Zioła są wszędzie – wystarczy się zatrzymać. Wywiad z Sylwią Kawalerowicz
Sylwia Kawalerowicz, autorka książki "Moc ziół. Zielarki i ich sekretne przepisy", opowiada o powrocie do natury, ziołach, które mamy pod nosem, oraz o kobietach, które łączą tradycyjną wiedzę zielarską z nauką. To rozmowa o zwolnieniu tempa i codziennych rytuałach zakorzenionych w przyrodzie.
W świecie zdominowanym przez pospieszny tryb życia i technologię coraz więcej osób szuka sposobów na powrót do natury. Sylwia Kawalerowicz, autorka książki "Moc ziół. Zielarki i ich sekretne przepisy", przygląda się współczesnym zielarkom i ich praktykom – opartym nie tylko na wiedzy pokoleń, ale także na solidnym wykształceniu i naukowych podstawach. W rozmowie z Katarzyną Kozak opowiada o inspiracjach, powrotach do dzieciństwa, mocy roślin oraz o tym, jak zacząć swoją przygodę z ziołami – nawet w centrum miasta.
Katarzyna Kozak: Napisałaś książkę „Moc ziół. Zielarki i ich sekretne przepisy”. Z jakiej potrzeby powstała ta książka?
Sylwia Kawalerowicz: To długa i wielowątkowa historia – jak to zwykle bywa. Przyroda zawsze była mi bliska. Wychowałam się w czasach, gdy dzieciaki spędzały czas na podwórku, plotły wianki z mniszka lekarskiego. Wtedy jeszcze myślałam, że to mlecz (śmiech). Ręce miałam pomazane sokiem z łodyg, ale wspominam to jako coś niezwykle bliskiego. Później przez lata pracowałam jako redaktorka magazynu o kulturze – bywałam głównie w klubach i knajpach w Warszawie. Aż do momentu, gdy urodziły się moje dzieci i znowu wróciłam (wraz z nimi) na te podblokowe łąki.
Bezpośrednim impulsem do napisania książki były właśnie dzieci. Zaczęły zadawać pytania o najzwyklejsze rośliny rosnące na trawniku. Nie umiałam im odpowiedzieć, więc zaczęłam szukać informacji. I tak się to zaczęło.
Dzieci były impulsem do napisania tej książki, a we mnie uruchomiła ona wspomnienia z dzieciństwa. Przeglądając ją, przypomniałam sobie, jak moja babcia zbierała bylicę czy robiła szampon z pokrzywy. To obrazy, o których zapomniałam.
Sylwia Kawalerowicz: Z tymi roślinami jest trochę jak z poznawaniem sąsiadów. Przedstawiamy się sobie, wiemy, kto mieszka obok – i od razu robi się przyjemniej. Podobnie z ziołami – gdy wiemy, jak się nazywają, co z nich można zrobić, przestają być przypadkowymi roślinami na trawniku. Gdy widzę starszą panią zrywającą pod blokiem świeże listki pokrzywy, wiem, że je jakoś wykorzysta, czy do zrobienia szamponu, czy jakiegoś maceratu.
Zbierając materiały do książki, najpierw myślałam: "Jak wspaniale, że to tu rośnie!", a potem pojawiły się ambicje – chciałam robić kremy, napary, domowe kosmetyki. Okazało się jednak, że to nie takie proste. Potrzeba czasu, wiedzy, cierpliwości. Zielarki mówiły, że to zmiana stylu życia – zwolnienie tempa. Przyznaję – poległam. Teraz raczej korzystam z gotowych rzeczy, które ktoś dla mnie przygotowuje.
Mieszkasz w duzym mieście, w Warszawie, prawda?
Sylwia Kawalerowicz: Tak, na blokowisku, ale w mojej okolicy jest sporo łąk, na szczęście nie wszystkie są zabudowane. Bywam tam często. Cieszy mnie, gdy moja córka zbiera ziarenka niecierpka himalajskiego i wie, że można je potem zjeść.
W mieście da się odkrywać zioła, ale twoje rozmówczynie – zielarki – często mieszkają blisko natury. Żeby poznać ich przepisy, musiałaś wyruszyć w podróż. Opowiesz o niej?
Sylwia Kawalerowicz: To był najfajniejszy etap pracy nad książką. Samo pisanie – nie ukrywam – jest dla mnie uciążliwe (śmiech). Ale jeżdżenie po Polsce, rozmowy, spotkania – to była przygoda. Byłam na Pomorzu, na Dolnym Śląsku, w Górach Sowich... Choć nie wszystkie zielarki mieszkają na wsi – niektóre kursują między miastem a naturą. Tak też można (śmiech). Jedna z moich bohaterek – Sara z "Dobrego Ziela" – mieszka w Poznaniu. Pokazuje, że bliskość natury nie wymaga chatki w lesie. Można żyć blisko natury nawet w mieście.
Podobało mi się, że nie pokazujesz zielarek stereotypowo, jako czarownic, lecz jako kobiety z wykształceniem i ogromną wiedzą.
Sylwia Kawalerowicz: Tak, one mają naukowe podejście. Działanie wielu ziół jest potwierdzone laboratoryjnie. Zielarki łączą naukę z "magicznym myśleniem", czyli z bliskością natury, rytuałami, które uspokajają i porządkują życie. Można się śmiać z nazwy "księżycowy napar", ale może on być początkiem refleksji i zmiany tempa życia.
Zielarki przekazały nauce ogrom wiedzy, przekazywanej z pokolenia na pokolenie, a nauka potwierdziła ich intuicję, co do stosowania tych roślin. Ale zawdzięczamy im nie tylko to – one dały nam też etykę, niepisany kodeks życia w naturze...
Sylwia Kawalerowicz: Tak, one wiedzą, że nie można wyzbierać wszystkich roślin z jednego miejsca, bo wtedy za rok ich już tam nie będzie. Jeśli wykopiemy wszystkie kłącza, nie będzie syropów, naparów, nalewek. Szacunek do przyrody jest wpisany w tę filozofię.
Byłoby super, gdyby każdy to rozumiał…
Sylwia Kawalerowicz: Tak. Czasem warto po prostu zatrzymać się i podziękować łące za jej dary, za spokój, który daje. To piękny rytuał. A większość moich bohaterek to młode kobiety – zupełnie inne niż dawne wiejskie "szeptuchy". To współczesne osoby, dla których zioła to ważny, ale nie jedyny element życia.
Jak zbudowana jest twoja książka?
Sylwia Kawalerowicz: Składa się z opowieści zielarek, ich historii i przepisów. Podzieliłam ją na trzy części: zdrowie, uroda i kuchnia. W każdej pojawiają się inne zioła. Są tam też ciekawostki, np. że najlepsze kosmetyki to takie, które można zjeść. Pastą z kozieradki można posmarować twarz i… kanapkę.
Co poradziłabyś osobom, które chcą zacząć przygodę z ziołami?
Sylwia Kawalerowicz: Najpierw warto nauczyć się je rozpoznawać. Na przykład czarny bez ma intensywnie pachnące białe kwiaty – dla mnie pachną nieco mrocznie – ale można z nich zrobić świetny napój. Wystarczy zalać zimną wodą i schłodzić.
Czerwona koniczyna to z kolei "kobiece" zioło – reguluje gospodarkę hormonalną. W książce znajdziecie przepis na herbatkę lub syrop z koniczyny, a jej najważniejszy składnik znajdziecie na każdej łące – byle nie przy ruchliwej ulicy.
Można też pójść do zielarni, kupić tam zioła i przetestować, jak działają. Albo podejść od strony problemu – np. bólu brzucha – i poszukać ziół, które mogą pomóc na go rozwiązać. Tylko warto próbować ziół pojedynczo, z uważnością.
Sara z "Dobrego Ziela" powiedziała ci, że 10 ziół wystarczy na początek. A ty – masz swoje ulubione?
Sylwia Kawalerowicz: Jestem typem "bushcraftowym" – lubię rośliny do podjadania. Lubię pędy świerka, które można schrupać, i żółciaka siarkowego – grzyba, który smakuje jak kurczak. Najbliżej mi więc do kuchennego rozdziału mojej książki (śmiech).
Ta książka jest bardzo inspirująca. Ale zielarki wspominały, że niektóre zioła mogą być niebezpieczne, prawda?
Sylwia Kawalerowicz: Tak. Wiele ziół jest trujących, niektóre mogą nawet zabić. Niektóre mają działanie halucynogenne, np. lulek czarny. Wszystkie opisane w mojej książce zioła są bezpieczne, ale przed ich stosowaniem zawsze warto skonsultować się z lekarzem lub farmaceutą, zwłaszcza przy chorobach przewlekłych. Niektórych ziół nie można też stosować długotrwale.
Dla kogo jest ta książka?
Sylwia Kawalerowicz: Dla osób, które chcą być bliżej natury, albo które szukają naturalnych sposobów na dolegliwości. Ale też dla tych, którzy chcą zwolnić tempo życia i spojrzeć inaczej na świat wokół.
Jeśli to spojrzenie jest wam bliskie, sięgnijcie po „Moc ziół. Zielarki i ich sekretne przepisy” Sylwii Kawalerowicz. Być może odkryjecie zioła rosnące tuż obok waszego domu. A Tobie, Sylwio, dziękuję za rozmowę.
Źródło: CHILLIZET/ rozmowę spisała i przeredagowała Monika Karbarczyk