Paweł Domagała i stand-up. "Trzeba sobie to życie rozpychać, rozszerzać..."
"Podczas stand-upu wychodzę i mówię jako Paweł. Oczywiście jako Paweł w takim w krzywym zwierciadle, dzielę się moimi spostrzeżeniami o świecie, o życiu. Zawsze bardzo lubiłem stand-up i to jest coś, o czym marzyłem. Długo się bałem, ale w końcu stwierdziłem, że nie ma się co bać. Trzeba iść w ten strach..." – powiedział Paweł Domagała podczas rozmowy Tomkiem Śliwińskim. Skąd pomysł, by pójść w stand-up i skąd Paweł Domagała czerpie swoje pomysły? Tego dowiesz się z poniższej rozmowy lub słuchając podcastu (na końcu artykułu).
Tomasz Śliwiński: Jak sobie tak patrzymy na twoją karierę, to miałeś już zwycięskie starcia z różnymi materiami artystycznymi. Teraz wziąłeś się za stand-up. "Zresztą nieważne" – skąd wziął się ten tytuł?
Paweł Domagała: To jest takie moje powiedzenie. Jak jakoś tak za grubo zażartuję, to żeby się ratować, mówię: "no, zresztą nieważne", stąd to się wzięło. To jest w ogóle taki mój osobisty program, takie podsumowanie 40 lat życia, tego, czego się dowiedziałem o świecie.
Tomasz Śliwiński: To będzie ta piękna czterdziestka, czy rycząca czterdziestka? (śmiech)
Paweł Domagała: Piękna, piękna czterdziestka, ale może czasami też rycząca (śmiech).
Tomasz Śliwiński: Ci, którzy są mistrzami gatunku, zwłaszcza ci po drugiej stronie oceanu, opowiadając o swoich początkach, mówią, że stand-up wymaga odwagi i wiąże się z mnóstwem emocji, zwłaszcza gdy stoi się przed publicznością. Jay Leno opowiadał kiedyś, że miał występ w takim pięknym włoskim klubie w Nowym Jorku. Stwierdził: "Włoski klub? Będę mówił dowcipy o Włochach i o mafii". Okazało się jednak, że nikt się nie śmiał. W przerwie zapytał, dlaczego. Okazało się, że do tego lokalu przychodzi mafia. On stamtąd szybko uciekł i to był chyba jedyny występ, za który nie wziął kasy. Co jest z tą odwagą i stand-upem?
Paweł Domagała: Wiesz, przede wszystkim wychodzisz na scenę i przez godzinę dwadzieścia minut gadasz do ludzi. Musisz mieć coś do powiedzenia, być interesujący... Ale to jest dla mnie kuszące. Mam dużo pól działania, one są w sumie podobne, ale każde odpowiada za coś innego. Na przykład muzyka jest takim moim romantycznym odbiciem...
Tomasz Śliwiński: To jest ten Paweł, którego chce się przytulić... (śmiech)
Paweł Domagała: Jest też aktorstwo, ale to jest praca zbiorowa. Podczas stand-upu wychodzę i mówię jako Paweł. Oczywiście jako Paweł w takim w krzywym zwierciadle, dzielę się moimi spostrzeżeniami o świecie, o życiu. Zawsze bardzo lubiłem stand-up i to jest coś, o czym marzyłem. Długo się bałem, ale w końcu stwierdziłem, że nie ma się co bać. Trzeba iść w ten strach... To jest zresztą mój wyznacznik, zazwyczaj tak robię, że jak się czegoś bardzo boję, to w to idę.
Tomasz Śliwiński: Ale wiesz, w stand-upie bywa tak, że na widowni pojawia się taki jeden pan albo taka pani i patrzą na ciebie z grobową miną. Czy masz jakieś sposoby rozładowywania tych emocji?
Paweł Domagała: Raczej na spontanie. Wiesz trochę byłem w "Kabarecie na koniec świata", czy w Teatrzyku Gędźba. Przez 10 lat byłem w tej piwnicy i różnie było. Dużo improwizowaliśmy, więc się trochę tego nauczyłem.
Tomasz Śliwiński: Ale wiesz, Teatrzyk Gędźba kojarzy się z taką poetyką humoru, a tutaj idziesz ze stand-upem na pełne zwarcie.
Paweł Domagała: Zobaczymy, jak to będzie.
Tomasz Śliwiński: Jak wypadły testy?
Paweł Domagała: Bardzo dobrze, to znaczy z tego, co słyszałem, bardzo dobrze. Dużo tam się pouczyłem. Dla mnie najciekawsze jest to, czego oczekuje widz. Wiesz, jak przyjdą ci, którzy przychodzą na koncerty, to się zaskoczą. Chociaż to nie jest taki hardkorowy rodzaj stand-upu, w sensie, że przyklinam, ale czasem poruszam hardkorowe tematy. Bardzo jestem ciekawy, to mnie mega jara, jak publiczność zareaguje i kto w ogóle przyjdzie, czy to będzie publiczność stand-upowa, czy jakaś nowa.
Tomasz Śliwiński: Możemy powiedzieć, że Paweł Domagała to młody, bardzo obiecujący komik stand-upowy, który już niebawem pojawi się na scenie... No właśnie, kiedy się na niej pojawisz?
Paweł Domagała: Premierę mam 14 marca w Poznaniu.
Tomasz Śliwiński: A jak pan szanowny czuje się przed premierą?
Paweł Domagała: Jak przed każdą premierą (śmiech). Zresztą mam w jednym tygodniu nagromadzenie premier, dlatego staram się to jakoś dzielić. Przed premierą stand-upu mam premierę singla (8 marca), premierę filmu (13 marca). Ale premiera stand-up jest Kinoteatrze Polo, w Poznaniu. Bardzo się cieszę, bo mam dwa występy w Poznaniu i już jest "sold out". Potem mam jeszcze występ 25 marca w Filharmonii w Częstochowie, a potem w kwietniu Olsztyn, Pruszków. Bardzo się cieszę, że ludzie mnie obdarzyli takim zaufaniem i że te bilety się sprzedają, a przecież jeszcze nikt tego nie widział, oprócz testów i znajomych.
Tomasz Śliwiński: Ty już dałeś się poznać jako wspaniały aktor, a także jako twórca piosenek, które pozostają słuchaczom w uszach i sercach. Czym się różni tworzenie programu stand-upowego od tworzenia piosenek, czy też od twojej pracy w Teatrze Gędźba? No bo tam masz wsparcie zespołu...
Paweł Domagała: W Teatrze Gędźba, na to głównie Wojtek Soroszyn i Maciek Makowski piszą. Jak tam nie piszę, bo to są zbyt ostre rzeczy (śmiech). Inaczej jest z muzyką, to są głównie emocje...
Tomasz Śliwiński: Ale stand-up to też emocje!
Paweł Domagała: Też emocje, ale inne. W muzyce jest taki mój smutek, nostalgia, czasem radość, taka romantyczna strona... a stand-up raczej to jest gniew, jakaś niezgoda, takie dostrzeżenie absurdów. Stand-up jest na pewno bardziej intelektualną pracą niż muzyka, bo też trzeba być i na bieżąco, i bardziej brać ze świata, niż od siebie.
Tomasz Śliwiński: A czy pojawił się ktoś taki, który powiedział: "Paweł, po co ci ten stand-up? Sprawdziłeś się już w tylu sferach"?
Paweł Domagała: Nie, jeśli kto mi coś wytyka, robi jakiś zarzut, to raczej: po co mi tyle rzeczy. Uważam jednak, że trzeba robić tyle rzeczy. Bardzo lubię sobie tak próbować, iść w to, co mnie jara. Lubię mieć mieć cały czas ten napęd i taką pasję. Jedna rzecz napędza drugą.
Ale miałem taką ciekawą historię, tyle, że w drugą stronę. Gdy zaczynałem przygodę z muzyką, to organizator, którego prosiliśmy o zorganizowanie naszej trasy, mówił mi: "Paweł, ty powinieneś iść w stand-up, muzyka ci nie wyjdzie, idź w stand-up". A ja mu wtedy odpowiedziałem: "Nie, nie chcę w ten stand-up, chcę w muzykę, chcę w trasę". On na to: "To się nie sprzeda". W końcu zrobiliśmy tę trasę, ona się bardzo dobrze sprzedała, no i po ośmiu latach, mówię do niego: "Wiesz co, miałeś rację, chyba teraz jest dobry moment, żeby pójść w ten stand-up".
Tomasz Śliwiński: Używając języka komentatorów sportowych: "Szkoda, że państwo tego nie widzą, bo naszemu gościowi oczy się śmieją, jak mówi o stand-upie". Mówiliśmy o tym, że ten program to trochę ty z perspektywy czterdziestu lat. Co Pawłowi Domagale przez ten czas w głowie, pod kątem komediowym, tkwiło?
Paweł Domagała: Jest pełno takich "bareizmów", czyli absurdów dnia codziennego. To mnie zawsze najbardziej śmieszy i w związku z tym mam taki trochę sentyment do tych lat 90., w których się wychowywałem.
Tomasz Śliwiński: Powiedz szczerze, nosiłeś kreszowy dres?
Paweł Domagała: Dresu nie nosiłem. U mnie raczej były bojówki, plecak kostka...
Tomasz Śliwiński: Czyli taki raczej niepokorny? Paweł grunge'owiec?
Paweł Domagała: Trochę grunge'owiec, ale też miałem taki moment w życiu, co w Radomiu, było oznaką najwyższej odwagi, że byłem ubrany jak kowboj, że słuchałem country i chodziłem w kapeluszu, w koszuli dżinsowej wpuszczonej w spodnie... W Radomiu to była walka o życie, żeby tak ubrany dojść do szkoły. Oczywiście w latach 90. Ale dla mnie moda zawsze była najważniejsza i byłem w stanie wiele zaryzykować (śmiech).
Tomasz Śliwiński: A powiedz mi, proszę, jak wygląda sam proces tworzenia twojego programu? Czy notujesz sobie te wydarzenia, które są takimi bareizmami w twoim życiu, czy też w karierze? Czy raczej tak scenariuszowo do tego podchodzisz, jak na przykład do serialu, tworząc zwarty program od A do Z?
Paweł Domagała: Zawsze mam przy sobie dwa lub trzy notesy (dwa na pewno!). Jeden jest do takich luźnych przemyśleń, jakichś absurdalnych spostrzeżeń. Czasem one są śmieszne, czasem nieśmieszne, ale wszystko tam zapisuje. Czasem na przykład jakiś wers na piosenkę mi wpadnie do głowy i chodzę z tym. Potem te zapiski sobie czytam i z tego tworzę. Czyli tak naprawdę to cały dzień się dzieje, cały czas to gdzieś pracuje.
Tomasz Śliwiński: A jak Twoi bliscy zareagowali na pomysł programu stand-upowego?
Paweł Domagała: Bardzo dobrze, zawsze mam ich wsparcie. My się z Zuzą wzajemnie nakręcamy, by robić jak najwięcej. Chociaż ja jakoś nie mam poczucia, że to jest jakoś dużo, dla mnie jest to zupełnie normalne i pewnie czas pracy się nam pokrywa. Ty jesteś dziennikarzem, możesz i pisać, i podkładać głos, bo masz głos...
Tomasz Śliwiński: Dubbinguję bajki, byłem kiedyś koniem Lucky Luke'a.
Paweł Domagała: No właśnie, ale wiesz, ty też nie skaczesz bardzo daleko. Ja też nie buduję domów, na przykład. Tylko to są małe ruchy, które rozwijają mnie i mają wpływ na inne moje ścieżki zawodowe. Uważam też, że trzeba sobie to życie rozpychać, rozszerzać. To jest bardzo przyjemne.
Gdy miałem te testy ze stand-upem, to było to dla mnie takie mistyczne przeżycie, bo miałem taki rodzaj stresu i tremy, którego dawno już nie miałem. To była taka trema nowicjusza, trema, jaką czułem na przykład w szkole przed egzaminem, czy przed dyplomem. To jest bardzo przyjemna trema, inna niż ta, gdy masz już coś do stracenia.
Tomasz Śliwiński: Gdy widzi się Ciebie z gitarą przy mikrofonie, to myśli się: "to ten, który fajnie śpiewa i kogoś się chce przytulić". Gdy widzi się Ciebie w telewizyjnym show, to myśli się: "fajny, inteligentny, zabawny facet, nie wbija tych szpil, chociaż mógłby". Gdy widzi się ciebie w serialu albo w kinie, to myśli się: "On ma talent", a gdy zobaczymy cię w stand-upie, to pomyślimy: "O, nowy!".
Paweł Domagała: Dla niektórych będzie to z pewnością zaskoczenie. Chociaż ja daleko od siebie nie uciekam, po prostu wychodzę z mikrofonem i gadam. Ale ani tam nie śpiewam, ani się nie przebieram, nie mam takiego show. To jest taki typowy stand-up. On czasami przechodzi bardziej w taki storytelling.
Jest taka ciekawostka, którą zawsze podaję jako przykład. Jest taki standuper, teraz nie pamiętam jego nazwiska, autor, który pisał Dave'em Chapelle'em. Oglądałem jego stand-up. On trwał godzinę dwadzieścia minut. Zamknąłem komputer i mówię do Zuzy: "Słuchaj, to był jeden z lepszych stand-upów, jaki w życiu widziałem", a ona "Przez półtorej godziny ani razu się nie uśmiechnąłeś". Rzeczywiście tak było, ale to był jeden z lepszych stand-upów. To było tak zabawne i te spostrzeżenia, które on miał... nigdy bym na to nie wpadł. Ale gdy on to mówił, to wydawały się to takie oczywiste. I to też jest coś, co mnie nęci.
Wiesz, to jest trochę taka celowa prowokacja, gdy coś takiego mówię (wszyscy się oburzają). Śmieję się, że gdyby wyjąć z kontekstu, to najlepszym stand-upperem okazałby się Janusz Korwin-Mikke... Gdyby on nie był politykiem i nie chciał rządzić, nic od niego by nie zależało, to nawet to byłoby zabawne. To koleś, który wychodzi na stand-up i mówi, że ludzie bez nóg mogliby pracować w chłodniach, bo najbardziej marzną nogi, czyli tutaj nie ma tego problemu. W standa-upie byłoby to zabawne
Tomasz Śliwiński: Tak, masz rację. Ale poptarz: Ricky Gervais, który czasami też jedzie po bandzie. On naprawdę nikogo i niczego nie oszczędza, mimo że mówi delikatnie, nie przeklina, ale jak skończy i pójdzie puenta, to ty się zastanawiasz, gdzie ty jesteś.
Paweł Domagała: Ricky to jest taki niedościgniony wzór. W Nowym Jorku byliśmy na "Armageddon", który teraz jest na Netflixie. My byliśmy na teście i to było duże przeżycie.
Tomasz Śliwiński: Zazdroszczę Ci, opowiedz, proszę, jak tam było na żywo? Jaka to atmosfera?
Paweł Domagała: Przede wszystkim świetny był jego support. Cały program był znacznie dłuższy. On mówi zresztą o tym, że tutaj część rzeczy będzie sobie próbował. Czasami było bardzo grubo, wtedy mówił, że tego Netflix nie puści. I rzeczywiście na Netflixie tego nie ma. To było duże wydarzenie. Byłem ogromnie podekscytowany. Poszliśmy tam z Zuzą, wchodzimy, a obok nas siada Matt Damon...
Tomasz Śliwiński: A to też jest koleś z ogromnym poczucie humoru i dystansem do siebie...
Paweł Domagała: Tak, teraz zrobili z Benem Affleckiem tę reklamę Dunkin, nie wiem, czy widziałeś?
Tomasz Śliwiński: Tak, te słowa, że dla przyjaźni robi się wiele, a był w różowym, kreszowym dresie... Czy tu się zgodzisz z takim stwierdzeniem, że stand-up to trochę taka lupa na życie?
Paweł Domagała: Raczej takie krzywe zwierciadło, bo pewne rzeczy trzeba troszeczkę uwypuklić, doprowadzić do absurdu, albo celowo prowokować. Bo przyznaje, że podobają mi się też takie sytuacje, gdy nie ma śmiechu, tylko jest takie: "Jezu", w sensie: "Czy on to właśnie powiedział?". Ekscytują mnie takie sytuacje, gdy ktoś powie, co każdy myśli, ale nie mówi tego na głos. W dzisiejszych czasach jest tak, że pewnych rzeczy nie możesz powiedzieć, bo zawsze jest ktoś, kto się obrazi. Więc jak to mówisz głośno, to jest taki wiesz...
Tomasz Śliwiński: To jak z tym powiedzeniem: "Jeśli myślisz o tym, o czym ja teraz myślę, to ja coś prawdziwym prosiakiem" (śmiech). Pawle, bardzo Ci dziękuję za to spotkanie, a państwa zachęcam do zobaczenia Pawła na scenie stand-upowej.
Źródło: CHILLIZET/ podcast "Na Chilloucie"