Syndrom miłego faceta dotyka wielu Polaków. Coach radzi, jak się od niego uwolnić
Na czym polega syndrom miłego faceta? Dlaczego tak wielu mężczyzn wpada w pułapkę "bycia miłym" i jak sobie z tym poradzić? Odpowiedzi udziela Michał Pyziak, trener rozwoju osobistego, specjalizujący się w pracy z mężczyznami, w rozmowie z Jeremim Pedowiczem.
- Syndrom miłego faceta jest dość powszechny. Niektórzy mężczyzni zachowują zbyt miło, nie dlatego, że to wypływa z ich potrzeb, ale dlatego, że nie potrafią inaczej, że żyją w strachu przed odrzuceniem
- Wielu "miłych facetów" zapomina o swoich potrzebach, rezygnując z nich dla jakiego wspólnego, wyimaginowanego celu. Psycholog wspomina o jednym z mężczyzn, który przez 20 lat marzył o jednym, samotnym dniu w górach. Dopiero po wielu latach to mu się udało
- Zdaniem Michała Pyziaka, mężczyzna, który wie kim jest, czego w życiu pragnie, czego w życiu nie chce, jakiego typu relacje chce tworzyć (czy to uczuciowe, czy zawodowe, czy przyjacielskie), jest wiarygodniejszy
- Michał Pyziak, rozmówca Jeremiego Pedowicza, prowadzi warsztaty "Męska ścieżka". Jest też autorem książki poradnikowej o tym samym tytule
Jeremi Pedowicz: Porozmawiajmy dzisiaj o syndromie miłego faceta. Czym on w ogóle jest? Skąd się wziął?
Michał Pyziak: To jest podstawowe pytanie, które musimy podzielić na dwie kwestie. Bycie autentycznie miłym, przyjaznym, opiekuńczym, dobrym człowiekiem jest wspaniałe. Nie ma w tym nic złego, o ile postępujemy tak, bo tak chcemy, tak czujemy i jesteśmy uczciwi w tych działaniach. Natomiast ten syndrom miłego faceta, o którym wspominiałeś, dotyczy innej postawy. Opisał ją amerykański psycholog Robert Glover, w swojej książce "No more Mr Nice Guy" (tłumacząc na polski tytuł brzmiałby: "Dość bycia miłym facetem"). O co chodzi z tym syndromem miłego faceta? Są mężczyźni, którzy zachowują się bardzo miło nie dlatego, że tak chcą, ale dlatego, że nie potrafią inaczej, albo ze stachu, że gdyby zachowywali się autentycznie i prawdziwie, to zostaliby odtrąceni, odrzuceni. W związku z tym zakładają pewną maskę, a może nawet wiele masek na różne okoliczności, dla różnych ludzi, by się im przypodobać, zyskać ich akceptację. Jest to pewien rodzaj manipulacji. Co w tym złego? Złe jest to, że prędzej, czy później to wychodzi bokiem. Im samym, bo robią to zaprzeczając swoim autentycznym potrzebom, ale też i ich otoczeniu. Tacy mężczyźni nie dają dlatego, że chcą dawać, tylko dlatego, że chcą dostać coś w zamian. W pewnym momencie wystawiają rachunek. Tak ten syndrom miłego faceta wygląda, oczywiście w dużym uproszczeniu.
Powiedzmy, że dbam o innych i faktycznie używam tego sposobu manipulacji do tego, aby być akceptowanym, żeby odnaleźć się w różnych sytuacjach społecznych. Nie realizuję własnych potrzeb. Czy to wynika z tego, że ja nie znam własnych potrzeb, czy że ja je celowo odrzucam?
Michał Pyziak: To może wynikać z obu powodów. Rzeczywiście taka osoba, która ma syndrom miłego faceta, może w ogóle nie zdawać sobie sprawy z tego, jakie ma potrzeby, ba... może wręcz uważać, że posiadanie potrzeb jest czymś nie w porządku. Bierze się to oczywiście z dzieciństwa, kiedy nasze potrzeby nie były zaspokajane i stworzyliśmy sobie taki obraz, że "coś ze mną jest nie tak, skoro mam potrzeby, ale nikt o nie nie dba, więc schowam je, nie pokażę ich". Kiedy taka osoba staje się dorosłym metrykalnie mężczyzną, to w dalszym ciągu nie daje sobie prawa do posiadania tych potrzeb, określenia ich, a nawet do ich odczuwania. Bywa tak, że ktoś te potrzeby zaczyna rozumieć, ale nadal nie potrafi ich wyrazić, czy wziąć odpowiedzialności za ich realizację.
A jak się wziąć odpowiedzialność za realizację tych potrzeb? Przecież to – z jednej strony – wymaga wejścia w konflikt z samym sobą i wiąże się z wywróceniem całego swojego dotychczasowego systemu wartości, wierzeń na swój temat. Natomiast z drugiej strony – wiąże się to z życiem w nieustającym lęku...
Michał Pyziak: Jak zadbać o swoje potrzeby? To bardzo ważne pytanie. Wspomniany przeze mnie Robert Glover w swojej książce umieścił kilka bardzo konkretnych zadań, które my również w programach grupowych wyznaczamy uczestnikom. Często proszę ich, aby zrobili sobie listę "dobrych uczynków dla samego siebie", czyli listę drobnych rzeczy, które mogą robić każdego dnia, na które nie trzeba ani dużo czasu, ani dużo pieniędzy. Okazuje się, że niektórzy mają trudność nawet ze wskazaniem 10 rzeczy, a ja proszę ich, aby napisali 30. Aby stworzyli sobie takie menu, z którego będą mogli sobie coś wybierać. To jest dla nich trudne, ale w momencie, kiedy ta lista się pojawia i kiedy zaczynamy codziennie coś z niej robić dla siebie, to wtedy w naszym umyśle dochodzi do takiej kolizji myśli. Z jednej strony mamy to wewnętrzne poczucie, że "nie jestem wiele wart, że na nic nie zasługuję, nic mi się nie należy, że mam siedzieć cicho i czekać aż coś mi spadnie z tego stołu", a z drugiej strony, że "skoro zaczynam coś dobrego dla siebie robić, to muszę jednak być coś wart". Dochodzi do tej kolizji i im dłużej ona trwa, im dłużej jesteśmy konsekwentni w tym robieniu dla siebie dobrych rzeczy, to przekonanie, że może jednak jestem coś wart, zaczyna brać górę. W momencie, kiedy to weźmie górę, to następuje zmiana paradygmatu. Zaczynamy myśleć: "Tak, ja na to zasługuję".
A jak to się przekłada na związek z drugą stroną? Ten mężczyzna do tej pory myślał, że jak będzie miły, opiekuńczy, będzie przewidywał wszystkie potrzeby partnerki, to ona będzie go chciała... Ale ona go nie chce, nie chce wejść z nim w związek, woli myśleć o nim, jak o przyjacielu. Wtedy on może pomyśleć, muszę się zmienić, muszę być twardszy, okrutniejszy. Gdy zmienię swój sposób zachowania, to kobiety będą mnie chciały. Ale to chyba nie tędy droga, prawda?
Michał Pyziak: Nie, to w ogóle nie chodzi o żadne okrucieństwo, o jakąś programową twardość, czy o kolejną zbroję. Chodzi o to, aby postawić swoje potrzeby w centrum swojej uwagi i wziąć odpowiedzialność za ich realizację. Chodzi o to, aby nie mieć pretensji do świata, że ich nie realizuje, tylko rozumieć, że to zależy tylko ode mnie.
Podam przykład mężczyzny, który chce biegać trzy razy w tygodniu, albo raz w tygodniu chodzić na basen, albo po prostu raz na jakiś czas pójść na samotny spacer bez telefonu. To są właśnie takie zwyczajne rzeczy. Może się zdarzyć, że partnerka takiego mężczyzny, która wcześniej spędzała z nim każdą chwilę, powie: "Zróbmy to razem", ale niektóre rzeczy można robić razem, a niektóre trzeba robić osobno. Jeżeli więc ten mężczyzna powie w sposób grzeczny, ale stanowczy: "Słuchaj, to jest dla mnie ważne, chcę pójść samotnie i przewietrzyć trochę głowę, pobyć trochę sam. To nie jest przeciwko tobie. Lubię z tobą spędzać czas, ale raz w tygodniu pójdę sam". To oczywiście ta kobieta może poczuć się zaniepokojona, może nawet wystraszona. Mogą pojawić się jakieś podejrzenia: "Co tutaj się dzieje? Z kim on na te spacery chodzi?", ale z mojego doświadczenia wynika, że w większości przypadków kobiety czują ulgę. Myślą: "Wreszcie nie jest uwieszony na mnie, nie wszystko musi ze mną uzgadaniać. On też ma jakąś podmiotowość". I jeżeli nawet miałoby dojść na tym tle do konfliktu, to moim zdaniem warto, bo to jest taki produktywny konflikt.
Będąc w relacji, czy to uczuciowej, czy to zawodowej, czy to rodzinnej, musimy przyjąć, że konflikty po prostu się zdarzają. Jeśli ktoś sobie postawi za cel unikanie konfliktów za wszelką cenę, to może i ten cel osiągnie, ale jego życie będzie słabe.
Mówiliśmy o relacjach męsko-damskich, a jak to wygląda w relacjach męskich, czyli relacji danego mężczyzny z innymi facetami, przyjaciółmi, ojcem. Czy ci mili faceci mają przyjaciół?
Michał Pyziak: Bardzo często jest tak, że ci mili faceci nie mają bliskich relacji z innymi mężczyznami, ani przyjacielskich, ani nawet koleżeńskich. Jeśli się tych mężczyzn boją, to może to wynikać z tego, że nie mieli pozytywnego wzorca męskiej relacji z ojcem, czy z jakimiś innymi ludźmi, kiedy byli dziećmi. To może być też takie uwewnętrznione poczucie: "jestem gorszy", a relacja z mężczyznami może im się kojarzyć z rywalizacją. Podczas pracy w męskiej grupie staramy się stworzyć taką atmosferę, która pozwala się odsłonić, pokazać to, co naprawdę czujemy, podzielić się tym, co myślimy, również swoimi lękami, obawami, niedoskonałościami. Gdy mężczyźni słyszą podobne historie, to ta zbroja zaczyna topnieć. Czują, że będąc w męskim gronie, też mogą zostać przyjęci. To się nie wydarzy na poziomie czysto intelektualnym, bo nie wystarczy powiedzieć sobie: "Możesz zostać przyjęty". My musimy w to uwierzyć. Kiedy my tego doświadczamy i rzeczywiście czujemy się przyjęci w tej swojej niedoskonałości, to wtedy zaczynamy czerpać z tej relacji.
Żyjemy w czasie zmiany modelu męskości. Zastanawiam się, czy ten forsowany model mężczyzny wrażliwego, niejako nie usprawiedliwia w facetach poczucia bycia miłym. Czy oni nie myślą, że nie muszą tej zbroi z siebie zdejmować, ponieważ bycie miłym jest powszechnie akceptowalne?
Michał Pyziak: Rzeczywiście, ten model niesie wiele zagrożeń. Świat się zmienia, wiadomo że zmieniają się też role. To wszystko jest jasne. Natomiast równocześnie wprowadza to mnóstwo zamętu w naszych głowach i wielu mężczyzn po prostu nie wie, czym się kierować. Może im się wydawać, że robiąc to, czego się od nich oczekuje, zaspakajając potrzeby innych, będą mężczyznami tej nowej ery. To jest – moim zdaniem – olbrzymia krzywda, którą sami sobie czynimy, oraz – w jakimś stopniu – czyni nam to też kontekst społeczny, czy kulturowy. Bo niezależnie, czy mówimy tu o mężczyznach, czy o kobietach, to podstawą powinno być – moim zdaniem – akceptowanie siebie, akceptowanie swoich potrzeb, branie odpowiedzialności, umiejętne stawianie granic, umiejętne wejście w konflikt (chodzi o taką produktywną konfrontację). "Umieć" to nie znaczy robić wszystko na wariata, na chama, brutalnie, ale w sposób świadomy. Wtedy możemy budować relacje, które są relacjami autentycznymi. Mężczyzna, który wie kim jest, czego w życiu pragnie, czego w życiu nie chce, jakiego typu relacje chce tworzyć (czy to uczuciowe, czy zawodowe, czy przyjacielskie), jest wiarygodniejszy. Dzięki temu będziemy bardziej pomocni dla swoich partnerek, rodzin, ale to nie znaczy, że damy siebie "zajechać".
Zmiana tego modelu, tego paradygmatu wydaje się trudna. Co mówią mężczyzni, którzy nauczą się funkcjonowania w zdrowej męskości? Czy zauważają, że ich zachowanie zmieniło się z tych lękowych, na takie, które wynikają z pewności siebie. Co oni o tym mówią?
Michał Pyziak: Mam ten przywilej, że prowadząc kilkumiesięczne programy grupowe, widzę tych mężczyzn na początku drogi. Zawsze rozmawiam z nimi, pytam, czego potrzebują, z czego wynika to, że chcą dołączyć do takiego programu. A potem słyszę, co mają do powiedzenia na końcu, co przez ten czas osiągnęli. To oczywiście jest tylko wycinek ich życia. Nie chodzi przecież o totalną rewolucję w ich życiu. Oni często mówią, że lepiej rozumieją swoje potrzeby w różnych obszarach życia, że potrafię się bardziej świadomie wyrażać. Potrafią powiedzieć: "Zależy mi na tym i na tym, nie chcę tego i tego, porozmawiajmy o tym i o tym, bo tutaj coś nie gra". Biorą odpowiedzialność za swoje emocje, czyli mówią bardziej o sobie, niż o innych osobach. Mówią bardziej, jak się czują, niż "ty mi zrobiłeś, czy zrobiłaś to i to". Zaczyna w nich być więcej życia. Bo to jest tak, że jeżeli tłumimy w sobie jakieś istotne kawałki siebie, ciągle próbujemy się dopasować, to takie działanie kosztuje nas cholernie dużo energii. Jakbyśmy musieli się cały czas tym gorsetem zawijać. A jeśli ten gorset popuszczamy, to wtedy ta energia życiowa może zacząć płynąć w innych kierunkach. Często słyszę wtedy, że ktoś odnowił relację z jakimś przyjacielem, z którym dawno się nie spotykał. Ktoś inny wyjechał z grupą kumpli na weekend. Ktoś inny sam wyjechał w góry, a marzył o tym od 20 lat. Spędzenie samotnie jednego dnia w górach wydawało mu się nieosiągalnym marzeniem! To trudno sobie wyobrazić, ale znam taki przypadek faceta z Krakowa. On właśnie w te góry pojechał i nagle poczuł, że wreszcie spełnił to, za czym tak tęsknił, że on może to sobie w życiu zorganizować i nie oznacza to, że mu się rodzina rozpadnie.
Robert Glover, podczas pewnego spotkania, powiedział, że jego misją życiową jest to, aby uwolnić, wyzwolić mężczyzn. Właśnie to wychodzenie z syndromu miłego faceta daje nam taką zdrową wolność.
Ale czy mężczyźni, z którymi pracujesz, nie mają takich myśli, obaw, że jak przestaną być mili, to mogą pójść w kolejną skrajność, czyli stać się egoistami? Czy nie boją się, że teraz przegną w drugą stronę?
Michał Pyziak: Oczywiście, na początku tej ścieżki pojawiają się takie myśli. Powiem tak, gdy zaczynamy coś nowego, to zdarza się, że czasem przeginamy, ale to dlatego, że uczymy się stawiać granice, których wcześniej nie stawialiśmy. Wcześniej godziliśmy się na wszystko, pozwalaliśmy się innym wykorzystywać, więc czasami zdarza się, że pójdziemy po bandzie. Pojawia się myśl: "teraz nikomu nie pozwolę, by przekraczał moje granice, będę tego twardo bronić". To może trwać przez jakiś czas, ale w pewnym momencie zaczyna się pojawiać równowaga, pojawia się myśl, że ja już czuję, że nie muszę być już taki twardy w tej obronie, bo ja potrafię się już obronić na miękko.
Soft power...
Michał Pyziak: Dokładnie, więc taka obawa, że stanę się egoistą, kimś nie do wytrzymania, może się oczywiście pojawić, ale w tego typu programach, warsztatach nikt nie prowadzi mężczyzn w tę stronę.
Życzymy wszystkim mężczyznom, aby odnaleźli jakąś równowagę i swobodę wyrażenia siebie. A jeśli cierpią na syndrom miłego faceta, to niech będą mili, ale bez tego syndromu. Dziękuję za rozmowę.
Źródło: CHILLIZET/ audycja "Tylko dla dorosłych"/ rozmowę spisała i przeredagowała Monika Karbarczyk