Natalia Niemen: "Gdy urodziłam chłopców, czułam się strasznie samotna"

7 min. czytania
Aktualizacja 08.01.2025
08.01.2025 06:38
Zareaguj Reakcja
---- ----

Gdy urodziła dzieci, czuła się strasznie samotna. Wpadła w depresję. Gdyby nie wsparcie mamy i dziadków, rozpadłaby się na kawałki... Tak o początkach macierzyństwa opowiadała Natalia Niemen. Teraz jest dojrzałą mamą i chętnie dzieli się swoim doświadczeniem z innymi kobietami.

Natalia Niemen
fot. Pawel Wodzynski/East News/ na zdj. Natalia Niemen
--1-- ----

Wokalistka, kompozytorka, multiartystka, malarka, poetka, mama trójki dzieci – Natalia Niemen w szczerej rozmowie z Natalią Waloch (dziennikarką "Wysokich Obcasów" oraz podcastu "Po swojemu" w Chillizet) opowiada o:

  • macierzyństwie, o tym jak się zmieniała jako matka i jako człowiek,
  • czego uczy swoich synów, by mieli dobre relacje ze swoimi partnerkami,
  • emocjonalności, która jest nie tylko domeną kobiet, ale i mężczyzn.

Poniższa rozmowa jest jedynie fragmentem dłuższego wywiadu z Natalią Niemen. Jeśli chcesz wysłuchać całości, przesłuchaj go w playerze umieszczonym na końcu rozmowy.

Natalia Waloch: Masz dwóch dorosłych synów i małą córeczkę. Chciałam cię zapytać, jak ewoluowałaś jako matka, zmieniając się też jako człowiek? Jakie miałaś podejście do chłopaków, a jakie masz teraz do córeczki?

Natalia Niemen: Gdy urodziłam chłopców, byłam bardzo niedojrzałą matką i bardzo nieszczęśliwą. Nie dlatego, że byłam matką, tylko dlatego, że zostałam wrzucona w takie miejsce geograficznie, energetycznie, historycznie i mentalnie, które mnie kompletnie rozkawałkowywało. Musiałam mieszkać w Poznaniu, bo pewien człowiek z rodziny mojego męża zakładał tam kościół. Już wtedy czułam, że to nie jest dobry pomysł, energia mi nie kłamała, tylko ja to ignorowałam. Musiałam tam zamieszkać. Wtedy też okazało się, że mój ojciec ciężko choruje. Gdy zaszłam w pierwszą ciążę z Bronisławem, moim pierworodnym, przewspaniałym, dwudziestoletnim dzisiaj synem, ojciec jeszcze żył. Zmarł po paru miesiącach. Środowisko, to kościelne, było toksyczne. Jego założyciele, liderzy, byli bardzo toksyczni. Z tego wszystkiego wpadłam w depresję. Byłam matką straszną, czułam się tam cholernie samotna. Nie miałam tam przyjaciół, nie miałam rodziny. Cały czas, w oczach ludzi mi bliskich, którzy tam w Poznaniu ze mną byli, robiłam coś źle. Nie dostawałam do jakiegoś ich poziomu. A to miałam za tłuste włosy, a to byłam za smutna, a to zbyt negatywnie myślałam, a to się ubierałam w jakieś poplamione rzeczy. Myślałam, że tam się rozpadnę. Gdyby nie moja mama i jej rodzice, moi świętej pamięci dziadkowie, to ja nie wiem, co by się ze mną stało. Oni przyjeżdżali do tego Poznania, gdy na świecie pojawił się Bronek, potem Wincenty (urodziłam go 20 miesięcy po Bronku). Przez lata żyłam z potwornym poczuciem winy, że to się działo, że schrzaniłam dzieciństwo moich chłopców, że nie dałam im poczucia bezpieczeństwa. Dopiero po latach, gdy mieszkaliśmy już pod Warszawą, złapałam kontakt ze świetną terapeutką, która mnie uspokoiła, mówiąc: "Pani Natalio, pani nie miała zasobów zewnętrznych". Gdy ona mi to powiedziała, to mi spadło z ramion jakby 100 kilogramów. Poczułam, że weszłam na drogę zrzucania z siebie niepotrzebnych odpowiedzialności.

Chłopcy dostali ode mnie sporo krzywdy, ale na szczęście dostali też bardzo dużo uwagi, bardzo dużo rozmów. To jest zresztą do tej pory jeden z moich imperatywów. Choćbym miała dostać Oscara, albo jechać na spotkanie z Robertem De Niro, a któreś z moich dzieci ma problem, to ja zostaję i rozmawiam. Jestem też bardzo autentyczna. Jak oni podrośli, to im mówiłam o moich problemach, o różnych używkach, po które sięgałam właśnie w tamtym okresie. O tym, że przez 10 lat zaglądałam do kielicha, żeby szukać ulgi, bo tak mi było źle. Gdy chłopcy stali się nastolatkami, to im mówiłam: "Panowie musicie wiedzieć, co w rodzie było". Generalnie w Polsce ludzie ukrywają, co robił ojciec, matka, babka i potem robią się z tego jaja, bo wszystkie traumy zostają w komórkach. Człowiek rośnie, jest nastolatkiem, dwudziestoparolatkiem i nie wie na przykład, skąd jakiś stres jest w nim albo jakieś skomplikowanie.

To, że kobiety, matki zamknięte w domach piją, to już w latach 50. XX w. wyszło w badaniach. Stąd powstała później "Mistyka kobiecości" Betty Friedan. Ona zastanawiała się, jak to jest, że te uczesane gospodynie domowe, z tymi nowoczesnymi lodówkami, które wyszły za tych weteranów, naszych pięknych chłopców, one wszystkie piją?! A one piły właśnie dlatego, że te piękne domki, wystrzyżone trawniki, nowoczesne odkurzacze i lodówki szczęścia im nie dawały, że tam był taki ziąb i głód emocjonalny. Myślę, że wiele naszych czytelniczek też ma takie doświadczenia.

Natalia Niemen: Dlatego też o tym mówię i mam nadzieję, że to da siłę innym kobietom. Zawsze się interesowałam życiem aktorów, aktorek, muzyków, osób publicznych. Czytałam wiele wywiadów, książek. Bardzo mnie krzepiło, gdy ktoś otwierał się, przyznawał, że z czymś sobie nie poradził. W takich momentach przychodzi ulga: "Jezu, to ja nie jestem sama". Najgorzej jest, kiedy człowiek myśli, że jest z czymś sam. Wiele osób mówi też: "Jezu, mogłam to zrobić inaczej". Wtedy myślę: "Nie, nie mogłaś, bo gdybyś mogła inaczej, to byś zrobiła". To proste.

Redakcja poleca

Tak sobie myślę, że jest coś takiego w kulturze, że nie ma kobiet właściwych, matek właściwych. Mówiłaś, że byłaś w tym Poznaniu sama, że ciągle było coś nie tak, a to miałaś dres poplamiony, a to fryzurę nie taką, a to czegoś nie zrobiłaś. Myślę, że to doświadczenie bycia nie taką, cokolwiek to znaczy, jest bardzo powszechne wśród matek małych dzieci. Nie mamy tych wielopokoleniowych domów, nikt nas nie uczy, jak być mamą. Bierzemy te trzydniowe dziecko ze szpitala i musimy sobie jakoś radzić. Kobiety często są naprawdę przerażone, nieadekwatne, nie wiedzą, czy robią dobrze. Doświadczają też samotności.

Natalia Niemen: Im więcej o tym mówimy, tym lepiej. Jestem zwolenniczką mówienia prawdy. Najważniejsza jest ta osoba, którą widzę w lustrze. Jeśli nie powiem sobie prawdy, jeśli nie zetknę się z prawdą o sobie, to ten świat się nie zmieni. Mogę udawać, że sobie radzę, że jest super, że generalnie jest ekstra, ale to nie będzie prawda o mnie. Wiem, że mówiąc o tych moich "nieudaniach", daję siłę innym kobietom.

Chciałabym wrócić do Twojego pytania o wychowanie dzieci. Danusia, moja córka, ma lat 7. Pomiędzy nią a Wincentem jest 11 lat różnicy, a 13 pomiędzy nią a Bronkiem. Teraz jestem matką dojrzałą, po 12 latach terapii, po ciężkiej pracy nad sobą. Jestem fajnym, mądrym człowiekiem, który bardzo dużo przeszedł. Czasem sobie myślę: "Jezu, jaka szkoda, że ja nie byłam taka dla chłopców", ale ponieważ wierzę w reinkarnację, to wiem, że po prostu taki był ich los, taki jest mój los oraz los mojej córki.

A co robisz inaczej?

Natalia Niemen: Jestem bardzo cierpliwa, jestem spokojna, nie spieszę się tak bardzo. Nie ma takiego szału, że wszystko musi być na już. Mam inną energię. Nie ma we mnie energii strachu, nie ma we mnie energii poczucia winy. Mam inne podejście, jest we mnie dojrzałość. Cieszę się jednak, bo z chłopakami nadal mam dobry kontakt. Oni oczywiście są bardzo męscy. Czasem jak powiem trzy zdania, to oni mówią: "za dużo gadasz" (śmiech). Ale przychodzą do mnie i opowiadają nawet o intymnych sprawach, więc czuję, że suma summarum jako matka zwyciężyłam.

Rodzinny dom to miejsce, w którym chłopak, syn, może się skonfrontować z kobiecą emocjonalnością i ma szansę wyrosnąć na faceta, który nie będzie przerażony, gdy nagle jego dziewczyna, narzeczona, czy żona zacznie okazywać jakieś emocje, większe niż noga od stołu (śmiech).

Natalia Niemen: Tak (śmiech). Ostatnio zapytałam mojego syna, czy wie, co jest najważniejsze dla kobiety? To poczucie bezpieczeństwa emocjonalnego. To jest klucz do zbudowania szczęśliwego związku. Powiedziałam mu: "Jeśli ona będzie miała przy tobie poczucie bezpieczeństwa emocjonalnego, to może mieć mniej pieniędzy, może mieszkać w jakiejś dziurze, ale będzie się z tobą czuła bezpiecznie".

To wspaniała rada, ale myślę, że my kobiety to bezpieczeństwo musimy w sobie same zbudować. Do it yourself, kobieto. Musimy umieć same zadbać o siebie.

Natalia Niemen: Totalnie. Najgorzej jest, jeśli człowiek, czy to chłopak, czy dziewczyna, idzie w relacje z deficytem matki czy ojca. Wszyscy to znamy i warto nad tym pracować. Warto wejść w praktykowanie miłości do siebie, rozmowy ze sobą, robienie sobie różnych dobrych rzeczy, żeby poczuć się spokojnie, szczęśliwie, przyjemnie. Warto zacząć praktykować docenianie siebie. Napisać na kartce "Jestem piękna. Mam piękny nos, stopy etc.". Potem wypiszmy sobie, jakie mam zalety. Gdy mnie parę lat temu ktoś pytał o zalety, to nie wiedziałam, co mam powiedzieć. Dzisiaj mówię bez zastanowienia: autentyzm, czułość, empatia, uwaga na drugiego człowieka. To jest tak, jak w szkole – musisz wyćwiczyć pewne rzeczy, aż ciało załapie. A ciało też tego łaknie, bo ciało jest mądre. Tylko my w tej cywilizacji chrześcijańskiej, zachodniej, konsumpcyjnej, oderwaliśmy się od tego źródła. Zauważ, że w chrześcijaństwie ciało jest na czarnej liście. Święty Paweł pisał, że ćwiczenia ciała nie są aż tak ważne...

No tak, bo ciało jest grzeszne, brudne, lepiej zasłonić, nie patrzeć, nie dotykać i nie mieć radochy. Tego nie polecamy. Polecamy radości płynące z ciała i z ducha.

Natalia Niemen: I bezwstydność nawet (śmiech), taką w zaakceptowaniu siebie, w zaakceptowaniu innych, tego ciała. Ciało to też są emocje. Kobiety powinny zaakceptować swoje emocje. Nie wiem, czy ty słyszałaś kiedyś od mężczyzn, że jesteś zbyt emocjonalna?

Oczywiście, każda z nas słyszała (śmiech).

Natalia Niemen: Oczywiście, że kobiety są emocjonalne...

Ale oni też są emocjonalni, tylko u nich to się nazywa "słuszny gniew", a u nas to jest histeria. Oni płoną świętym gniewem, a my jesteśmy histeryczkami.

Natalia Niemen: Co jest złego w byciu emocjonalnym? Jesteśmy emocjonalni, bo mamy emocje. Jesteśmy ludźmi.

Jak komuś się nie podoba, to niech sobie żyje ze sztuczną inteligencją. Bardzo ci serdecznie dziękuję za tę rozmowę.

Redakcja poleca

Źródło: CHILLIZET/ podcast "Po swojemu"