Pożary w Biebrzy to jest znak ostrzegawczy. Ekspert z WWF: "Nasz świat po prostu ginie"
W Polsce mamy suszę od lat i w zasadzie staje się ona już normalnym stanem. Jeśli nie zareagujemy i tego nie zatrzymamy, Biebrza i inne parki narodowe będą płonąć, a rzeki będą się dalej osuszać. Jakie są przyczyny suszy? Czy możemy ten proces zatrzymać? Na te pytania odpowiada dr inż. Mikołaj Troczyński, specjalista ds. odnawialnych źródeł energii w Zespole Zrównoważonego Rozwoju Fundacji z Fundacji WWF Polska*
- Od wielu lat w Polsce mamy do czynienia z czterema typami suszy: atmosferyczną, glebową, hydrologiczą i hydrogeologiczną. Państwowy Instytut Geologiczny coraz częściej wydaje ostrzeżenia dla całego kraju
- Ekspert z WWF ostrzega: jeśli nie zmienimy polityki dotyczącej zagospodarowywania wody opadowej, pożary takie jak w Biebrząńskim Parku Narodowym będę coraz częstsze
- Dowiedz się, co możemy zrobić, by ten proces wysuszania naszego kraju zatrzymać
Monika Karbarczyk: Biebrzański Park Narodowy – w chwili, gdy rozmawiamy – wciąż jeszcze się tli. Podano informacje, że ogień strawił około 450 ha.
Mikołaj Troczyński: Mówi się nawet o około 500 ha...
To ogromna strata dla środowiska i dla nas. Nie znamy oficjalnych, bezpośrednich przyczyn wybuchu pożaru (to ustalają służby), ale znamy przyczyny pośrednie, a właściwie wiemy, dlaczego pożar tak szybko się rozprzestrzenił. Susza. Zjawisko coraz powszechniejsze w Polsce. Czy susze to taka nasza nowa normalność?
Mikołaj Troczyński: Ma pani rację, obecnie susza przechodzi w stan stały, permanentny i trwa – z mniejszymi, czy większymi przerwami – od przynajmniej 10-15 lat. W zasadzie staje się ona normalnym stanem, a okresy bardziej wilgotne, gdzie jest więcej opadów, więcej wody w glebie, to stany wyjątkowe. Zmienia się system klimatyczny, zmieniają się wzorce pogodowe i w zasadzie jest to już taka stała zmiana. Chyba musimy się przyzwyczajać do tej myśli, że nie wystarczy zatrzymanie ocieplenia klimatu, ale trzeba przystosować się do zmiany, która już nastąpiła. Tym bardziej, że Polska jest jednym z mniej zasobnych w wodę krajów Europy i zasoby wodne na głowę u nas wynoszą około 1600 m sześc. rocznie, co plasuje nas na końcu stawki europejskiej (średnia europejska wynosi około 4500 m³ rocznie). Ale problem wody dotyczy nie tylko Polski. To kurczenie się zasobów wody dotyczy ponad ¾ powierzchni lądów, jak wynika z ubiegłorocznego raportu „Konwencja Narodów Zjednoczonych w sprawie zwalczania pustynnienia (UNCCD)”.
Na czym polegają te zmiany pogodowe w kontekście stanu wód w Polsce?
Mikołaj Troczyński: W zimie na przykład nie ma śniegu (albo jest go bardzo mało), a był on podstawowym źródłem wody dla gleb, dla wód powierzchniowych, czy gruntowych. Woda z topniejącego śniegu powoli wsiąkała w glebę i docierała do tych warstw wodonośnych, z których m.in. wypływają później rzeki. Teraz tego śniegu jest bardzo mało.
Zmienił się też schemat opadów. W zimie opady są mniejsze, latem większe. Statystycznie spada w ciągu roku około 600 litrów na metr kwadratowy. Na dach takiego przeciętnego 100-metrowego domu spada więc 60 metrów sześciennych wody (która – tak na marginesie – zwykle nie jest zagospodarowywana). Opady są mniej więcej na podobnym poziomie od lat, tylko że w inny sposób się rozkładają. Dawniej występowały długie okresy pochmurne i deszczowe. Mżyło, siąpiło tygodniami. Te opady nie był zbyt intensywne, ale długotrwałe, co umożliwiało wodzie powolne wsiąkanie w glebę. Teraz mamy deszcze krótsze, lecz intensywniejsze, często nawalne. Tyle wody, ile kiedyś spadało w kilka tygodni, teraz potrafi spaść w ciągu kilku dni (w czasie ostatniej powodzi na Śląsku trzy dni przyniosły opady odpowiadające trzem miesiącom). Niestety gleba, zwłaszcza przesuszona, nie potrafi przyjąć takiej dużej ilości wody w tak krótkim czasie. W efekcie występują spływy powierzchniowe, powodzie błyskawiczne, podtopienia, podmycia i zniszczenia erozyjne. Woda bardzo szybko spływa po powierzchni, nie wsiąkając w glebę, i dalej – rowami melioracyjnymi, uregulowanymi rzekami – odpływa szybko do Bałtyku. W ten sposób tracimy cenny zasób, który – dosłownie – spada nam z nieba. Powinniśmy zmienić sposób myślenia na temat systemu zagospodarowania wód opadowych, w skali ogólnokrajowej, zarówno na terenach rolniczych, zurbanizowanych, jak i leśnych. Nie chodzi tylko o odprowadzanie wód, ale też o ich zagospodarowanie.
Ważne są działania w skali ogólnokrajowej, ale w mikroskali również. Możemy na przykład zbierać deszczówkę. Nasi dziadkowie kiedyś tak robili i wykorzystywali tę wodę do nawadniania ogródków. Teraz są one, niestety, zraszane wodą z kranów...
Mikołaj Troczyński: Tak, ma pani rację, dlatego też wprowadzono podatek od deszczu, czyli między innymi od powierzchni utwardzonych, w które nie może wsiąkać woda. Chodziło m.in. o to, aby ludzie wykorzystywali efektywniej deszczówkę, bo nie płaci się tego podatku, jeśli ma się zbiorniki na określoną pojemność, które pozwalają przechować wodę opadową i wykorzystać ją na przykład do nawadniania trawnika.
Wymienił pan dwie przyczyny suszy, czyli brak śniegu i zmianę schematu opadowego. A co z ociepleniem klimatu?
Mikołaj Troczyński: Tak, ocieplenie klimatu to ogromny problem i główna przyczyna suszy. Podniesienie temperatury na przykład o 10 stopni C sprawia, że woda paruje w przybliżeniu dwa razy szybciej, a o 20 st. C – 4 razy szybciej, o 30 stopni – 8 razy szybciej. To jest funkcja wykładnicza. Zmiana klimatu powoduje, że w zimie nie ma mrozów (są temperatury dodatnie), na przykład w styczniu, lutym mieliśmy chwilami po kilkanaście stopni. Ostatnio, w kwietniu, mieliśmy prawie 30 st. C. Przy wyższych temperaturach w okresie zimowo-wiosennym, gdy opadów jest mniej, woda bardzo szybko paruje. Mało opadów wsiąka głębiej, a najlepszym miejscem (naturalnym) dla wód deszczowych jest grunt. Dlaczego? Woda przesączając się przez ziemię, filtruje się, oczyszcza, a pod ziemią jest magazynowana i chroniona przed parowaniem oraz zanieczyszczeniami. Woda gruntowa powoli się przemieszcza, odpływa i zasila rzeki łagodnie, ale przez dłuższy czas. Musimy pamiętać, że deszcz spada z nieba, ale rzeki wypływają spod ziemi. Aby poziom wód był stabilny przez dłuższy czas, to ta deszczowa woda musi znaleźć się pod ziemią, w gruncie, musi dotrzeć do źródeł rzek. Wody spływające po powierzchni z gwałtownych deszczów tak naprawdę nie zasilają rzek. Ta woda powierzchniowo wpływa do rzeki, ale jeśli rzeka jest „uregulowana”, nie tworzy rozlewisk i mokradeł, szybko odpływa i tak naprawdę jest tracona. Aby uniknąć tej straty powinniśmy pozwolić wodzie wsiąknąć w grunt, w głąb ziemi, gdzie jest jej naturalny magazyn.
Czyli mamy w Polsce suszę atmosferyczną, glebową, hydrologiczną. Czy to odwracalne? Czy możemy ten proces zatrzymać?
Mikołaj Troczyński: Wspomniała pani o trzech typach suszy, ale mamy jeszcze jeden, czwarty typ – chodzi o suszę hydrogeologiczną. Oznacza ona trwałe obniżenie poziomów wód podziemnych, skutkujące wysychaniem studni i źródeł. Niestety Państwowy Instytut Geologiczny – Państwowy Instytut Badawczy coraz częściej ogłasza ostrzeżenia dotyczące tego rodzaju suszy na coraz większym obszarze naszego kraju.
Podam przykład Biebrzy. Dlaczego tam rozlewiska praktycznie zanikły, dlaczego na bagnach brakuje wody pomimo ochrony parku narodowego? To jest czubek góry lodowej. Rzeka zbiera wodę z całego zlewiska, również spoza terenów parku narodowego, a wody jest coraz mniej również poza obszarem chronionym. Powinniśmy pamiętać, że rzeki nie biorą się ze źródeł i strumyczków. One tak naprawdę zaczynają się od tej kropli, która upadnie na glebę i w nią wsiąknie. Dopiero stamtąd przedostaje się do źródła i do strumyczka, dalej do rzeczki, do rozlewisk. Ale niestety można zaobserwować, że wskaźnik infiltracji, czyli ta część wody, która wsiąka z deszczu w głąb gruntu, jest coraz mniejszy. Natomiast odpływ wód podziemnych jest często większy niż infiltracja. Krótko mówiąc, od wielu lat coraz częściej mamy taką sytuację, że z wód gruntowych w postaci rzek i strumieni odpływa więcej wody niż trafia do nich z deszczu poprzez wsiąkanie. To jest swego rodzaju dług hydrologiczny, który się powiększa i objawia wysychaniem tych widocznych na powierzchni części zasobów wodnych, czyli między innymi oczek wodnych, bagien, mokradeł, nawet tak dużych, jakie te nad Biebrzą.
Nie chciałbym być złym prorokiem, ale obawiam się, że będziemy musieli przyzwyczaić się do częstszego braku rozlewisk na bagnach biebrzańskich. Ta sytuacja może się powtarzać, bo deficyt wody po prostu nie jest uzupełniany.
Ten brak wody jest widoczny wszędzie. Jestem miłośniczką spacerowania po Puszczy Kampinoskiej i z przerażeniem widzę, że tam też panuje susza, nie ma wody na bagnach, na groblach. A jeszcze kilka lat temu można było usłyszeć kumaki, obejrzeć piękne wodne rośliny. Co możemy zrobić, by ten proces zatrzymać?
Mikołaj Troczyński: Jesteśmy częścią natury. Planeta sobie bez nas poradzi, tylko my bez niej nie. Dinozaury wyginęły, a Ziemia jakoś przetrwała. Musimy sobie po prostu uświadomić, że sami sobie robimy krzywdę. Znikanie kumaków nie tyle powinno nas smucić, co poważnie zaniepokoić. To jest znak ostrzegawczy. Nasz świat po prostu ginie. Nasza biosfera, całe otoczenie, w którym rozwinął się nasz gatunek i wyewoluował, spotyka się teraz z warunkami, z jakimi nigdy wcześniej nie miał do czynienia. I – niestety – jest to nasza "zasługa". Mam na myśli zużywanie zasobów, m.in. ślad wodny, jaki generujemy codziennie. Nie chciałbym jednak wpędzać nas w fałszywe poczucie winy, choć niektóre korporacje chciałby to zrobić. My jako ludzie wykorzystujemy wody dla własnych celów naprawdę niewiele. Na bezpośrednie zużycie przeciętny Polak potrzebuje około 300 litrów wody dziennie (do picia, gotowania, mycia, prania, spłukiwania wody w toalecie etc.). To niewielkie ilości w porównaniu z tym, ile wykorzystuje się jej, by wyprodukować energię, kupowane przez nas towary (jedzenie, ubrania), usługi czy hodowla zwierząt i związane z tym uprawy. Statystycznie, gdyby to policzyć, to okazałoby się, że na jednego Polaka przypada codziennie 4000 litrów wody. Oczywiście ze swojej strony możemy (i warto to robić!) zakręcać wodę podczas mycia zębów, czy pomyśleć o tym, by na przykład spłukiwać toalety szarą wodą, czy podlewać trawniki deszczówką, ale i tak adaptacja do zmiany klimatu wymagać będzie zmian w gospodarce na znacznie większą skalę.
Jeśli chcemy zatrzymać proces osuszania się gleby, to musimy działać na wszystkich polach. Po prostu musimy dokonywać mądrych wyborów konsumenckich, czyli unikać towarów, które są obciążone dużym śladem ekologicznym, mądrze wybierać władze lokalne, krajowe – ludzi, którzy będą działać na rzecz ochrony przyrody i na rzecz rozwiązania problemu, jakim jest zmiana klimatu.
To prawda, ale ingerując w przyrodę również przyczyniamy się do wysuszania gleby. Mam na myśli melioracje, prostowanie rzek, ingerencję w systemy wodne, by osuszyć ziemię pod budowę działki nad rzeką. W ten sposób chyba też przykładamy palce do suszy, prawda?
Mikołaj Troczyński: Oczywiście, że tak. Na przykład melioracje rolnicze prowadzące do osuszania ziemi, to również element niewłaściwej gospodarki wodnej, której nie powinniśmy kontynuować. Podobnie jest z regulacją rzek. Ich prostowanie, pogłębianie, oczyszczanie czy umacnianie ich nabrzeży, betonowanie, drenowanie również przyczynia się do osuszania krajobrazu (woda szybciej spływa, odpływa i ją tracimy). Tak samo wąskie międzywala, czyli wąska przestrzeń między wałami przeciwpowodziowymi, sprzyja wezbraniom wody, która się tam mniej mieści. Do działań przyczyniających do suszy można również zaliczyć betonowanie i inne uszczelnianie powierzchni, co uniemożliwia wnikanie wody do gleby.
Przyroda ma niezwykłą zdolność do samoregulacji, tylko my jesteśmy tak zachłanni na hektary, że nie zostawiamy już jej miejsca na to. Trzeba się trochę posunąć, np. zatrzymać opady tam, gdzie spadną, spowolnić wodę w rowach, aby mogła wsiąknąć głębiej i nie budować na terenach zalewowych, zostawić je, by w przypadku powodzi woda mogła się rozlać szeroko.
To wszystko, o czym teraz rozmawiamy, to ważne elementy gospodarki wodnej w krajobrazie. Ona musi być prowadzona w sposób zrównoważony, bo to jest istotą rozwiązań opartych na przyrodzie, czyli nature-based solutions. Kiedyś oczyszczanie ścieków nie było konieczne, wylewaliśmy nieczystości do rzeki, ale w końcu przestało to wystarczać. Musieliśmy zbudować oczyszczalnie ścieków, czyli wesprzeć technologicznie przyrodę, ale wykorzystując również naturalne rozwiązania. Przecież osad czynny to są bakterie, pierwotniaki, mikroorganizmy, które podobnie jak kiedyś w rzece, teraz w oczyszczalni oczyszczają ścieki.
Wracając do Biebrzańskiego Parku Narodowego, powiedział pan, że chyba musimy się przyzwyczaić do tego, że te pożary będą się pojawiały. Czy możemy temu jakoś zapobiec?
Mikołaj Troczyński: Niestety pożary pojawiają się co roku. W tym roku jest to już trzeci pożar na Bagnach Biebrzańskich. Chciałbym się mylić, ale jak powiedziałem wcześniej, chyba trzeba się przyzwyczaić nie tyle do pożarów, co do braku rozlewisk i do niskich stanów wody w Biebrzy i Narwi. To jest proces, który trwa od kilkudziesięciu lat i pewnie trudno go odwrócić w ciągu roku, czy nawet kilku lat.
Bagna Biebrzańskie były dotychczas jednym z największych zbiorników słodkiej wody w kraju, o pojemności około 500 mln metrów sześc. Torfowiska są też bardzo dużym magazynem węgla wyłączonego z obiegu, czyli dwutlenku węgla. Jeśli przesuszenie się utrzymuje, to torf w kontakcie z powietrzem zaczyna się utleniać, czyli spala się w sposób chemiczny, może nie tak bardzo szybki, jak podczas pożaru, ale jednak skutek będzie podobny, czyli m.in. wielkie emisje dwutlenku wegla.
Kolejną ważną rzeczą jest to, że pożary wchodzą w fazę podpowierzchniową, czyli torf zapala się poniżej powierzchni gruntu. Poziom wody obniżył się na tyle, że już nie tylko trawy się palą, ale również i torf. To może być bardzo poważny problem. Takie pożary podpowierzchniowe, niekiedy nazywane pożarami zimującymi, mogą utrzymywać się przez wiele tygodni i palą się pod powierzchnią w sposób niewidoczny. Temperatura dochodzi nawet to 1000 st. C, wytwarzają się puste przestrzenie, w które może wpaść człowiek, zwierzę, czy nawet maszyna rolnicza. Poza tym pożary podpowierzchniowe mogą wypalać różne kanały i wychodzić na powierzchnię w różnych miejscach zupełnie niespodziewanych i nieobjętych akcją gaśniczą.
Życzmy sobie więc, aby woda jak najszybciej wróciła na bagna biebrzańskie, a jej poziom podniósł się na tyle, aby te pożary podpoziomowe skutecznie ugasić, bo do tego potrzeba bardzo, bardzo dużo wody.
Podsumowując, chciałbym to jeszcze raz podkreślić, że przyroda ma naprawdę ogromne zdolności regeneracyjne i adaptacyjne, tylko trzeba jej dać szansę, miejsce, wodę, a nie ciągle eksploatować aż do bólu.
Takim przesłaniem zakończymy naszą rozmowę. Bardzo dziękuję!
Źródło: CHILLIZET
*Fundacja WWF działa w Polsce już od 25 lat