Kacper Kuszewski: "To ja jestem polskim głosem Myszki Miki"

10 min. czytania
Aktualizacja 20.08.2025
22.12.2023 14:48
Zareaguj Reakcja
---- ----

Aktor teatralny, filmowy, dubbingowy, wokalista, człowiek Renesansu, który – parafrazując znane powiedzenie – żadnej pracy głosem się nie boi. Kacper Kuszewski, bo to o nim mowa, w rozmowie z Iwoną Kutyną opowiada, między innymi  o tym, jak wyglądała praca na planie "Twoja twarz brzmi znajomo"” oraz w jakich projektach artystycznych czuje się najlepiej.

Kacper Kuszewski
fot. TRICOLORS/East News
--1-- ----

Iwona Kutyna: Spotykamy się, by porozmawiać na temat życia, ale nie tylko. Między innymi na temat spektaklu "Lista Męskich Życzeń", który wystawiany jest w teatrze IMKA w reżyserii Artura Barcisia. Grasz w nim jedną z głównych ról. Czy możesz powiedzieć, jakie są te męskie życzenia?

Kacper Kuszewski: To jest dobre pytanie. Pewnie każdy inaczej, by na nie odpowiedział. Myślę, że mężczyźni są ostatnią grupą na świecie, która nie zaczęła się emancypować i tkwi w stereotypach kulturowych, stąd pewnie ten kryzys męskości. Choć mam nadzieję, że już powoli z niego wychodzimy. Na przykład w dużych miastach widzę młodych ojców z wózkami, z dziećmi za rękę, siedzących przy piaskownicy. Ten obrazek mnie rozczula, bo gdy ja byłem dzieckiem, taki widok był rzadki [...]. Kiedyś było to postrzegane jako niemęskie i obciachowe. Na szczęście się to zmienia, ale uważam, że mężczyźni mają przed sobą jeszcze długą drogę. I ten spektakl jest właśnie o tym.
To jest taka bardzo zabawna i przewrotna satyra na takie stereotypowe wyobrażenia mężczyzn na temat kobiet. Ta komedia pokazuje, co by się stało, gdyby te wszystkie męskie marzenia o kobiecie spełniły się. Do jakich strasznych rzeczy wtedy by doszło i myślę, że jest to generalnie w swoim wydźwięku taka – nie chcę powiedzieć "feministyczna", bo część słuchaczy powie "o nie, to ja nie idę tego oglądać", zwłaszcza panowie mogą się spłoszyć (śmiech) – prosta fajna komedia psychologiczna oparta na dialogu i przenikliwej analizie psychologicznej.

Posłuchaj

Test tytułu

Iwona Kutyna: Każdy może coś z tej sztuki wynieść...

Kacper Kuszewski: Każdy może coś z tej sztuki wynieść, w każdym dokonuje się, jakaś spektakularna przemiana. W tym spektaklu grają trzy osoby, dwóch mężczyzn i jedna kobieta (ta superkobieta – spełnienie marzeń każdego mężczyzny). Za jego reżyserię wziął się specjalista od komedii, świetny aktor – Artur Barciś. Bardzo się ucieszyłem, kiedy zaprosił mnie do tego projektu. Mam wysoko postawioną poprzeczkę, ale dałem z siebie wszystko. W tym przedstawieniu gra też Waldemar Obłoza, również świetny aktor komediowy. Tworzy taką fajną, ciepłą postać. Natomiast postać kobiecą grają (na zmianę) Aneta Zając lub Urszula Dębska.

Mężczyźni są ostatnią grupą na świecie, która nie zaczęła się emancypować i tkwi w stereotypach kulturowych, stąd pewnie ten kryzys męskości.  - Kacper Kuszewski

Iwona Kutyna: No dobrze, to może porozmawiajmy o muzyce. 12 lat w szkole muzycznej, fortepian i klarnet. Jesteś cały czas aktywny muzycznie, prawda?

Kacper Kuszewski: Tak, ale nie instrumentalnie, tylko wokalnie. Już w szkole muzycznej wiedziałem, że muzykiem nie będę, choć byłem chwalony przez nauczycieli za muzykalność. Po pierwsze nie miałem takiej technicznej, czysto manualnej lekkości. Dość szybko zauważyłem, że to, co moim kolegom dość łatwo wychodzi, to ja muszę "wymęczyć", grając godzinami, a i tak osiągałem gorsze rezultaty. Poza tym ja zawsze miałem potworną tremę, występując jako muzyk, trzęsły mi się kolana, trzęsły mi się ręce... Natomiast nigdy nie miałem takiej tremy jako aktor. O czym mogłem się dość szybko przekonać, bo zagrałem w przedstawieniu, w profesjonalnym teatrze, w wieku sześciu lat, a kolejną większą rolę zagrałem w wieku 13 lat. To było w Teatrze Muzycznym w Gdyni w musicalu "Les Misérables" ("Nędznicy") w reżyserii Jerzego Gruzy. Grałem tam rolę Gavroche'a.

Dotrwałem w dziennej, szkole muzycznej do matury, ale grając dyplom, wiedziałem, że muzykiem nie zostanę. Natomiast w swojej karierze aktorskiej wykorzystuję umiejętności muzyczne. Poza tym bardzo lubię śpiewać, choć akurat śpiewu się nie uczyłem. Widzę jednak, że gdy biorę się za piosenkę aktorską, to czasem nieźle mi to wychodzi. Zresztą tak się złożyło, że te moje pierwsze role aktorskie były śpiewane. W wieku 6 lat znalazłem się w teatrze, jako jeden z chórzystów w chórze chłopięcym, który był oprawą muzyczną przedstawienia "Historia o chwalebnym zmartwychwstaniu pańskim". Śpiewaliśmy muzykę średniowieczną. Potem był ten musical, a właściwie pop-opera "Nędznicy". Tak się złożyło, że od ukończenia studiów zawsze robiłem coś muzycznego. Pierwsza praca, którą dostałem jeszcze jako student IV roku Akademii Teatralnej w Krakowie, to był Kabaret Olgi Lipińskiej, w którym miałem śpiewać, ruszać się, być takim tłem, jednym z ansamblu. Na pierwszym planie byli oczywiście ci wszyscy wspaniali aktorzy.

Pierwszy spektakl, w którym zagrałem po studiach, to był spektakl z piosenkami francuskiego pieśniarza Charlesa Treneta, u boku Mariana Opanii, Bartosza Opanii, Katarzyny Groniec i Krystyny Tkacz. W nieistniejącym już teatrze Scena Prezentacji w Warszawie. Mógłbym tak jeszcze długo wymieniać, bo tych przedstawień, recitali, czy telewizyjnych show, w których brałem udział, było bardzo wiele.

Iwona Kutyna: A teraz, gdy zostaniesz gdzieś zaproszony, by pośpiewać, to odmawiasz?

Kacper Kuszewski: Nie, nie odmawiam, ale tak sceptycznie podchodzę do tego, co powinienem, czy co mógłbym zaśpiewać. Bo tak jak wspomniałem wcześniej, nie uważam, abym posiadał jakąś specjalnie rozwiniętą technikę wokalną, nie uważam się za wokalistę. Uważam, że za pewne rzeczy nie powinienem się zabierać. Ale jeśli proponują mi coś, z czym mógłbym sobie poradzić, to się zgadzam. Nawet jeśli jest to ryzykowne (śmiech). Ja po prostu lubię śpiewać, z zespołem, z orkiestrą. Nie wiem, czy ktoś to jeszcze pamięta, ale ja przez dwa lata byłem frontmanem zespołu Leszcze. I to też było bardzo fajne doświadczenie. Zresztą przyznam, że w wieku 47 lat i po 25 lat śpiewania w dubbingu, w teatrze, w musicalach, na koncertach, postanowiłem wziąć w końcu lekcje śpiewu (śmiech).

Iwona Kutyna: Brawo Ty (śmiech)

Kacper Kuszewski: I już się to dzieje. Mam już nauczycielkę i to bardzo dobrą wokalistkę, pedagoga – Agatę Walczak. Kilka lat temu przygotowałam swój solowy recital, a właściwie był to taki jednoosobowy spektakl muzyczny, który nazywa się "Album rodzinny". Nawet wydałem płytę z piosenkami z tego spektaklu. Piosenki zostały napisane specjalnie dla mnie przez dwójkę moich przyjaciół i były inspirowane zdjęciami z albumu rodzinnego moich dziadków. Piosenki są utrzymane w stylu retro. Są rytmy tanga, walca, fokstrota, charlestona. A teksty opowiadają trochę o tym świecie, ale trochę odnoszą się do świata współczesnego, w którym żyjemy. Pomiędzy piosenkami opowiadam anegdoty z życia rodzinnego, czytam fragmenty listów miłosnych mojego dziadka do mojej babci, zdradzam sekretny przepis odchudzający mojej babci. Takie różne wesołe historie. Spektakl powstał kilka lat temu i postanowiłem zabrać się do kolejnego. Inspiracją było pytanie, które usłyszałem od młodego dziennikarza. To było po wygranej w "Twoja twarz brzmi znajomo". Ten młody człowiek, na oko dwudziestoletni, zapytał: "Panie Kacprze, jak to się stało, że zaczął pan śpiewać?" Ja popatrzyłem na niego i powiedziałem: "No właśnie, jak to się zaczęło..." (śmiech).

Iwona Kutyna: Pewnie myślał, że tak przypadkowo wskoczyłeś na scenę i zaśpiewałeś... (śmiech)

Kacper Kuszewski: Tak, większość myśli, że ja gram tylko w serialu i nic innego w życiu nie zrobiłem. A tu okazuje się, że ja jeszcze śpiewam. To mnie zainspirowało. Przypomniałem sobie te wszystkie spektakle muzyczne, koncerty i postanowiłem bezszczelnie zrobić o tym spektakl autobiograficzny, pod roboczym tytułem: "Panie Kacprze, jak to się stało, że zaczął pan śpiewać?". Będę przywoływał różne piosenki, z różnych spektakli, w których śpiewałem. A skoro mam je śpiewać, to trzeba zrobić to bardzo porządnie i stąd te lekcje śpiewu. Mam nadzieję, że ten spektakl publiczności będę mógł zaprezentować już w 2024 r.

Po 25 lat śpiewania w dubbingu, w teatrze, w musicalach, na koncertach, postanowiłem wziąć w końcu lekcje śpiewu. - Kacper Kuszewski

Iwona Kutyna: Czyli spektakl będzie pokazywał, jaką drogę przeszedłeś… A w jakiej muzyce ty się odnajdujesz najlepiej?

Kacper Kuszewski: To jest dobre i trudne pytanie. Walczę ciągle ze swoim wewnętrznym krytykiem, który mówi mi, że ja i śpiewanie to niedobrana para. Jedyny moment, kiedy ten krytyk się wyłącza, to jest piosenka aktorska. Taka, jaką mam ogromną przyjemność śpiewać w spektaklu "Nowy Jork. Prohibicja" w Teatrze Roma W Warszawie. On jest od kilku lat w repertuarze. Gra w nim czterech aktorów i pięciu muzyków. Są to piosenki amerykańskie z lat 20. i 30. XX w. z polskimi tekstami świetnego poety krakowskiego Michała Chludzińskiego. I te teksty są albo luźną parafrazą oryginału, albo w ogóle napisane od nowa. W bardzo przewrotny, inteligentny, błyskotliwy sposób opowiadają nie tylko o tamtym świecie, ale i o świecie, w którym obecnie żyjemy. O tym, co się może wydarzyć w społeczeństwie, kiedy politycy uważają, że mają sposób na to, aby wszyscy byli cnotliwi i żyli tak, jak się powinno.

Fot.

Iwona Kutyna: Bardzo aktualne...

Kacper Kuszewski: To prawda, bardzo aktualne. To z jednej strony spektakl rozrywkowy, bo piosenki są zabawne, dowcipne, muzyka jest jazzowo-swingowa, ale są takie momenty w tym spektaklu, że ten uśmiech zamiera na ustach i dreszcz przechodzi po plecach. Tym bardziej że reżyser i autor scenariusza – Łukasz Czuj, który specjalizuje się w teatrze piosenki autorskiej, pokazał, jak ten kryzys finansowy, który pojawił się po wprowadzeniu prohibicji, wpłynął na kryzys ekonomiczny w Europie i doprowadził (pośrednio) do władzy populistów i ekstremistów politycznych, zarówno z prawej, jak i lewej strony. Te teksty i muzyka są znakomite, aktualne. To jest coś, co ja kocham i w czym się odnajduję najlepiej.

Natomiast, gdy startowałem w programie "Twoja twarz brzmi znajomo" miałem takie przekonanie, że nie mam talentu do naśladowania innych ludzi. Dałem się namówić, ale jakoś nie widziałem siebie w tym formacie. Jakież było moje zdumienie w trakcie programu, gdy okazało się, że publiczności i jurorom się podoba, i że mi jakoś to wychodzi. Dla mnie było to bardzo ciekawe artystyczne doświadczenie, które bardzo poszerzyło moje aktorskie i wokalne horyzonty.

Iwona Kutyna: Brałeś w tym programie udział nie tylko jako uczestnik programu, ale także jako juror. W której z ról lepiej się czułeś?

Kacper Kuszewski: Zdecydowanie lepiej czułem się jako uczestnik. Może dlatego, że nie traktowałem tego jako konkursu, gdzie muszę coś udowodnić, tylko dla mnie była to fajna artystyczna przygoda, cudowna aktorska gimnastyka. W bardzo krótkim czasie wcielałem się w różne postaci. Na szczęście w tym programie jest armia arcykompetentnych i arcyutalentowanych ludzi, których nie widać, a którzy są dookoła. Oni wychodzili ze skóry, abyśmy my wypadali jak najlepiej. To byli ludzie od charakteryzacji, od kostiumów, od ruchu, od emisji głosu, od scenografii... Od wszystkiego. I ja, jako uczestnik, wychodząc na scenę, czułem się przygotowany, wiedziałem w każdej milisekundzie co mam robić. Natomiast jako juror nie wiedziałem nic. Nie wiedziałem, co za chwilę zobaczę, jaki ten występ będzie. Występy trwają mniej więcej dwie minuty, jurorzy siedzą niewygodnie, z boku, więc żeby zobaczyć twarze uczestników, musimy się wychylić do przodu, ale ten głośnik, z którego słychać muzykę mamy za plecami, więc musimy się wychylić do tyłu. Tancerze skaczą, światła migają, dekoracja się przesuwa i nagle jest koniec. Podchodzi prowadzący i pyta: no i co, no i co... (śmiech). Człowiek nagle musi coś powiedzieć z głowy, co będzie miało ręce i nogi, coś, co będzie błyskotliwe, dowcipne...

Ale jest jeszcze jedna ważna kwestia: ocenianie kolegów. To jest naprawdę bardzo trudne, zwłaszcza że ja wiedziałem, że każdy występ w tym programie, nawet ten najmniej udany, jest okupiony ciężką pracą. Zawsze miałam ogromny szacunek dla tej pracy i dlatego wysiłku. W ogóle ten system oceniania, bo to jest telewizyjne show, jest z gruntu niesprawiedliwy. Bo każdy juror w określonym odcinku może dać określoną liczbę punktów. Tylko jednej osobie mogę dać 10 pkt, tylko jednej 7 pkt itd. A zdarzało się, że było 5 równorzędnie dobrych występów. I jak ja mam zdecydować, komu dać 10, a komu dać 3 punkty. Czasami to była wyliczanka: ene due rike fake... (śmiech).

Nie uważam, że mam piękny głos (zawsze zazdrościłem kolegom takiego niskiego, zmysłowego głosu), ale okazało się, że ten młodzieńczy, wysoki, jasny głos otworzył mi drogę do dubbingu. - Kacper Kuszewski

Iwona Kutyna: Najważniejsze, że to była zabawa i wszyscy, zarówno uczestnicy, publiczność, jak i jurorzy, dobrze się bawiliście. No dobrze... Nie da się ukryć, że głos u aktora jest bardzo ważny. Mam takie poczucie, że ty wykorzystujesz ten głos na bardzo różne sposoby. I to sprawia, że to się nie nudzi, o ile w ogóle aktorstwo może się nudzić. Grasz, śpiewasz, dubbingujesz...

Kacper Kuszewski: Jednym z powodów, dla których wybrałem zawód aktora, jest to, że można go uprawiać na tak wiele sposobów. Jest i komedia, i tragedia, i teatr muzyczny, i piosenka aktorska, i film, i serial, i kabaret, i estrada, i dubbing i mnóstwo, mnóstwo innych form. Miałem ogromną ochotę, by w tym wszystkim spróbować swoich sił. I chyba jestem w czepku urodzony, bo to marzenie mi się spełniło. Nie uważam, że mam piękny głos (zawsze zazdrościłem kolegom takiego niskiego, zmysłowego głosu), ale okazało się, że ten młodzieńczy, wysoki, jasny głos otworzył mi drogę do dubbingu.
Moją pierwszą rolę w dubbingu otrzymałem w czasie studiów we "Fraglesach". Zaangażowała mnie nieżyjąca już reżyserka dubbingu Dorota Kawęcka. Nie wiem, czy pamiętasz, ale we Fraglesach jest taka wiedźma Ple-Ple i towarzyszą jej dwa małe szczurki, które czasem śpiewają. Mój głos właśnie użyczyłem tym dwóm postaciom. Zresztą później okazało się, że wiedźmą Ple-Ple jest Teresa Lipowska, która później była moją serialową mamą (mowa o "M jak miłość" – przyp. red.).

Natomiast pierwszą rolą pełnometrażową rolę w dubbingu otrzymałem od wspaniałej reżyserki dubbingu, niestety też już nieżyjącej, Joanny Wizmur. To był film "Atlantyda. Zaginiony ląd", gdzie zagrałem główną rolę – Milo Jamesa Thatcha, bohatera, który pracował w muzeum archeologicznym i wziął udział w wyprawie w poszukiwaniu zaginionej Atlantydy. W oryginale tej postaci udzielił głosu Michael J. Fox, znany m.in. z "Powrotu do przyszłości", i on też ma taki młodzieńczy, wysoki głos, podobnie jak ja. W ten sposób otrzymałem tę rolę.

To, co ciekawe, to nikt wtedy w szkole teatralnej nie uczył dubbingu, więc nie byłem na to przygotowany. Zostałem zaproszony do studia, postawiono mnie przed mikrofonem, włączono mi fragment filmu z postacią, którą miałem dubbingować i sprawdzano, jak sobie z tym poradzę: czy mam dryg, czy sobie z tym poradzę, czy nie. Ostatecznie okazało się, że ja to czuję i zagrałem bardzo wiele różnych ról w dubbingu, m.in. jestem polskim głosem Myszki Miki, Luke'a Skywalkera (w filmach rysunkowych, czy w grach komputerowych). Mam szczęście do tych ikonicznych ról dubbingowych. Zresztą mój głos dla Myszki Miki został wybrany z setek prób głosów przez Amerykanów. Ich nie obchodziło, kim ja jestem, gdzie grałem. Głos miał być jak najbardziej podobny do oryginału.

Iwona Kutyna: Bardzo dziękuję za tę rozmowę.

Źródło: CHILLIZET