Kobiety naciągają facetów na jedzenie w knajpach? "Mężczyźni często na to narzekają"

11 min. czytania
Aktualizacja 06.02.2024
21.12.2023 17:50
Obserwuj nas w Google
---- ----

Czy to prawda, że aplikacje randkowe są dla głodnych kobiet? Kto powinien płacić za posiłek na pierwszej randce? Czy w dzisiejszych czasach powiedzenie "Przez żołądek do serca jest wciąż aktualne"? O tym Daria Ładocha, autorka podcastu "Daria, nóż i już", rozmawiała z Anną Klimczewską, autorką książek "Masz nową parę!" oraz "Szkoda czasu na niemiłość", producentką programu "Kuchenne Rewolucje".

Kobieta na randce
fot. Shutterstock
--1-- ----

Daria Ładocha: Porozmawiajmy o Tinderze i o jedzeniu. Moja teza jest taka, że kobiety często umawiają się na randki, ponieważ chcą zjeść coś dobrego w restauracji. Czy rzeczywiście jest taki trend, że babki naciągają facetów na jedzenie w knajpach?

Anna Klimczewska: Jest, niestety jest. Pisząc drugą książkę, rozmawiałam z wieloma mężczyznami i oni się na to bardzo często skarżyli. Mówili, że gdy próbują zaprosić dziewczynę do jakiegoś spokojnego baru, mało ekskluzywnej restauracji, to z drugiej strony było pewne niezadowolenie i próba podbijania piłeczki w górę. Pojawiała się propozycja: "To pierwsza randka, chodźmy do bardziej eleganckiej restauracji". A na miejscu się zaczyna zamawianie najdroższych dań, których często kobieta nie ma nawet siły potem zjeść. A jak przychodzi do płacenia, to ona czuje się zaproszona i nie wyciąga portfela. Na to się skarżą mężczyźni, ale z drugiej strony też są takie same narzekania. Rozmawiałam z kobietą, która była na takiej randce. Facet zaprosił ją do najdroższej restauracji, powiedział, że świętuje podpisanie jakiegoś gigantycznego, świetnego kontraktu. Siedzieli w tej restauracji kilka godzin, jedli ostrygi, pili najlepsze szampany. Nie żałowali sobie niczego. W pewnym momencie pan poszedł do toalety, z której już nie wrócił, a rachunek opiewał na ponad 800 złotych. Więc w drugą stronę też takie sytuacje się zdarzają.

Kobiety rzeczywiście są głodne, ale raczej doznań, miłości, bliskości i przez to często się stają łatwymi ofiarami dla mężczyzn. - Anna Klimczewska

Daria Ładocha: Czyli obiegowa opinia, że Tinder jest miejscem, w którym można spotkać głodne kobiety, ma rację bytu? (śmiech)

Anna Klimczewska: (śmiech) Miejmy nadzieję, że jest to tylko margines, ale na pewno zdarzają się takie sytuacje. Myślę, że kobiety rzeczywiście są głodne, ale raczej doznań, miłości, bliskości i przez to często się stają łatwymi ofiarami dla mężczyzn, którzy bardzo chętnie obiecają im wszystko, by je zaciągnąć do łóżka. Najczęściej o właśnie o takie dania chodzi.

Daria Ładocha: Też mam parę historii tinderowych, opowiedzianych przez bliskie mi kobiety. Jedna z moich koleżanek, gdy na Tinderze znalazła miłość swojego życia (są zresztą do dzisiaj razem) i przestała korzystać z tej aplikacji, przyznała, że najbardziej brakuje jej właśnie tinderowego jedzenia.

Anna Klimczewska: Najczęściej jednak na te pierwsze randki chodzi się zwykle na kawę i na ciastko, czyli na takie szybkie spotkania, bo okazuje się, że większość tinderowiczów (zarówno kobiety, jak i mężczyźni) robią sobie takie dni randkowe i mają randki co godzinę. Ustalają grafik i umawiają się z kolejnymi osobami w miejscach w promieniu dwóch kilometrów. Co godzinę spotykają się z kimś innym. W związku z tym za dużo zjeść nie mogą, bo jedzą często. Poza tym często obie strony czują się finansowo wykorzystane. Odbiła im się czkawką jakaś kolacja czy lunch, za które zapłacili bardzo dużo pieniędzy, a nic potem z tego nie wyniknęło, żadna dalsza znajomość. W związku z tym obie strony wolą zachowawczo umówić tylko na kawę czy herbatę, albo na lemoniadę. Zdarza się, że
dziewczyny, które nieśmiałe, czują bezpieczniej na kawie, bo zjedzenie lunchu czy kolacji, to jest dla nich bardziej zobowiązujące, bardziej intymne.

Redakcja poleca

Daria Ładocha: Sześć randek, sześć nowych osób... Brzmi to dziwnie.

Anna Klimczewska: To jest trochę tak, jakbyś chciała kupić sobie sukienkę. Chodzisz sobie po jakiejś galerii i w jednym sklepie mierzysz dwie sukienki, w następnym sklepie mierzysz trzecią sukienkę. W innym sklepie coś ci się spodobało, ale nie jesteś pewna, czy na pewno chcesz to kupić, więc prosisz sprzedawczynię, by ci ten strój odłożyła. W podobny sposób działają niektóre osoby szukające partnera, bez względu na to, jaki mają cel. Tylko że w ich przypadku jest to sklep z dużą ofertą potencjalnych romansów z różnymi osobami. Tak więc taka osoba robi najpierw przegląd tego, co jest aktualnie na rynku. "Mól przegląda mód żurnale, podziwiając suknie, szale, pomrukując: zobaczymy, co będziemy jeść tej zimy” (wiersz Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej – przypomina redakcja). Mówiąc nieładnie, takie dni randkowe można porównać do chodzenia po sklepie. Jest to taki rodzaj randkowego fast fooda. Oni najpierw badają ten rynek, sprawdzają, z kim mają do czynienia. Takie osoby czują się w porządku i poniekąd takie są, bo przecież nikomu na tym wczesnym etapie niczego nie obiecują. Nie ma żadnej bliskości, nie idą z nikim do łóżka, nawet się nie całują, nie ma żadnych pieszczot. Po prostu jest spotkanie, na którym poznaje się tego drugiego człowieka. Większość tych spotkań kończy się jednak jakimś totalnym rozczarowaniem, więc nie ma umawiania się na kolejną randkę. Ale nikt się tym nie przejmuje, bo za pięć minut biegniesz na kolejną randkę. Siadasz do stolika i przez pół godziny rozmawiasz. Więc jest to rodzaj takiego castingu. Z jednej strony jesteś jurorem, który sobie wybiera, ale z drugiej strony jesteś też osobą ocenianą, tą zwierzyną, na którą się poluje. Tak to na tych aplikacjach randkowych wygląda i trzeba mieć świadomość, że chodząc na te randki, nie jesteś tą jedyną.

Niektóre kobiety popełniają ten błąd i potem bardzo to przeżywają. Rozmawiałam z wieloma osobami, które mówiły mi, że było tak cudownie na spotkaniu, było tak miło, a on potrafił za dwa dni napisać: "Przepraszam cię najmocniej, ale wczoraj byłem na randce z dziewczyną. Trafił mnie grom z jasnego nieba. Nie chcę grać na dwa fronty, więc jednak będę się z tamtą spotykał. Dziękuję ci za to spotkanie". Mówię wtedy: "Wow! Trafił ci się bardzo przyzwoity człowiek, bo przynajmniej cię poinformował”. Nie wszyscy tak robią. Większość niestety ustawia sobie grafik na grafik z sypialnią, np. w poniedziałek Zosia (lat 44), w środę Ewa (lat 30).

Niektórzy robią sobie takie dni randkowe i mają randki co godzinę. Ustalają grafik i umawiają się z kolejnymi osobami w miejscach w promieniu dwóch kilometrów. - Anna Klimczewska

Daria Ładocha: Powiedziałaś, że to nie jest nic złego, że jedna osoba umawia się z sześcioma osobami do restauracji. Dla mnie to są bardzo zaskakujące historie, bo ja od 22 lat z jednym panem w siedzę w domu… Trochę odczarowałaś mi te historie.

Anna Klimczewska: To jeszcze doprecyzuje. Te osoby nie robią nic złego, jeżeli idą po prostu na spotkanie, poznać drugiego człowieka, z którym nie mają jeszcze relacji. Za chwilę pójdą na inne spotkanie z inną osobą. Na tym etapie nikt nikogo nie oszukuje. Dopóki nie padają jakieś deklaracje, wszystko jest w porządku.

Wrócę do przykładu z sukienką. Chcesz wybrać idealną sukienkę na wesele? No to trochę musisz się nachodzić, by ją znaleźć. Od sklepu do sklepu, od przymierzalni do przymierzalni. Podobnie jest z randkami. Rzadko kto ma takie szczęście, że pójdzie na pierwszą randkę i nagle zaiskrzy. Czujesz, że po prostu jesteście dla siebie stworzeni. Mało tego, ta druga osoba czuje to samo… Wspaniale jeśli komuś się tak trafiło. Znam też takie historie, ale to jest niezwykle rzadkie zjawisko. Najczęściej niestety trzeba się nachodzić i jest to często chodzenie po polu minowym. Bo zrobienie dobrego wrażenia opisem czy wrzuceniem trzech zdjęć, to nie jest żaden problem. Mało tego, pierwsze rozmowy też nie do końca to weryfikują, bo ludzie są niezwykle sprytni, inteligentni, niektórzy bardzo szybko wyczuwają potrzeby tej drugiej strony i będą bardzo ładnie ten bębenek podbijać.

Są dziewczyny, kobiety, które są tak głodne bliskości, miłości, doznań, znalezienia tego partnera. Tak bardzo chcą się wyrwać z samotności, że są ogromnie podatne na ściemę. Wiele słyszałam takich historii. "On mówił tak pięknie o wspólnocie dusz. Na pierwszym spotkaniu powiedział mi, że jestem spełnieniem jego marzeń, że czekał na mnie całe życie, a pod koniec randki powiedział, że czuje już się oszołomiony, zakochany”. Gdybym coś takiego usłyszała, od razu wszystkie żaróweczki alarmowe by się włączyły, a są kobiety, które przyjmują to bezkrytycznie. To, co mnie najbardziej zszokowało w tych rozmowach, to fakt, że kobiety bez względu na wiek, doświadczenie zawodowe, status społeczny, inteligencję, wykazują pewnego rodzaju naiwność, infantylność. Te historie były dla mnie bardziej wzruszające i smutne niż śmieszne. One pokazują, jak wielka jest ta potrzeba spotkania drugiego człowieka, potrzeba tej bliskości. Przez to stajemy się bezbronne.

Takich oszustów jest wielu i trzeba na to uważać. Oni mogą nas wykorzystać bez mrugnięcia okiem. Potrzebujesz miłości, bliskości? On ci to da, kłamiąc w żywe oczy, patrząc i robiąc słodką minę, mówiąc, że jesteś tylko ty… a za godzinę ma kolejne spotkanie i to samo będzie mówił innej kobiecie. Takie zachowanie to świństwo, bo to jest wciąganie kogoś z premedytacją w taką uczuciową, emocjonalną grę.

Redakcja poleca

Daria Ładocha: Ania, skąd wiadomo, kto płaci na randce za jedzenie?

Anna Klimczewska: Bardzo często kobiety wychodzą z założenia, że to facet musi zapłacić i czasami dochodzi do niesnasek przy płaceniu, gdy facet mówi, że płacimy po pół. Wtedy kobiety bywają rozczarowane.

Są dziewczyny, kobiety, które są tak głodne bliskości, miłości, doznań, znalezienia tego partnera. Tak bardzo chcą się wyrwać z samotności, że są ogromnie podatne na ściemę.  - Anna Klimczewska

Daria Ładocha: No właśnie, i co dalej? Ktoś mnie zaprasza, a potem mówi: zapłać. A gdybym ja nie miała takich pieniędzy. Czy to powinno zostać na początku ustalone?

Anna Klimczewska: Powiem tak: ile historii, tyle różnych zdarzeń. Nie czuję się ekspertką w tym temacie. Słyszałam wiele różnych historii zarówno od mężczyzn, jak i od kobiet w tym temacie i od nich wiem, że najlepiej jest, gdy na etapie pisania, umawiania się na randkę, zaznacza się, że każdy płaci za siebie. Wtedy jest super, czysta sytuacja. To jest pierwsze spotkanie i nikt się nie będzie czuł przez nikogo wykorzystywany. Niestety rzadko kto, w taki sposób stawia sprawę. Oczywiście jest grupa facetów, którzy wyciągają portfel i nawet nie wyobrażają sobie, że mogłoby być inaczej, zwłaszcza gdy są tą stroną aktywną, czyli zapraszającą. Najgorzej jest, gdy oczekiwania spotykających się osób w te kwestii się rozmijają. Wtedy jest kwas i pewnie jedna ze stron czuje się wykorzystana.

Daria Ładocha: A jeśli facet zaprosi nas do parku, a nie do restauracji? Czy on nadal jest w grze?

Anna Klimczewska: Tak, oczywiście. Jest wiele osób, które nawet wolą takie spotkania w naturze. Latem na przykład ludzie umawiają się na wspólny wypad gdzieś rowerem, albo na ścianę wspinaczkową lub po prostu na spacer. I nie ma w tym nic złego. Dzięki temu unika się tych wszystkich niezręczności finansowych. Więc jeśli jest ładna pogoda, to czemu z takiej formy nie skorzystać?

Daria Ładocha: Ostatnio poznałam mężczyznę, który opowiedział mi, że zrezygnował z randkowania, bo jedyne co mu po nich zostawało to… rachunki. Aniu, czy w tym współczesnym świecie nadal prawdziwe jest powiedzenie, że przez żołądek można trafić do serca? Czy zaproszenie kogoś do domu na kolację, wspólne gotowanie ma jeszcze sens?

Anna Klimczewska: To działa i to będzie działało zawsze. Wspólne gotowanie jest bardzo seksowne, działa jak afrodyzjak. To jest bardzo sensualne. Nie wiem, jak dla Ciebie, ale dla mnie faceci, którzy sobie świetnie radzą w kuchni, są bardzo atrakcyjni. Ale na takie wspólne gotowanie bym trochę zaczekała, raczej nie umówiłabym się na to na pierwszej randce. I namawiałabym innych to takiej samej powściągliwości. Znam oczywiście takie historie, kiedy ktoś na pierwszą randkę zapraszał do siebie, ale uważam to za bardzo nierozsądne. Nigdy nie wiadomo, czy w drzwiach nie stanie kolejna wersja Kuby Rozpruwacza, albo totalnego chama, gbura.

Jedna dziewczyna mi kiedyś opowiadała, że stroiła się cały dzień. Była u kosmetyczki, u fryzjera, robiła się na bóstwo, a jak otworzyła drzwi, to w progu stał mężczyzna, zupełnie odbiegający od wizerunku, który sobie wyobraziła, oglądając je zdjęcia. Pan miał ponad sto kilo. Był bardzo spocony i już pijany. Na szczęście udało jej się dość szybko zamknąć drzwi, ale pan długo się jeszcze dobijał i krzyczał niecenzuralne słowa.

Więc nie róbmy tego, nie zapraszajmy nikogo do domu na pierwszej randce. Aplikacja randkowa jest tylko narzędziem. Gdy poznajemy człowieka na ulicy, na imprezie, w czytelni, to jesteśmy ostrożniejsi. Zachowujmy się podobnie, gdy spotykamy się z kimś poznanym na portalu randkowym, czy w aplikacji randkowej. Powinna być ta faza wzajemnego obserwowania się. Niedawno słyszałam historię pewnej pani, która się zakochała, planowała wspólne życie z mężczyzną, który – jak się później okazało – miał żonę, dzieci. Taka klasyczna historia. I dopiero potem dostrzegła, to czego nie widziała wcześniej, że przez ileś tam miesięcy romansowania nigdy w życiu nie była u niego w mieszkaniu, nigdy nie poznała nikogo z rodziny, żadnego kolegi, żadnego przyjaciela. To są takie oczywiste sygnały, których lekceważenie może się na nas zemścić.

Daria Ładocha: Czy uwzględniając inflację i zapach czosnku, możesz podać top pięć randkowego jedzenia? Co zamówić, czego nie zamawiać? Ostrygi i szampan już były, ale facet wtedy uciekł, nie płacąc… (śmiech)

Anna Klimczewska: Nie zamawiajmy dań, których nie wiemy, jak jeść. Na przykład wiele osób nie wie, jak zjeść np. homara. Jedzenie może być przyczyną dodatkowego stresu. Niektóre potrawy na przykład długo się przeżuwa, przy niektórych jest ryzyko mlaśnięcia, czasem nie wiadomo, jak makaron nawinąć, jest ryzyko chlapnięcia sosem... Więc im prostsze dania, tym lepiej.

Daria Ładocha: A czy jesteś w stanie określić, jakim ktoś jest człowiekiem po daniach, jakie zamawia? Bo ja tu widzę gigantyczny algorytm.

Anna Klimczewska: Ale mnie zaskoczyłaś! Nigdy pod tym kątem nie patrzyłam na te randki. Ale tak myślę, że gdybym naprzeciwko siebie widziała faceta, który pochłania niesamowite ilości jedzenie i niczego sobie nie żałuje. Je pizzę, potem zamawia ciacho, lody, to chyba pomyślałabym sobie, że mam do czynienia hedonistą, który niczego sobie nie żałuje, który kocha wszelkie przyjemności.
Ale jeśli siedziałby przede mną pan, który zamówił sałatkę, to pomyślałabym, że jest to ktoś, kto jest sfokusowany na zdrowym odżywianiu, zdrowym stylu życia, dbający o higienę życia. Dla niektórych pań to może być ważna informacja, ale dla kobiety, która uwielbia trochę szaleństwa w życiu, hedonista mógłby być lepszy.

Redakcja poleca

Daria Ładocha: Tak à propos tych sałatek, to moja koleżanka zostawiła męża przez sałatki, bo był tak przewrażliwiony na punkcie tego co je, że zapomniał o istnieniu mojej koleżanki… Tak więc mężczyźni, którzy zamawiają sałatkę, mogą być i poukładani, i przewrażliwieni. Każdy kija ma dwa końce. Ale na koniec, chciałabym Cię zapytać o przepis, którym mogłabyś się z nami podzielić…

Anna Klimczewska: Zaskoczę cię, że jest to twój przepis, tylko zmodyfikowany przeze mnie. Bazą tego dania jest cebula, czosnek, sambal olelek, czy jakaś ostra papryczka. Poza tym starty świeży imbir, dużo warzyw, w tym cukinia, bakłażan, papryka i pomidory. Natomiast ja dodaję jeszcze jeden składnik, żeby było treściwej. To jest czerwona fasola. Ale każdy może dodać to co lubi, np. mięso albo tofu. Na koniec jeszcze mleko kokosowe i do tego mnóstwo aromatycznych, egzotycznych przypraw na czele z moim ukochanym kuminem. To są liście kaffiru, trochę limonki. To danie jest przepyszne i zawsze robi efekt wow. Wszystkim to bardzo smakuje. Ja wtedy zawsze mówię: słuchajcie, to jest przepis Darii Ładochy, tylko ja dodałam fasolę.

Daria Ładocha: To przy tej fasoli zatrzymamy się na sekundkę. Fasola na randkę? Chyba raczej nie…

Anna Klimczewska: Raczej nie, czosnek też niekoniecznie. Makaron spaghetti może chlapnąć sos i nie każdy tak elegancko nawinie go na makaron.

Daria Ładocha: Pizza… też nie, bo jakieś elementy mogą spaść. Sushi? Nie każdy sobie radzi z pałeczkami. To, co można jeść?

Anna Klimczewska: Wiesz, do czego dojdziemy? Do naszego schabowego! Bezpieczneo (śmiech)

Daria Ładocha: Myślę o takim jedzeniu na mieście. Bar mleczny to chyba nie wypada, food court w centrum handlowym też nie bardzo. Ta sałatka nie była głupia, ale wiesz… czasem zostaje liść na zębie, pietruszka pomiędzy zębami…

Anna Klimczewska: Ja to bym chętnie dała się zaprosić do jakiegoś takiego tapas baru, gdzie jest pełno różnorodnych przekąsek. Widzę, jak one wyglądają i mogę coś dla siebie wybrać.

Daria Ładocha: Dobrym pomysłem są też naleśniki. Naleśnikarnie zresztą są bardzo popularne. Każdy wybiera to co lubi, na słodko, lub na pikantnie…

Anna Klimczewska: Tak super pomysł! Idąc tym tropem, to może również jakieś pierogarnie.

Daria Ładocha: Mamy to! Moim gościem była Ania Klimczewska, wspaniała osoba. Życzliwość, poczucie humoru i najlepsze pióro w tym mieście, mówię to bez kokieterii. Dziękuję ci za tą rozmowę.

Źródło: CHILLIZET/ Podcast "Daria, nóż i już"

Redakcja poleca