"Tutaj raczej ryby z Bałtyku nie kupisz". Rozmowa z Bartkiem Sabelą
Dlaczego w Warszawie tak trudno kupić ryby pochodzące z Bałtyku? Dlaczego jest coraz mniej ryb w morzach i oceanach? Jak hodowle ryb wpływają na ekosystem morski? O tym rozmawiamy z Bartkiem Sabelą, podróżnikiem, autorem książek, m.in. "Wędrówka tusz".
Jeremi Pedowicz: Czy łatwo w Warszawie kupić rybę z Bałtyku?
Bartek Sabela: To dobre pytanie. Mamy w Polsce dość długą morską linię brzegową i wydawało mi się, że większość ryb, które trafiają na nasz stół pochodzi z Morza Bałtyckiego. Przeszedłem się po sklepach rybnych w Warszawie i ku mojemu zdziwieniu okazało się, że tych ryb bałtyckich w tych sklepach w zasadzie nie ma. Wielu sprzedawców śmiało się wręcz: "Proszę pana, jakie ryby z Bałtyku? W Bałtyku już prawie nie ma ryb". Zacząłem zgłębiać ten temat, rozmawiać z rybakami oraz przedstawicielami różnych organizacji, które zajmują się tym tematem. Okazało się, że faktycznie stan ryb w Bałtyku jest dramatyczny.
Wspomniałeś, że rozmawiałeś z rybakami, jak to wygląda z ich perspektywy?
Bartek Sabela: Oni oczywiście zauważają spadek liczby ryb. Jest oczywiście kilka przyczyn tego zjawiska. Główne stado ryb, chodzi o wschodnie stado dorsza, na którym opierało się polskie rybołóstwo, zostało objęte zakazem połowów. Tego dorsza kiedyś było bardzo dużo, ale teraz on jest dozwolony tylko jako tzw. przyłów, czyli jako ryba, która zostaje złowiona przypadkiem przy okazji łowienia, ale to jest symboliczna ilość. W niepokojącym stanie są też stada śledzia.
W ogóle ten nasz Bałtyk się zmienia się. Coraz mniej wpływa do Bałtyku słonej oceanicznej wody, a cały czas jest dostarczana woda słodka z wielu rzek. Bałtyk powoli zamienia w jezioro, przez co stanowi coraz gorsze środowisko do życia dla ryb lubiących słoną wodę, na przykład dla dorsza.
Wody Morza Bałtyckiego są też coraz brudniejsze. Tutaj główną przyczyną jest rolnictwo i po prostu ogromna liczba ludzi żyjących nad brzegiem Bałtyku. Kilkanaście procent powierzchni Bałtyku to są strefy pozbawione wszelkiego życia, tak zwane strefy martwe, w których nie ma ani ryb, ani żadnych roślin.
Wspomniałeś o "przyłowie". To ważne pojęcie. Okazuje się, że są metody połowu ryb, które teoretycznie są ekonomiczne bardzo wydajne, niemniej wiążą się również z łowieniem rzeczy, zwierząt, które nie do końca miały się w tych sieciach znaleźć.
Bartek Sabela: W ogóle trzeba zacząć od tego, że przemysłowe rybołówstwo jest zupełnie inne niż na przykład przemysłowa hodowla zwierząt. Gdy hodujemy świnie, to hodujemy świnie. Gdy hodujemy krowy, to hodujemy krowy. Natomiast w przypadku rybołówstwa jest o tyle inaczej, że musimy te ryby wyłowić z wody i w zasadzie nie istnieje stuprocentowo selektywna metoda połowu. Więc gdy łowimy, to łowimy nie tylko dorsza, czy jakąś tam rybę, na której nam zależy, ale również mnóstwo innych ryb, które przypadkowo wpadają w nasze sieci. Od tego, jakich narzędzi połowowych używa dany statek, zależy to, czy tego przyłowu będzie mniej, czy więcej. W skali świata to jest bardzo duży problem, bo ofiarami tego przyłowu, padają często gatunki chronione, takie jak żółwie, rekiny, delfiny. Ilość tego przyłowu oczywiście zależy od gatunku docelowego. Największy jest on przy połowach krewetek.
W artykule, który opublikowałeś w magazynie "Pismo", podałeś ciekawe i przerażające dane: około 250 tysięcy żółwi i 300 tysięcy małych wielorybów, morświnów i innych tego typu stworzonek, ginie rocznie podczas połowów innych ryb lub owoców morza. To zatrważające. Ale ma inne pytanie: Ile Boeingów zmieści się w takiej największej sieci do trałowania?
Bartek Sabela: Tak, we wspomnianym przez Ciebie reportażu chciałem przytoczyć kilka danych, które pobudzają wyobraźnię. Każda z nich była dla mnie zaskakująca, a mówiąca wiele o skali światowego rybołówstwa. Oceany i morza pokrywają dwie trzecie naszej planety i w zasadzie na całej powierzchni trwa bardzo intensywne rybołówstwo, prowadzone coraz skuteczniejszymi metodami. Od lat 60. XX w. nastąpił niesamowity rozwój możliwości połowowych. To są bardzo nowoczesne statki z zaawansowaną technologią i elektroniką potrzebną do wyśledzenia ławic ryb. Te połowy więc stają się masowe. Podałem taki przykład, że największa na świecie sieć do połowów pelagicznych (czyli do połowów ryb, które pływają swobodnie w toni morskiej) ma otwór, w którym mogłoby się zmieścić 14 Boeingów 747. Spróbujmy sobie wyobrazić, jak ogromną ilość ryb można jednym takim "zamachem sieci" z oceanu wygarnąć. Widać tu wyraźnie, że głównym problemem światowego rybołówstwa jest jego wpływ na ekosystemy oceanów. Ten wpływ jest dramatyczny, niszczycielski. Te oceany przez to niezrównoważone rybołówstwo zostały bardzo, bardzo przetrzebione. W ostatnim dwudziestoleciu zaczęto pracować, by to odwrócić, zahamować, ale szkody zostały już wyrządzone.
Zatrzymajmy się może przy tym temacie. Są różne organizacje zajmujące się zrównoważonym rybołówstwem, np. MSC czy ASC, są standardy, wytyczne, do których powinni się stosować rybacy. Czy to jest skuteczne?
Bartek Sabela: Oczywiście, istnieje mnóstwo regulacji dotyczących rybołóstwa, wciąż też pojawiają się nowe. Te zmiany się zaczęły w latach 90. XX w. To wtedy ludzie zorientowali się, że morza nie są niewyczerpanym źródłem białka, że mają swoje granice i że łatwo je przekroczyć. Takim punktem krytycznym było przetrzebienie stad dorsza u wschodnich wybrzeży Kanady. Coś, co kiedyś wydawało się w ogóle niemożliwe. Były to ogromne stada, na których opierała się gospodarka całego regionu. Niestety tych stad dorsza już nie ma. One nigdy się nie odrodziły. To wtedy, w latach 90., zaczęto mówić o zrównoważonym rybołówstwie, czyli o próbie skierowania tego przemysłu na takie tory, które pozwoliłyby – w dalszej perspektywie – zachować te cenne zasoby ryb w oceanach. Wtedy pojawiło się sporo różnych regulacji ze strony poszczególnych krajów, ze strony poszczególnych instytucji, np. Unii Europejskiej. Pojawiło się też oczywiście dużo instytucji pozarządowych, które zaczęły wprowadzać, bądź rekomendacje, bądź certyfikaty, takie jak wspomniane przez Ciebie MSC, czy ASC. To certyfikat zrównoważonego rybołówstwa – jedne z kilku, które można spotkać na rynku. One pozwalają nam konsumentom dokonać wyboru. Gdy zobaczymy na opakowaniu, czy na puszce ryby znaczek MSC, jest bardzo prawdopodobne, że ryba znajdująca się w środku, została złowiona w zrównoważony sposób, z dbałością o to, aby nie niszczyć oceanów. Czy to rozwiązuje problem? Niestety nie, bowiem skala tej certyfikacji w stosunku do całości połowów światowych jest nadal bardzo niewielka.
W artykule zamieściłeś takie ciekawe paradoksy, na przykład Unia Europejska z jednej strony dofinansowuje rybołówstwo, a z drugiej strony ustala priorytety i reguły, które w pewnym sensie kolidują ze sobą.
Bartek Sabela: Tak, tak. W ogóle problem światowego rybołówstwa jest niezwykle złożony, zarówno pod względem środowiskowym, jak i politycznym. Co ciekawe, rybołówstwo w ramach Unii Europejskiej podlega coraz większej liczbie regulacji środowiskowych. Jest ono poddane bardzo surowej kontroli, ale trzeba pamiętać, że na przykład flota chińska jest znacznie większa od europejskiej i takim regulacjom już nie podlega. A takich flot, jak te chińskie, jest jeszcze kilka na świecie. Tak więc z jednej strony możemy się cieszyć z tego, że w ramach Unii Europejskiej są wprowadzone pewne zasady, ale z drugiej strony musimy mieć świadomość, że to jest kropla w morzu potrzeb. Problem jest szerszy i bardziej złożony.
No właśnie, aby ograniczyć połów ryb z mórz i oceanów, ale i zaspokoić potrzeby konsumentów, ktoś kiedyś wpadł na pomysł hodowania ryb. Czy z punktu widzenia ekologii to rozwiązanie było dobre?
Bartek Sabela: Ten zwrot w kierunku hodowli ryb nazwano niebieską rewolucją. Miała ona w założeniu uratować morza i oceany bardzo przetrzebione przez intensywne rybołówstwo. Trzeba przyznać, że to założenie było dobre, bo dobrze prowadzona aquakultura ma dość umiarkowany wpływ na środowisko. Gdzie jest więc haczyk? W tym, że ryby, które my lubimy najbardziej jeść, to są ryby drapieżne, te same ryby, które przełowiliśmy w morzach i w oceanach. Chodzi między innymi o łososia, tuńczyka. Jeżeli te ryby są drapieżne, to musimy je żywić tym, czym żywią się w naturze, czyli... innymi rybami. W ten sposób wracamy do początkowego problemu. Aquakultura okazała się szlachetna w idei, ale tak naprawdę pogłębiła problem. Ta ogromna liczba ryb, które są hodowane dzisiaj na świecie, musi coś jeść. Są one karmione mączką rybną, która jest produkowana z poławianych ryb. To są najczęściej małe ryby pelagiczne, pływające w toni wodnej, które najczęściej nie są przeznaczone do spożycia przez ludzi, chociaż oczywiście mogłyby być. Tu jeszcze jedna uwaga: nie są spożywane przez ludzi żyjących w krajach zachodnich. Ale te ryby, z których my produkujemy mączkę, są bardzo często podstawą wyżywienia krajów biedniejszych. Ogromna część tych ryb pelagicznych, z których produkowana jest mączka, połowiona jest u wybrzeży Afryki. W krajach, takich jak Senegal, Mauretania, białko pochodzenia rybnego stanowi często ponad 50 proc. żywienia. My zabieramy te ryby ludziom, którzy nie są w stanie konkurować swoimi prymitywnymi łodziami z łodziami europejskimi, chińskimi, czy amerykańskimi. Koło się zamyka. Te niewielkie ryby pelagiczne są również bardzo istotnym składnikiem całego ekosystemu, więc ich zmniejszająca się populacja też ma przykre konsekwencje dla środowiska.
Podałeś w artykule informację, że około jedna czwarta wszystkich połowianych ryb jest mielona i służy jako karma, jak się okazuje nie tylko dla ryb hodowalnych, ale i dla świń. Okazuje się, że świnie na całym świecie jedzą tej mączki rybnej sześć razy tyle, co wszyscy mieszkańcy USA. To daje do myślenia.
Bartek Sabela: Tak, mączka rybna znajduje się nie tylko w karmie dla ryb hodowlanych, ale również w karmie dla świń, a nawet w karmie dla naszych domowych pupili, czyli psów i kotów.
Czy istnieją rozwiązania, które mogłby pomóc zredukować ilość poławianych ryb, a także poprawić żywot ryb hodowlanych w aquakulturach?
Bartek Sabela: Tu warto wspomnieć o czymś, co zbudowała organizacja WWF (World Wide Fund for Nature – przyp. redakcja). Gdy wejdziecie na stronę: ryby.wwf.pl, to tam znajdziecie przewodnik rybny, który może pomóc nam w decyzji, jaką rybę kupić w sklepie, czy na targu rybnym. Można na tej stronie wybrać dowolny gatunek ryby i sprawdzić, czy połowy tej ryby w danym rejonie szkodzą środowisku. Bo oczywiście to nie jest tak, że każda ryba jest zła i że każda ryba wpływa na totalne spustoszenie w środowisku. Są metody połowów i są obszary połowowe, w których to rybołówstwo funkcjonuje w sposób zrównoważony, czyli – jak to powiedział jeden z moich rozmówców – korzystamy z odsetek, a nie z kapitału zawartego w oceanach.
Warto też wspomnieć o nowatorskich sposobach hodowli ryb. W reportażu opisuję bardzo ciekawy przykład z Polski. W województwie zachodniopomorskim jest bardzo nowoczesna hodowla łososi, która jest przeciwieństwem tradycyjnej hodowli łososia, mającej bardzo negatywny wpływ na środowisko i będącej okrutną również pod względem dobrostanu tych zwierząt. Hodowla w systemie zamkniętym, w systemie recyrkulacyjnym, w zasadzie wyklucza wszystkie problemy pojawiające się w tradycyjnej hodowli. Budujące jest więc to, że można hodować ryby w sposób mniej szkodliwy dla środowiska.
Bardzo Ci dziękuję za to spotkanie, rozmowę. Jeśli ktoś lubi ryby jeść, to zachęcam go do jedzenie ryb słodkowodnych, roślinożernych. To będzie bezpieczniejsze dla środowiska.
Źródło: CHILLIZET/ rozmowę spisała i przeredagowała Monika Karbarczyk