Woda oligoceńska – jej ujęcia to fenomen kulturowy i społeczny. Rozmowa z architektką
Czym jest woda oligoceńska? Ile jest ujęć wody oligoceńskiej w Warszawie, gdzie się mieszczą, kto z nich korzysta i w jaki sposób powinny wyglądać, aby były jak najbardziej przyjazne i dostosowane do użytkowników? O tym rozmawiamy z Adrianną Trybuchowicz-Mojską, przyszłą architektką.
Katarzyna Kozak: Może na początku wyjaśnijmy, czym są wody oligoceńskie?
Adrianna Trybuchowicz-Mojska: Wody oligoceńskie to wody, które wbrew nazwie, wcale nie pochodzą z oligocenu. Swoją nazwę biorą od piasków oligoceńskich, które tę wodę filtrują. To nie jest tak, że ta woda zalega tam od tylu tysięcy lat i od tamtego czasu jej nie zużyliśmy, choć przyznaję, jest to dość atrakcyjna myśl (śmiech).
Atrakcyjna, albo i nie, jak sobie pomyślimy, że mamy pić tak starą wodę, w której muszą być z pewnością jakieś wirusy (śmiech).
Adrianna Trybuchowicz-Mojska: Miejska legenda mówi coś zupełnie innego. Ta woda jest tak pradawna i tak stara, że absolutnie nic tam nie ma, żadnych patogenów. To jest takie krystaliczne źródło z prehistorii, które ma wręcz właściwości lecznicze (śmiech). To oczywiście błąd myślowy, ale ten mit, to wyobrażenie o wodzie oligoceńskiej sprawiło, że stała się tak popularna i że stanowi również fenomen kulturowy, a nie tylko jakiś przejściowy aspekt rozwijającego się miasta.
Czyli nazwa tej wody pochodzi od piasku i warstw gleby, w których się ona znajduje i jest filtrowana, czy tak?
Adrianna Trybuchowicz-Mojska: Tak, znajduje się ona około 200 metrów pod ziemią i są to układy właśnie pochodzące z okresu oligocenu. One tworzą tak zwaną nieckę – nieckę mazowiecką, która rozciąga się dużo szerzej niż sama Warszawa. Co ciekawe, to właśnie w tym mieście powstało najwięcej ujęć wody oligoceńskiej w formie zamkniętych pawilonów.
Wody oligoceńskie to źródła odnawialne. Przekonano się o tym przez przypadek. W latach 70. XX w. zakłady produkcyjne intensywnie korzystały z tego zasobu, m.in. dlatego że był on darmowy, a przemysł intensywnie się rozwijał. Bardzo mocno tę wodę wyeksploatowano, zauważono drastyczne obniżenie lustra wody i zakazano używania jej w innych celach niż konsumpcyjnych. Po kilku latach okazało się, że poziom lustra wody wrócił do normy, co właśnie udowadnia, że te źródła są odnawialne. Niecka mazowiecka kształtuje się w taki sposób, że na swoich krańcach jest bliżej powierzchni, dzięki czemu może być zasilana wodami. Nie oznacza to jednak, że ta woda jest zanieczyszczona.
Najciekawszy jest właśnie ten proces filtracji wody przez wiele warstw gleby, a także warstw geologicznych. Nie jest to bowiem tylko gleba, ale też twory trzeciorzędowe, czwartorzędowe. Tych warstw jest bardzo dużo i właśnie to sprawia, że ta woda jest bardzo czysta.
A gdzie znajdują się te ujęcia oligoceńskie?
Adrianna Trybuchowicz-Mojska: Ujęcia wody oligoceńskiej znajdują się niemal w każdej z dzielnic Warszawy. Możemy je znaleźć ukryte pośród osiedli mieszkaniowych, tam powstawały najczęściej z inicjatywy mieszkańców, ale również w parkach, na placach, bo to są najatrakcyjniejsze miejsca, tam najfajniej się z nich korzysta. Wśród tych ujęć są prawdziwe perełki – moje ulubione to miś na kuli na Muranowie.
Pierwsze ujęcia wody oligoceńskiej powstawały również przy szpitalach, jako zaopatrzenie w czystą wodę dla pacjentów. To było głównie w latach 70. XX w. i później, ale największa moda na budowanie ujęć wody oligoceńskiej była w latach 90.
A wiesz, ile ich jest w tej Warszawie?
Adrianna Trybuchowicz-Mojska: Nie mam dokładnych danych, ale z tego, co liczyłam, około 80. Chociaż ostatnio spotkałam się z jakimś wpisem, że już tylko 69. Kiedyś było ich ponad 100, a w szczytowym momencie nawet 200.
Prowadzisz badania dotyczące ujęć wody oligoceńskiej, nie tylko od strony architektonicznej (bo studiujesz architekturę), ale zajmujesz się także ich kulturowym i społecznym aspektem. Dużo uwagi poświęcasz osobom korzystającym z tych ujęć. Wyróżniasz nawet kilka typów użytkowników ujęć wody oligoceńskiej, prawda?
Adrianna Trybuchowicz-Mojska: Moja wiedza opiera się na rozmowach z tymi ludźmi, więc to raczej obserwacje niż badania. Część z tych osób to wierni fani, którzy korzystają z "oligocenki" z sentymentu, uważają, że ta woda jest smaczniejsza niż ta w kranie. Chodzą tam, bo uważają, że to atrakcyjna forma korzystania z dostępnych zasobów, więc to prawdziwi kontynuatorzy pewnej tradycji, którym zawdzięczamy wciąż istnienie tego zjawiska.
Jest też grupa sceptyków wobec wody dostępnej w kranie. Oni wciąż pamiętają kranówkę z lat 90., która była silnie chlorowana, miała żółtawy kolor i metaliczny posmak, którego podobno nawet herbata nie zabijała. To było jeszcze zanim MPWiK wprowadziło reformy w stacjach oczyszczania wody. Ale te osoby, mając takie traumatyczne doświadczenia, nie dały się przekonać, że to przeszłość, że teraz jest inaczej. Nadal więc korzystają z oligocenki, uważając, że jest to jedyne prawdziwie źródło czystej wody.
Są też ludzie, którzy są po tę wodę wysyłani, czyli jest taka mimowolna kontynuacja pewnej tradycji. Spotkałam dzieci wysłane po oligocenkę przez mamę, babcię. Gdy zapytałam ich, czy robią to dla siebie, odpowiadali, że nie, po prostu zostali wysłani i nie widzą w tym nic nadzwyczajnego.
Ale jest też inna grupa dzieci i młodzieży, która korzysta z pobliskich boisk, i pije wodę oligoceńską, bo ona jest bliżej niż ta z kranów w domach (niektóre ujęcia, jak już wspomniałam, są niedaleko parków).
Na czym ty, jako przyszła architektka, skupiasz się w swojej pracy? Na wyglądzie tych ujęć?
Adrianna Trybuchowicz-Mojska: Analizuję je pod kątem typologii samej architektury, czyli tego, jak wyglądają, co mówi ich forma architektoniczna o funkcji, jakie pełnią te ujęcia. Mamy tutaj dosyć ciekawe zjawisko nawiązywania do różnych form architektonicznych, takich jak świątynia, dworek. Czasem te nawiązania są nietrafione albo niezbyt dobre, na przykład wiaty, fontanny. Warto podkreślić, że część tych ujęć jest z nurtu postmodernistycznego i są w formie na przykład statku kosmicznego, czyli obiektu pozaziemskiego.
A jak – twoim zdaniem – powinno wyglądać takie ujęcie wody, które najbardziej swojej formie odpowiadałoby funkcji, jakie to ujęcie pełni? Czy byłoby prostsze?
Adrianna Trybuchowicz-Mojska: Tak, to jest dobry moment, aby dodać kolejne kryteria. Bo to, co widzimy z zewnątrz, to jedno, ale ważne też również to, jak jest zorganizowana przestrzeń w środku, między innymi sposób wchodzenia i wychodzenia, czy wewnątrz jest wystarczająco dużo miejsca, by nie czuć się klaustrofobicznie. Często na wysokości wzroku jest umieszczane malutkie okno, jak w publicznej toalecie. Niestety często wykończenie wnętrz tych ujęć nawiązuje do toalet publicznych. W latach 90. budowano je tanim kosztem i nie były modernizowane. Oczywiście nie dotyczy to wszystkich ujęć. Na przykład jedno ujęcie na Śródmieściu jest wyłożone pięknymi, niebieskimi kafelkami. To zupełnie inne doświadczenie, gdy w takim miejscu jest dobrze zaplanowane oświetlenie, kiedy jest utrzymana czystość, kiedy wejście jest z jednej strony, a wyjście z drugiej, gdzie jest taki naturalny flow, jeśli chodzi o poruszanie się. Analizuję takie przestrzenne relacje, które sprawiają, że korzystanie z jakiegoś miejsca jest albo przyjemne, albo nie.
Jeśli chodzi o typologię przestrzeni, to podobają mi się ujęcia, które są na planie centralnym, ponieważ wtedy ten ruch jest bardziej naturalny, i ujęcia, w których krany nie są przy ścianie. To jest mój główny wniosek, gdy krany są przy ścianie, to korzystanie z nich jest mniej komfortowe, niż gdy ujęcie jest w formie fontanny, czy takiego monolitu na samym środku, skąd mamy widoczność na wszystkie strony. Wtedy czujemy się bezpieczniej. Wiemy, gdzie jesteśmy, jak się poruszać w tej przestrzeni. Przy takich ujęciach zwykle są też większe przeszklenia, dzięki którym można obserwować lub podziwiać otoczenie, bo – to trzeba podkreślić – wiele takich ujęć ma ładnie zagospodarowaną zieleń. Mają więc potencjał miejsca do rekreacji, który w tym momencie nie jest wykorzystywany.
Gromadzenie się wokół źródeł wody wydaje się taką pierwotną potrzebą, więc dobrze byłoby, gdyby takie ujęcia pełniły dodatkowe funkcje. Nie tylko moglibyśmy się z nich napić wody, ale też odpocząć wśród zieleni wokół nich...
Adrianna Trybuchowicz-Mojska: Tak, oczywiście. Dodatkowym atutem takich miejsc jest możliwość tworzenia społeczności. W tym wirtualnym świecie troszeczkę utraciliśmy umiejętność nawiązywania relacji. Natomiast takie spotkanie się przy źródle, porozmawianie z sąsiadem, z ludźmi, którzy wykonują tę samą czynność, ma ogromny potencjał prospołeczny.
To bardzo dobry pomysł na projekt społeczny...
Adrianna Trybuchowicz-Mojska: Tak, to przestrzeń z ogromnym potencjałem, nie tylko architektonicznym, ale też społecznym. Mam nadzieję, że moja praca kogoś zainspiruje, ale też chętnie zaangażuję się w proces odnowy takich miejsc. Jestem otwarta na współpracę.
Tworzenie społeczności wokół takich miejsc to wspaniały pomysł, ale ty zwróciłaś uwagę na jeszcze jeden ważny aspekt – szukając tych ujęć, zbudowałaś relację z Warszawą. Odkryłaś ją na nowo, prawda?
Adrianna Trybuchowicz-Mojska: Tak, dzięki temu nie tylko odkryłam ją na nowo, ale również poznałam miejsca, których dotąd nie znałam, mimo że wychowałam się w Warszawie. Więc to osobiste podróżowanie po mieście, niezwiązane z codziennym, funkcjonalnym życiem, czyli tym, że dokądś jedziemy, z kimś się spotykamy, pozwoliły mi odkryć różne cuda. Tworzę swoją nową mapę miasta, odkrywając różne jego zakamarki.
Myślę, że warto zachęcić naszych czytelników do odkrywania ujęć wody oligoceńskiej. Korzystanie z nich zapewni tym ujęciom długowieczność, nie znikną nagle z mapy Warszawy. Bardzo dziękuję Ci za tę rozmowę.
Źródło: CHILLIZET