"Minimalizm nie jest celem, on jest procesem". Jak go wdrożyć w życie, opowiada Marcin Pawelec

6 min. czytania
Aktualizacja 30.08.2024
30.08.2024 08:16
Zareaguj Reakcja
---- ----

"Minimalizm nie jest celem, punktem, do którego się dochodzi. Minimalizm to droga, to ciągły proces" – uważa Marcin Pawelec, współtwórca bloga NiecoMniej.pl. Dowiedz się, jak zacząć żyć minimalistycznie, co to tak naprawdę znaczy i co możemy na tym zyskać.

Mężczyzna w lesie
fot. Shutterstock
--1-- ----

Jeremi Pedowicz: Dzisiaj będziemy mówić o minimalizmie, jednym z najciekawszych trendów ostatnich lat. Zastanawiam się, jak się ograniczyć dobrowolnie? Jak wdrożyć coś, co wydaje się narzuceniem pewnego reżimu, a jednocześnie nie mieć poczucia narzucania sobie czegoś? Bo wydaje mi się, że w minimalizmie chodzi nie o to, by sobie coś narzucać, ale o to, by być, akceptować.

Marcin Pawelec: Jest dokładnie tak, jak mówisz. Tu zupełnie nie chodzi o reżim, o jakąś karę, czy umartwianie się, bo to tak nie działa. Minimalizm jest drogą, która sprawia, że czuję się spokojniej i otaczam się tylko i wyłącznie wartościowymi rzeczami, relacjami, sytuacjami, miejscami. Dzięki niemu mogę skupić się tylko na tym, co jest dla mnie ważne.

Może najpierw skupmy się na tej materialnej stronie, bo jest prostsza do uchwycenia. Powiedz mi, co jest niepotrzebne nam w życiu?

Marcin Pawelec: Bardzo dobre pytanie, ale kim ja jestem, abym mógł mówić, co komu w życiu jest potrzebne lub niepotrzebne? Mogę jedynie opowiedzieć o swoich doświadczeniach. U mnie wszystko zaczęło się od szafy. Zajrzałem do niej i zobaczyłem w niej masę ubrań, w których nie chodziłem, bo albo przestały być modne, albo były za małe, albo za duże, albo rozcięte, albo nadawały się tylko do pracy w garażu, choć nie mam garażu (śmiech). Wywaliłem je wszystkie na łóżko i zacząłem po kolei, sztuka po sztuce przeglądać, zastanawiać się: czy to na pewno jest mi potrzebne.

Co może być impulsem do tego, aby zacząć żyć minimalnie, czy bardziej umiarkowanie? Nasza kultura, po przemianie ustrojowej, zachęca nas raczej do nadmiernej konsumpcji, do gromadzenia rzeczy.

Marcin Pawelec: Mniej rzeczy daje więcej spokoju. Mając mniej rzeczy, mniej czasu poświęcamy na dbanie o nie, mniej się o nie martwimy, mniej czasu spędzamy, prasując je (śmiech). Jak masz mniej tzw. kurzołapów, na przykład ozdóbek na półce, to mniej czasu spędzasz na wycieraniu kurzy. Taka świadomość jest naprawdę uwalniająca.

Niektórzy myślą, że minimalizm to umartwianie się, odrzucanie dóbr doczesnych, ale naprawdę wiele rzeczy jest nam po prostu niepotrzebnych. Oczywiście dla każdego będzie to coś innego. Dla jednych mogą to być stare książki, jeszcze z czasów studenckich, dla kogoś (podobnie jak dla mnie) stare, nieużywane ubrania, a jeszcze dla kogoś innego kosmetyki, nieużywane od lat.

A jaka jest różnica między minimalizmem a ascezą? Bo w takim potocznym rozumieniu to te hasła są w pewnym sensie blisko siebie.

Marcin Pawelec: Można tak na to spojrzeć, niektórzy mogą iść w kierunku ascezy, do czego oczywiście nie zachęcam. Minimalizm to nie jest żadna religia, albo jakieś sztywno ustalone dogmaty, których kurczowo trzeba się trzymać. Każdy może robić minimalizm po swojemu. Spotkałem na swojej drodze wiele osób, które mówiły, że są minimalistami, ale gdy byłem w ich przestrzeni, to widziałem wiele rzeczy, które – moim zdaniem – były niepotrzebne, ale dla nich był to minimalizm. To, co jest fajne w minimalizmie, to to, że możemy zachować w swoim życiu, to co nas interesuje, co nam daje chęć do życia, co nam się podoba, a to, co jest niepotrzebne, co zagraca naszą przestrzeń, możemy oddać, sprzedać, po prostu pozbyć się tego.

Redakcja poleca

A jeśli czegoś będziemy potrzebować, to zawsze to możemy pożyczyć, prawda? Czy w Polakach budzi się taka świadomość, że nie trzeba wszystkiego mieć?

Marcin Pawelec: Myślę, że otwiera się przestrzeń ku temu. Widzę, że powstaje coraz więcej portali, które umożliwiają pożyczenie różnych rzeczy odpłatnie lub za tzw. sąsiedzką przysługę. Super, że można z tego korzystać. Teraz żyjemy w zamkniętych, ogrodzonych osiedlach, pozamykaliśmy się na społeczność. Trudno nam sobie wyobrazić, że zapukamy do sąsiada i poprosimy go o wiertarkę. Łatwiej nam jest jechać do sklepu i ją kupić. Ja wiertarki nie mam, ale mam wkrętarkę, bo ona mi załatwia dużo rzeczy. Akurat ona była mi bardzo potrzebna, ale jak jej akurat nie potrzebuję, to chętnie ją komuś pożyczę. Mogę ją też sprzedać, gdy przestanie mi być potrzebna.

Wspomniałeś, że minimalizm dotyczy nie tylko sfery materialnej, ale także może dotyczyć relacji.

Marcin Pawelec: Tak, to jest kolejna rzecz, którą warto przejrzeć, gdy już skończymy przeglądać szafy, biblioteczkę, garaż i inne nasze przestrzenie. Warto skupić się nad kolejnymi elementami, czyli między innymi relacjami z ludźmi, którzy nas otaczają. Musimy się zastanowić, czy faktycznie chcemy, aby ci ludzie byli wokół nas.

Jest takie powiedzenie, że bardzo ciężko pracujemy, robimy nadgodziny, aby zarobić jak najwięcej pieniędzy i kupić rzeczy, które są nam niepotrzebne, żeby zaimponować ludziom, których nie lubimy. Pytanie: czy rzeczywiście tak musi być? Musimy się zastanowić, czy rzeczywiście nie chcemy komuś z zewnątrz udowodnić, że jesteśmy bogatsi, modniejsi, seksowniejsi i tym podobne. Świat ma wobec nas jakieś oczekiwania, które musimy spełnić. Nieważne, czy to są oczekiwania naszego szefa, czy rodziców, czy wytworzone pod wpływem reklam. Musimy sobie z tym poradzić.

A jak Ty poradziłeś sobie z tymi oczekiwaniami?

Marcin Pawelec: To dobre pytanie. Moja nowa ścieżka życiowa, wiem, że to śmiesznie brzmi, zaczęła się od minimalizmu, potem poszła w stronę bloga o minimalizmie, a teraz, zamiast prowadzić biznes, tak jak robiłem to jeszcze parę lat temu, prowadzę fundację wraz z moim przyjacielem Wojtkiem, z którym notabene też tworzymy bloga. Poszliśmy w kierunku dbania o zdrowie psychiczne, ponieważ te oczekiwania bardzo mocno nas dociskały. Nieważne, skąd, czy od kogo one wyszły, ważne, że one są w nas. Radzenie sobie z nimi nie jest najprostszą rzeczą, powiedzmy to sobie szczerze. Najpierw trzeba się dowiedzieć, które z nich siedzą w naszej głowie, czy są to czyjeś oczekiwania, czy raczej nasze, a poza tym, czy my tak naprawdę chcemy im sprostać.

Bycie dobrym człowiekiem, to raczej dobre oczekiwanie, ale już oczekiwanie, że przed trzydziestką będziemy mieć Porsche (ja takie miałem) już raczej dobre nie jest. Uświadomiłem sobie, że to nie były moje oczekiwania, tylko wytworzone pod wpływem listy "100 najbogatszych Polaków" Forbes'a. Wtedy myślałam, że to jest sukces, który chcę osiągnąć. Równie dobrze tym sukcesem może być wejście na Tarnicę albo na Babią Górę zimą. Pytanie, co da nam więcej szczęście.

Czy można powiedzieć, że minimalizm jest duchowy?

Marcin Pawelec: Na pewno daje duchowy spokój, uczucie uwolnienia, świeżości. Ale nie chcę, abyśmy łączyli go z religią, jakimiś dogmatami, bo gdy mówi się o duchowości, to gdzieś ta religia się wkrada.

Rozumiem, ale wydaje mi się, że takie zdrowe zasady minimalizmu wprowadza na przykład buddyzm.

Marcin Pawelec: Nie znam się na religiach, nie znam się na buddyzmie, więc ciężko jest mi odnieść się do Twojego spostrzeżenia. Na pewno ktoś, kto praktykuje buddyzm, znajdzie dużo elementów wspólnych, na przykład uważność. Ale nie trzeba być buddystą, by zostać minimalistą. Nie trzeba też rezygnować ze swojej wiary, by móc być minimalistą. Minimalizm to otwarta idea.

Czy myślisz, że minimalizm może wynikać na przykład z potrzeby sprawowania kontroli nad swoim życiem?

Marcin Pawelec: Tak, minimalizm bardzo ułatwia kontrolę nad swoim życiem. Minimalizm nie jest celem, punktem, do którego się dochodzi. Minimalizm to droga, to proces. Gdy wokół mnie pojawia się zbyt dużo rzeczy, natłok spotkań w kalendarzu, to wtedy rzeczywiście czuję, że zaczynam tracić kontrolę nad swoim życiem i dążę do tego, by znowu to uporządkować.

Do minimalizmu, jak do wszystkiego, można się przyzwyczaić. To uczucie wolności, świeżości masz, gdy pozbywasz się pierwszej rzeczy, która jest ci niepotrzebna. Potem porządkujesz całą szufladę, potem pomieszczenie. W pewnym momencie, gdy już masz wszystko posprzątane: i rzeczy, i relacje, i życie, to zaczynasz się do tego przyzwyczajać. Dbamy o siebie, wiemy, co jest dla nas dobre i jak to osiągnąć, ale gdzieś przychodzi taki moment przyzwyczajenia. Chodzi mi o to, że fajnie jest od czasu do czasu przyglądać się naszym rzeczom, życiu i robić w nich porządki. Sprawdzić, czy na pewno wszystko jest nam potrzebne. Bo rzeczy mają to do siebie, że lubią się "wkradać" do naszych szafek (śmiech).

I to jest fajne zakończenie naszej rozmowy. Dziękuję Ci za to spotkanie.

Redakcja poleca

Źródło: CHILLIZET/ spisała i przeredagowała Monika Karbarczyk