Na antenie:

"Wtopy zdarzają się i w książkach, ja poległem na… drobiu". Alek Rogoziński o pisaniu

9 min. czytania
Aktualizacja 30.01.2024
23.01.2024 12:00
Zareaguj Reakcja

Ma fenomenalne poczucie humoru, ogromny dystans do siebie i wielu wiernych czytelników – Alek Rogoziński, bo to o nim mowa, to autor wielu książek. Z przekąsem mawia o sobie, że jest kryminalistą, to znaczy... pisarzem od kryminałów. Z zawodu jest dziennikarzem, z zamiłowania pisarzem, z pewnością też autorem jednych z najlepiej sprzedających się książek w Polsce. W rozmowie Tomkiem Śliwińskim uchyla rąbek tajemnicy i zdradza, jak wygląda jego warsztat pisarski.

Alek Rogoziński
fot. Damian Klamka/East News/ na zdjęciu Alek Rogoziński

Tomasz Śliwiński: Niewiele osób wie, że zanim zacząłeś pisać, byłeś m.in. radiowcem. Później wciągnęła cię literatura. Ale to dobrze, bo dzięki temu mamy takie opowieści, jak "Póki śnieg nas nie rozłączy". Książka zaczyna się od ślubu twojej ulubionej bohaterki, czyli Róży Krull, pisarki, która co rusz wpada w kolejne tarapaty. Tym razem zaczyna się od małżeństwa...

Alek Rogoziński: ... do którego nie doszło, bo pan młody nie pojawił się przed ołtarzem, w związku z czym moja bohaterka popadła w depresję. Pan młody zniknął, nikt nie wie, co się z nim dzieje i ona musi to wytropić. Policja nie daje rady, a tam, gdzie policja nie daje rady, to zawsze radę daje Róża Krull. Moi czytelnicy już to wiedzą.

Tomasz Śliwiński: Dobrze, że wspomniałeś o czytelnikach, bo ty jesteś bardzo aktywnym pisarzem, jeśli chodzi o kontakty z czytelnikami. Obserwuję cię w mediach społecznościowych i obserwuje relacje z twoich spotkań. Wytłumacz mi, proszę, dlaczego Róża Krull i jej perypetie detektywistyczno-obyczajowo-komediowe w kolejnych odsłonach twoich powieści się nie nudzą?

Alek Rogoziński: Trzeba o to zapytać moich czytelników, ale powiem ci, że ja mam pewien patent. Różę Krull odstawiłem na dwa lata, ponieważ zacząłem łapać się na tym, że przygotowując się do napisania kolejnej książki, część pomysłów kopiowałem z samego siebie. Czego nie znoszę, bo to jest droga donikąd, do samounicestwienia. Teraz do niej wróciłem. Wiesz, gdy mnie nie nudzi coś, co pisze, to jest duża nadzieja, że nie będzie nudziło moich czytelników. I mam takie sygnały, że przy tej części historii Róży Krull wszyscy się świetnie bawili. Wszyscy się za nią stęsknili, ja również.

Tomasz Śliwiński: Generalnie ja poczułem to, co czytelnicy książek Joanny Chmielewskiej, gdy się czekało na kolejne tomy jej książek.

Alek Rogoziński: Tak, bardzo się czekało na te książki, w których Joanna występowała jako Joanna. Bo wszystkie jej książki są fajne, ale te, w których Joanna pisała o sobie, są najlepsze. Mam na myśli "Wszystko czerwone", "Całe zdanie nieboszczyka", "Klin".

Tomasz Śliwiński: Dokładnie tak, ale tu mamy coś, za co ja lubię Twoje pióro, czyli ten dreszczyk w układance à la Agatha Christie. Chciałam powiedzieć, że nie tylko trup ściele się gęsto w tych powieściach, ale przede wszystkim humor ściele się gęsto w tych powieściach.

Alek Rogoziński: O tak, teraz sobie też pojechałem, aż czekam na pierwszy sygnał, że za bardzo (śmiech).

Tomasz Śliwiński: Cieszę się, że pozycjonujesz swoje książki jako komedie kryminalne, bo jestem teraz po lekturze bardzo ciężkiej powieści, w której wszyscy na końcu giną. Nic się nie udaje, smutek wielki. Natomiast twoje opowieści mają to do siebie, że tym komediowym sznytem, poprawiają nastrój. Chciałem Cię zapytać, jak się tworzy taki archetyp dobrego/złego charakteru, dobrej/złej postaci? Tym razem w powieści "Póki śnieg nas nie rozłączy" mamy celebrytkę i taką troszkę poskładaną.

Alek Rogoziński: Ona jest poskładana. Jesteś na dobrym tropie. U mnie postaci, nawet te, które czytelnikom wydają się kopiowane z kogoś jeden do jednego, są zawsze poskładane z wielu cech różnych postaci. Tworzę takiego doktora Frankensteina.

Tomasz Śliwiński: To powiedzmy teraz o tej madame Frankenstein.

Alek Rogoziński: Madame Frankenstein jest polską celebrytką, żoną, która wyjechała na trzy miesiące do Stanów Zjednoczonych i przez ten czas zapomniała języka polskiego. Wymyśliła sobie życiorys, wymyśliła sobie wszystko i doszła do wniosku, że pora się wreszcie uniezależnić, usamodzielnić od swojego męża. Ma na to swój plan i on zahacza kryminalną warstwą swojego istnienia o to, co Róża Krull robi wraz ze swoimi przyjaciółmi, by wyjaśnić zagadkę, gdzie podział się jej niedoszły mąż. Tak to sobie poukładałem w głowie. Wplątałem w to przemyt dzieł sztuki, bo to jest temat, który trochę szarpie mi duszę. Mamy ich tak mało, tyle dzieł sztuki skradziono nam w ciągu II wojny światowej. Zresztą nie tylko. Później jeszcze te wszystkie przemyty za czasów PRL-u…

Tomasz Śliwiński: Podoba mi się jeszcze jedna rzecz, w tym jak piszesz. Autorzy, którzy tworzą długie serie, dzielą się na dwie grupy. Tych, którzy piszą kolejne tomy książek będących dalszą opowieścią i trzeba wiedzieć, co było w pierwszym tomie, by przeczytać kolejny. Natomiast ty należysz do tej drugiej grupy, która tworzy ciąg historii, ale każdy tom jest jakby odrębną historią. Mogą wskoczyć w którąkolwiek z nich i nie muszą znać wcześniejszych książek. Jak się to uzyskuje?

Alek Rogoziński: Założyłem sobie od samego początku, że każda książka będzie odrębną całością i że czytelnik, dostając na przykład piątą część serii, nie poczuje się zawiedziony, czy też rozczarowany, że nie rozumie połowy rzeczy, bo są tam nawiązania do poprzednich książek. Tutaj tych nawiązań jest tyle, co kot napłakał i można spokojnie je pominąć. Każdą książkę z cyklu o Róży Krull można sobie przeczytać osobno. Zdradzę ci coś fajnego. Dowiedziałem się o tym dopiero dzisiaj rano. Mój wydawca przygotowuje specjalnie na Gwiazdkę box ze wszystkimi częściami serii dotyczącymi Róży Krull. Fajnie opakowane, w fajnej cenie.

Różę Krull odstawiłem na dwa lata, ponieważ zacząłem łapać się na tym, że przygotowując się do napisania kolejnej książki, część pomysłów kopiowałem z samego siebie. Czego nie znoszę, bo to jest droga donikąd, do samounicestwienia.  - Alek Rogoziński

Tomasz Śliwiński: Porozmawiajmy też trochę o muzyce. We wspomnianej książce jest scena przed ślubem, gdy grają motyw przewodni z Titanica, czyli piosenkę Celine Dion "My Heart Will Go On". Jak mawiali starożytni "ad mortem defecatam", czyli ciągle, ciągle, wciąż od nowa. I to są takie momenty komediowe w tej książce, które sprawiają, że człowiek lepiej się czuje. Ale mówiliśmy o takich kąskach smakowitych, których w twoich książkach, jest ich znacznie więcej, prawda? Skąd czerpiesz inspiracje?

Alek Rogoziński: Była taka książka "Czerwono mi", której akcja rozgrywała się podczas opolskiego festiwalu. Ja ten festiwal miałem przyjemność obserwować przez wiele lat jako widz, później widziałem, jak on się tworzy od środka. Pomyślałem wtedy, że to znakomita sceneria do popełnienia morderstwa i tak właśnie zrobiłem we wspomnianej książce. W ogóle uwielbiam takie antenowe wtopy. Ostatnio był duży festiwal transmitowany w telewizji. Na scenie był jakiś artysta, ale nie było go słychać, tylko organizacyjne nawoływania: "Gdzie jest pani Małgosia? Dajcie mi panią Małgosię". Chodziło o osobę, która miała zapowiedzieć kolejny występ. Takie wtopy zdarzają się wszędzie, również i w książkach. Nie ukrywam, że ja chyba dwa razy w swoich powieściach poległem na... drobiu. Raz wysłałem do ciepłych krajów łabędzie, i pierwsze pytanie na spotkaniu z czytelnikami było: "Panie Alku, jakie ptactwo odlatuje do ciepłych krajów?". Odpowiadałem: "Wiem, wiem gęsi, gęsi!". Drugi raz (to było w takiej sadze komediowo-kryminalnej, która toczyła się w XVII wieku) chciałem napisać, że jeden z arystokratów francuskich był bardzo skąpy i użyłem takiego porównania, że był tak skąpy, że nawet kury znosiły u niego po jednym jajku dziennie. Wtedy pierwsze pytanie, jakie dostałem na spotkaniu z czytelnikami, brzmiało: "Ile jajek dziennie znosi kura?". Żadnego drobiu więcej (śmiech).

Tomasz Śliwiński: Muszę przyznać, że bardzo mi się w Tobie jako pisarzu podoba to, że masz taki dystans do siebie, do swojej twórczości i swojego warsztatu pisarskiego, że nie napinasz się.

Alek Rogoziński: A jak można się napinać przy komedii? Gdybym pisał komedię i był poważny, i przyjmował wszystko, co się dzieje wokół mnie z taką powagą i nadęciem, przekonaniem, że jestem lepszy od całego świata, że pozjadałem wszystkie rozumy, to byłoby to nie do zniesienia. Ja bym pewnie w tym zwariował, bo to zakrawa na schizofrenię. Moja twórczość idzie prosto z serducha, a ja mam takie trochę komediowe podejście do rzeczywistości, stąd te komedie kryminalne.
Byłem raz na pogrzebie z moją mamą i tam niestety wydarzyło się wiele rzeczy komediowych, między innymi ksiądz, już w czasie chowania nieboszczyka do ziemi, zaczął rozmawiać sobie z wroną, która nagle przyleciała i wpadała mu w co drugie słowo. Brzmiało mniej więcej tak: ksiądz mówi "Drodzy zgromadzeni...", wrona "Kra, kra!".

Tomasz Śliwiński: A to stąd wziął się ten wątek pogrzebowy w powieści "Póki śnieg nas nie rozłączy".

Alek Rogoziński: Tak, tak, i powiem ci, jaki był komentarz mojej mamy po tym pogrzebie. Moja mama wytrzymała do ogrodzenia, ale gdy tylko wyszliśmy poza cmentarz, to powiedziała: "Żebyś wiedział, to jest ostatni pogrzeb, na jaki cię zabrałam".

Tomasz Śliwiński: To samo mówi mama twojej bohaterki!

Alek Rogoziński: Tak, bo Róża Krull to ja. Zawsze mówię, że tylko jej zmieniłem płeć, natomiast cała reszta się zgadza. Róża Krull jest moim żeńskim alter ego.

Tomasz Śliwiński: A mama już czytała tę powieść?

Alek Rogoziński: Mama słuchała, bo ze względu na oczy od wielu miesięcy już tylko słucha książek. Na szczęście serię o Róży Krull czyta absolutna mistrzyni, jeśli chodzi o lektorów, Paulina Holtz. Ale moje pozostałe książki też trafiały do naprawdę fajnych ludzi, m.in. Joanny Kołaczkowskiej, Katarzyny Pakosińskiej, Ewy Kasprzyk, Tomka Ciachorowskiego, Mikołaja Krawczyka. Mam ogromne szczęście do lektorów. Wszystkich ich kocham, uwielbiam.

Tomasz Śliwiński: Wracając do mamy, jak ona reaguje na te wszystkie wątki?

Alek Rogoziński: Mama jest taka bardzo oszczędna w komentowaniu książek i ja po dawce entuzjazmu wiem, czy jej się bardziej podobała, czy mniej. To moja mama, więc ona pewnie nigdy nie powie, że jej się coś nie podoba, ale akurat serię z Różą Krull mama bardzo lubi. Ale przyznam, że nie wszystkie książki spotykają się z jej dużym entuzjazmem. Są takie, przy których mama mówi: "No niezłe, niezłe, ale za to Barbara Wysoczańska to dopiero napisała fajną książkę" (śmiech). Wtedy mówię: "Dziękuję, przekażę Basi".

Tomasz Śliwiński: Ciekawe porównanie, ale trzeba przyznać, że nawet ta krytyka brzmi inaczej (śmiech). Chciałem cię zapytać jeszcze o to, co pewnie intryguje wielu czytelników, jak wygląda warsztat pisarza, co on ma w głowie podczas pisania?

Alek Rogoziński: Oj nie wchodźcie w moją głowę. Mam tam potworny bałagan. Jak ktoś by tam wszedł, to by zabłądził już za pierwszą kością.

Róża Krull to ja. Zawsze mówię, że tylko jej zmieniłem płeć, natomiast cała reszta się zgadza. Róża Krull jest moim żeńskim alter ego. - Alek Rogoziński

Tomasz Śliwiński: Ale są tacy pisarze, którzy wszystko mają rozpisane na fiszkach na tablicy korkowej, a wszystko połączone jest kolorowymi niteczkami.

Alek Rogoziński: Też tak kiedyś chciałem zrobić, ale pogubiłem się w tych karteczkach, wściekłem się i je wyrzuciłem.

Tomasz Śliwiński: To jak pisze Alek Rogoziński?

Alek Rogoziński: Z głowy. Muszę mieć najpierw tę akcję w głowie poukładaną. Muszę tych ludzi, którzy w niej występują, zobaczyć dookoła siebie. Oni zaczynają w tej mojej głowie żyć, ta akcja też. Oczywiście czasem spisuję sobie kolejne punkty, aby się nie pogubić w tym wszystkim, ale to nie są żadne karteczki, tylko hasłowo wypisane punkty, o czym muszę pamiętać, aby akcja była logiczna i żeby wszystko było jak w szwajcarskim zegarku. Tak musi być w kryminale. Natomiast, gdy mówię, że mam chaos w głowie i tego chaosu czasem nie da się rozplątać, to nie kokietuje. Zresztą ten chaos czasem widać po akcji książek.

Tomasz Śliwiński: Ale myślę, że komedia i farsa mają to do siebie, że czasami im większy chaos, tym lepiej.

Alek Rogoziński: Tym lepiej, bo zabawniej. Poza tym życie jest chaosem.

Tomasz Śliwiński: Mówiłeś, że miałeś dwuletnią separację z Różą Krull, ale też, że jest ona twoim żeńskim alter ego. Zastanawiam się, jak to jest z tymi bohaterami, z którymi autor jest związany. Czy czasem przemyka Ci myśl, by kogoś uśmiercić, pożegnać i skupić się na innych postaciach?

Alek Rogoziński: Nie, bo ja – mówiąc tak nieładnie – mam rozgrzebanych serii kilka. Jest Róża Krull, są teściowe i jest ta saga, która toczy się w XVII w. Gdy czuję, że czegoś jest za dużo, to wtedy przerzucam się na coś innego. Teraz mam pomysł na siódmą "Różę", więc trochę z nią jeszcze poprzebywam. Nie będziemy musieli czekać na kolejną książkę dwóch lat. Ale tak jak wspominałem, mam wrażenie, że gdy ja się dobrze bawię przy pisaniu tych książek, to i moi czytelnicy dobrze się bawią, czytając je. Jeśli ja czuję jakieś zmęczenie materiału, to wtedy pora odpocząć.

Tomasz Śliwiński: Aby jakoś spiąć klamrą tę naszą dzisiejszą rozmowę, wróćmy może do powieści "Póki śnieg nas nie rozłączy". Zaczyna się ona od przerwanego ślubu. Zdradzisz nam, czy dojdzie do tego ślubu?

Alek Rogoziński: Nie mogę tego zdradzić. To jedyna rzecz, której nie mogę zdradzić, ale powiem tak: po "Póki śnieg nas nie rozłączy" ukazała się kolejna powieść "Zabójczy kulig". Trzydziesta moja książka i jeżeli doczytacie ją do końca, to tam jest jeden mały spoiler i dotyczy on tego, co dalej z Różą.

Tomasz Śliwiński: Dobrze, niech to więc będzie ciekawe zwieńczenie naszej dzisiejszej rozmowy.

Redakcja poleca

Źródło: CHILLIZET