One zgłębiają jeden temat bardzo porządnie, a ja wiele... To jest kwestia osobowości, potrzeb,

No, ale wejście w powieść o Marii Cunitz wymagałoby takiej benedyktyńskiej pracy, bliżej byłoby ci do akademika.

Anna Dziewit-Meller: Tak i dlatego właśnie nie ma tej książki (śmiech).

Twoja bohaterka to kobieta w średnim wieku, z aspiracjami, ale też walcząca z wiecznym poczuciem winy. Mam tu taki cytat: "Miała poczucie winy, że w sumie nic nie robi, że nie jest teraz z dziećmi, chociaż ma wolny dzień i powinna siedzieć z nimi na działce. Z mężem i całą rodziną, zamiast poświęcać się swemu, jak to nazywał Marek (czytaj mąż) hobby. Poczucie winy, że w ramach tego hobby, nie napisała ani jednego słowa". To poczucie winy jest chyba czymś, co nas zżera nieustannie, prawda?

Anna Dziewit-Meller: Mogę powiedzieć za siebie, że na pewno, ale obserwacja uczestnicząca, czyli moje wszystkie liczne przyjaźnie i znajomości z kobietami, potwierdza, że to jest zjawisko szersze, nie dotyczące wyłącznie mnie. Mamy wobec siebie ogromne oczekiwania, stawiamy sobie na naprawdę nierealistyczne cele bycia najlepszą wersją siebie we wszystkich odsłonach. To jest po prostu niemożliwe, bo jesteśmy słabymi ludźmi z wszystkim, co się z tym łączy.

Ale czy to nie jest scheda po galopującym kapitalizmie, który nas wychował, a także po tych niepodpartych rzetelną wiedzą coachingach, podczas których wmawiano nam, że zawsze można wyżej i lepiej?

Anna Dziewit-Meller: Uwierzyłyśmy w hasło: "Możesz być we wszystkim dobra", że wejście na rynek pracy jest dla ciebie, ale jednocześnie powinnaś też mieć dom, ogród, psa, powinnaś pięknie, młodo, wyglądać i być fit, ale bez przesady, powinnaś mieć przyjaciółki, a także czas na rozwój, czytać, chodzić do kina i spędzać czas z bliskimi. Powinnaś też być świetna w pracy, świetna w łóżku. Kochać męża, który powinien być też twoim przyjacielem. A tak się nie da, nie można spełnić wszystkich oczekiwań.

Ty to już wiesz?

Anna Dziewit-Meller: Tak, już wiem, że się nie da. Poddałam się. Próbowałam wielu różnych rzeczy w swoim życiu i wiem, że po prostu nie da się podołać wszystkiemu. Co nie zmienia faktu, że żyję w nieustającym poczuciu winy. Podobnie jak moja bohaterka. Będąc w pracy, a często zdarza mi się być w pracy wieczorami, bo mam spotkania autorskie moich autorów, na które jeżdżę, czy jeżdżę na festiwale literackie, mam poczucie winy, że nie ma mnie w domu. Kiedy jestem w domu, to czuję się winna, że wszyscy tam są, a mnie tam nie ma, a powinnam być.

A jak się z tego uleczyć? Czy powiedzenie o tym głośno może być jakąś formą terapii?

Anna Dziewit-Meller: Coś w tym jest. Myślę, że rozmowa, która zmusza nas do jakiejś wiwisekcji i nazwania tego, jak się czujemy, nigdy nam nie zaszkodzi. To ważne, by mówić o sobie prawdę tym osobom, którym ufamy. Dobrze jest mieć takie osoby w swoim otoczeniu, którym można powiedzieć, że jest się strasznie zmęczoną, że nie ma się siły, nastroju, i że zły humor wynika z tego, że jesteśmy skrajnie przemęczeni. Oczywiście zawsze warto pójść na terapię, chociaż nie jest to dla wszystkich dostępne.

Ale terapia w twojej powieści też jest w krzywym zwierciadle. 350 złotych za stek banałów.

Anna Dziewit-Meller: Różnie z tym bywa, bo żyjemy w świecie, w którym wszystko jest potwornie urynkowione. Późny kapitalizm jest trudnym momentem do funkcjonowania. Wszystko jest monetyzowane w taki, czy inny sposób. To jest trochę przerażające. Moi młodsi koledzy mówili mi, że zazdroszczą mi tego, że żyłam i już byłam taką, powiedzmy, twórczą i świadomą osobą na początku lat dwutysięcznych, kiedy nie było jeszcze mediów społecznościowych. Oni mówią: "byliście wolnymi ludźmi, mogliście pisać, co chcecie i nie zastanawialiście się, jak to wpłynie na waszą przyszłą karierę". Rozumiem to, ale jest to dla mnie takie dojmująco przykre, że już tak nie jest i że wewnętrznie się sami cenzurujemy.

Redakcja poleca

Media społecznościowe są ważnym wątkiem w Twojej książce. Nie tylko dlatego, że Marianna jest influencerką beauty i stylistką paznokci, ale też dlatego, że te media społecznościowe są dzisiaj dźwignią handlu. Nie tylko, jeśli chodzi o emocje i relacje, ale także i książki.

Anna Dziewit-Meller: Nie raz rozmawiałam z moimi przyjaciółmi, którzy piszą, że media społecznościowe, to jest jakby drugi etat. Musisz je mieć i najlepiej aktywne działać na nich, żeby pomóc sobie samemu w promocji swojej książki. To nie jest proste zajęcie, nie każdy ma dryg do tego, nie każdy też ma na to ochotę, a to jest potwór, którego ciągle musisz karmić.

A czy Ty, jako wydawczymi, sprawdzasz, ile followersów ma autor, który zgłosił się do Ciebie?

Anna Dziewit-Meller: To zależy. Jeżeli chodzi o książki, na przykład dotyczące rozwoju, czy literaturę gatunkową, popularną, to oczywiście, że tak. To jest dla mnie ważny wskaźnik, bo on się potem po prostu przekłada na sprzedaż takich książek. Co do literatury pięknej, to na szczęście, jeszcze nie muszę w ten sposób działać. Jeśli coś mnie zachwyci, to po prostu to wydajemy. To jest fajne. Ale niestety te media społecznościowe i to, jak w nich funkcjonujesz, ma duże znaczenie.

A ty dbasz o swoje media społecznościowe?

Anna Dziewit-Meller: I tak, i nie. Moje profile są dość chaotyczne, przypadkowe i nie ma tam żadnej przemyślanej strategii. Oprócz tej, że nie ma tam moich dzieci i nigdy nie było. Bardzo staram się tego pilnować. Jestem wielką przeciwniczką sharentingu w każdym aspekcie. Oczywiście myślę o mediach społecznościowych, ale to nie jest tak, że spędza mi to sen z powiek, że zastanawiam się, co jutro wrzucić. Czasem jest tak, że przez długi czas nic nie robię, bo mi się po prostu nie chce, albo nie mam nic do pokazania, oprócz psa (śmiech).

Ale media społecznościowe trochę implikują to, że nie zgadzamy się na zwyczajność w naszym życiu. "Juno" jest taką pochwałą beznadziejności. Wszyscy jesteśmy beznadziejni, zgódzmy się na to.

Anna Dziewitt-Meller: Tak, ta nieustająca potrzeba pokazywania, że coś dzieje się w naszym życiu sprawia, że nadajemy rangę kompletnie idiotycznym rzeczom. Czasami banalność tych wypocin obezwładnia. A życie bywa gnuśne, nudne, powtarzalne. Chodzimy do sklepu, smarujemy bułkę, zbieramy kupę po swoim psie z trawnika. Z tego głównie składa się życie. Czy to jest takie straszne?

Dla mnie trochę tak, ale wiesz, mi sę kiedyś wydawało, że wszystko będzie jak w filmie. No i okazało się, że owszem jest to film, ale polski, niskobudżetowy, może kino moralnego niepokoju (śmiech).

Anna Dziewitt-Meller: Ja już jestem na etapie, że takie zwykłe życie nawet mnie cieszy. Wiem, że taka ekscytacja zdarza się rzadko, ale jak się zdarza, to umiem ją wyróżnić. Czuję, że dzieje się coś niezwykłego, bo na co dzień jest nuda, a ja zaczęłam się w tej nudzie odnajdywać. Kiedyś dążyłam do tego, aby były fajerwerki, a teraz po prostu mi się nie chce.

To może rozbroimy jeszcze jeden mit – chodzi o mit idyllicznej polskiej wsi. To, jak sama wspomniałaś, aktualnie motyw niezwykle chodliwy w literaturze. Wszystko wzięło się z "Chłopek", które są świetne i z tym nie dyskutujemy, ale jak każdy trend od czegoś dobrego można pójść w nie najlepszą stronę. W "Juno" pokazujesz, że polska wieś to nie jest taka Arkadia, jakby się wydawało.

Anna Dziewitt-Meller: Jest wiele opowieści o tym, że mieszczuch dochodzi do jakiegoś kresu i wyprowadza się na wieś, gdzie hoduje pszczoły, kozy i tym podobne. Chcemy wierzyć, że to idylla i że wszystko świetnie się układa. Mam jednak to szczęście, że bardzo często bywam na Mazurach i przyjaźnię się z ludźmi, którzy tam żyją. Niektórzy są tam od urodzenia, inni przyjechali, by spełnić ten sen mieszczucha. To są ludzie, którzy bardzo ciężko pracują, nie znam nikogo, kto by tak ciężko pracował, jak oni. Bo to stado krów, czy owiec, które oni hodują, nie są zainteresowane faktem, że ty chcesz jechać na wakacje, albo że jest Wigilia i chcesz ją spędzić z rodziną. Musisz tam zawsze być. To jest naprawdę bardzo ciężka praca, dlatego ja bardzo doceniam tych wszystkich ludzi, którzy nas karmią. Myślę, że niewielu chciałoby być na ich miejscu. Ta wizja wsi spokojnej, wsi wesołej, którą sobie czasem tutaj w mieście serwujemy, jest po prostu niemądra.

Ty o przyrodzie piszesz pięknie, ona może być źródłem siły, tak jak to tytułowe jezioro Juno, w którym uwielbia się pluskać Marianna. Ty Mazury odkryłaś w dorosłym życiu, co Cię tam tak urzekło?

Anna Dziewitt-Meller: Na Mazury pojechałam po raz pierwszy jako dwudziestoparoletnia osoba. Pochodzę ze Śląska i jak już jechało się na północ, to raczej nad morze. Urzekła mnie przede wszystkim przyroda. Mieszkam w takiej mniej turystycznej części Mazur, na pograniczu Warmii i Mazur. Mam dom w lesie, nawet nie we wsi. W czasie pandemii spędziliśmy tam półtora roku. Żyliśmy tam całą rodziną i to było nieprawdopodobne doświadczenie. Przyrodę obserwowałam każdego dnia, widziałam, jak się zmieniają pory roku. Jestem wdzięczna Mazurom za tę możliwość. Dlatego też zależało mi na tym, aby w książce było jezioro i pływanie, bo mam poczucie, że to ważny motyw. Mam wrażenie, że we wszystkich rytach przejścia, ta woda ma znaczenie. Zanurzenie w wodzie jest jak katharsis, oczyszczenie...

Ale też może oznaczać śmierć... Tę książkę zadedykowałaś swojemu tacie.

Anna Dziewitt-Meller: Tak, pisałam tę książkę w bardzo trudnym dla siebie momencie, kiedy żegnaliśmy się z moim odchodzącym tatą. Jest w niej dużo z tej mojej własnej, chyba wciąż nieprzepracowanej jeszcze, żałoby. Czasem czuję się, jak moja bohaterka Aleksandra, która po śmierci ojca patrzy w lustro i widzi, że jest już kimś zupełnie innym, że jest kimś, kto nie ma ojca...

Aniu, bardzo dziękuję Ci za to spotkanie.

Redakcja poleca

Źródło: CHILLIZET/ Podcast "Edycja Limitowana"