Według jakiego klucza dobieramy sobie partnerów/ partnerki? Psycholog wyjaśnia
Wybór życiowej partnerki, czy życiowego partnera to poważna sprawa. Według jakiego klucza łączymy się w pary? Zapytaliśmy o to prof. Wojciecha Kuleszę, psychologa społecznego Uniwersytetu SWPS. Jego odpowiedzi z pewnością nas zaskoczą.
Jeremi Pedowicz: Kwestia doboru partnera jest kwestią interesującą każdego śmiertelnika, który jest lub będzie w związku, albo do takiego zmierza. Zawsze mi się wydawało, że ze względu na uwarunkowania kulturowe, mamy pewne preferencje dotyczące wyglądu, czy sfery psyche. Wydawałoby się więc, że wybór partnera jest decyzją świadomą. Ale czy tak faktycznie jest?
Prof. Wojciech Kulesza: Trudno powiedzieć, że świadomą, na pewno nieprzemyślaną. Nam się wydaje, że bardzo głęboko rozmyślamy o tym, jakie podejmujemy decyzje, ale w rzeczywistości wcale tak nie musi być. Prosty przykład. Podobają nam się atrakcyjni ludzie. Oficjalnie twierdzimy, że nie oceniamy ludzi po okładce, ale przecież tak jest. Badania nad randkami w ciemno, przeprowadzone w latach 60., silnie to pokazują. Wykazano, że chęć pójścia na drugą randkę zależała wyłącznie od jednej rzeczy, tego czy ta druga osoba była atrakcyjna fizycznie. Pokazywał to też w swoich badaniach prof. Andrzej Szmajke. Okazuje się, że kobieta, która ma odpowiednio duże wcięcie w talii względem biodra, bardziej się podoba. Podobnie jest z mężczyznami, którzy mają sylwetkę w kształcie V (ramiona szersze względem bioder). A więc oficjalnie powiemy, że nie pociąga nas wygląd, tylko interesuje nas człowiek i jego wnętrze, ale w rzeczywistości oceniamy ludzi po okładce. Pokazał tę naszą nieracjonalność pewien badacz o nazwisku Todorow. Wykazał, że w ciągu sekundy, patrząc na twarz, oceniamy, czy ktoś jest inteligentny, czy nie. Oczywiście nasi czytelnicy mogliby zakrzyknąć: "ja tak nie mam". Wtedy włącza się kolejny efekt znany w psychologii społecznej. Chodzi o efekt bycia lepszym, czyli myślenie, że jesteśmy lepsi od innych. Uważamy, że skoro inni są nieracjonalni, to ja na pewno jestem racjonalny/ racjonalna. Ale tego nie da się obronić. Badania pokazują to od tylu lat.
Jeremi Pedowicz: Wygląd fizyczny jest oczywiście ważny, ale najczęściej wybieramy też partnera lub partnerkę z kręgu kulturowego, społecznego, w którym się obracamy, z pewnej bańki. Zwykle taka osoba ma upodobania podobne do naszych. Zastanawiam się, na jakich zasadach to działa, czy to chodzi o tzw. chemię, czy tylko i wyłącznie o kontekst. Jak to wygląda z perspektywy psychologa społecznego?
Prof. Wojciech Kulesza: To jest bardzo rozbudowane pytanie. Najpierw zastanówmy się, czym jest chemia? Mój brat kiedyś powiedział, że ożeni się z kobietą, z którą będzie się rozumiał bez słów, czyli właśnie czuł chemię. My to intuicyjnie wszyscy czujemy, że z niektórymi ludźmi mamy tę chemię, a z innymi nie. Na czym ona może polegać? Być może chodzi o mechanizm nazywany efektem kameleona, mimikrę. Okazuje się, że naśladownictwo drugiej osoby, chodzi o naśladowanie mowy, gestów, ekspresji mimicznej, prowadzi do niezwykle złożonych skutków psychologicznych. Takie osoby bardziej lubimy, ufamy im bardziej, częściej powierzamy im wstydliwe tajemnice, a nawet zostawiamy im większe napiwki. Uważamy, że dzięki nim świat jest bardziej sprawiedliwy. Uważamy też, że te osoby są bardziej seksowane. I tu chciałbym się na chwilę zatrzymać. Czyli wystarczy, że odnajdujemy się w danej osoby, by jej seksowność wzrosła. To pokazuje właśnie tę naszą nieracjonalność. A chemia to coś niezwykle ulotnego, ale też właśnie nieracjonalnego. To, że ktoś mnie naśladuje, wcale nie musi świadczyć, że o tym, że będzie świetną żoną lub świetnym mężem, ojcem czy matką moich dzieci.
Jeremi Pedowicz: A jeśli ktoś ma problemy z mimikrą, albo istnieje osoba, którą trudno naśladować, to znaczy, że taka osoba może mieć na przykład problemy z wejściem w związek?
Prof. Wojciech Kulesza: Niezwykle rzadko zdarza się, żeby ktoś nie umiał naśladować. Może osoby, które mają spektrum autyzmu. Ale gdybyśmy zrobili prosty eksperyment. Wyszli na ulicę i szeptem o coś zapytali, albo inaczej, zadzwonili do kogoś, kogo świetnie znamy, i szeptem zapytali o coś. Jest duże prawdopodobieństwo, że automatycznie te osoby zaczną nas naśladować i też zaczną szeptać, jest niewielka grupa osób, które za tym nie podążą. Gdy jesteśmy na koncercie i ludzie klaszczą, to my też klaszczemy, naśladujemy tych ludzi. Gdy ludzie wstają i krzyczą bis, to my też krzyczymy bis. To naśladownictwo jest niezwykle powszechne. Oczywiście część z nas ma większe lub mniejsze zdolności w wielu obszarach psychologii, czy psychiatrii, ale żeby ktoś miał całkowite braki w tej sferze, jest niezwykle rzadkie.
Jeremi Pedowicz: A jeżeli zakochujemy się w osobie, którą znamy na przykład od 3 do 4 lat, to czy my faktycznie możemy mówić tutaj o występowaniu takiego wstecznego dorabiania teorii do tego, dlaczego się w tej osobie zakochaliśmy?
Prof. Wojciech Kulesza: Każde zakochanie się wstecznie sobie tłumaczymy, aby miało większy sens. Prosty przykład, kto z naszych czytelników zastanawia się nad tym, dlaczego się zakochał w ostatnich pięciu osobach. My w ogóle o tym nie myślimy, chyba że na psychoterapii. Pewnie po tych trzech latach byśmy zakrzyknęli, że dopiero coś nas przekonało, albo dopiero musiałem/musiałam dojrzeć. Ale tego w żaden sposób nie da się zmierzyć. Tu też zachodzi prawo konsekwencji i zaangażowania. Jeżeli długo z kimś jesteśmy, to uważamy, że na pewno tę osobę kochamy. Głupio byłoby przecież przyznać, że zakochałbym się na tak długi czas w kimś, kogo nie kocham, więc stwierdzam, że kocham, bo długo z tą osobą jestem, mamy wzięte kredyty, mamy wspólne dzieci i kilka albumów ze zdjęciami. To jest właśnie dysonans poznawczy. Chodzi o to, że my nie lubimy przyznawać, że jesteśmy bezmyślni, bezrefleksyjni. Myślimy, że jak coś robimy, to musi to mieć jakiś głęboki sens, czyli my sobie wstecznie dorabiamy teorie. Konkluzja jest taka, że my rzadko kiedy wyciągamy wnioski z poprzednich związków, zanim wejdziemy w kolejny. Jesteśmy tak samo głupio mądrzy w kolejnych związkach.
To inni nam mówią, że my cały czas takich samych ludzi wybieramy, albo cały czas te same błędy popełniamy. My oczywiście twierdzimy, że wyciągamy wnioski z poprzednich związków.
Jeremi Pedowicz: Mam wrażenie, że jest to w pewnym sensie jakieś masochistyczne. Im ciężej się nam z kimś umówić, tym ta osoba staje się dla nas bardziej atrakcyjna. Ale to chyba nie jest dobre dla naszego zdrowia psychicznego. Dlaczego tak się dzieje?
Prof. Wojciech Kulesza: To jest właśnie ten dysonans poznawczy. W badaniach pokazano, że jeżeli coś ciężko osiągamy, ogromnym kosztem, to cenimy to bardziej niż to, co było łatwe do zdobycia. Może to banalne porównanie, ale wyobraźmy sobie, że aby dostać pracę, muszę zrobić trzy przysiady, lub aby dostać tę samą pracę, muszę pięć dni rozwiązywać niezwykle skomplikowane zadania. Z badań wynika, że tym, którzy przeszli przez trudniejszy proces, by otrzymać pracę, trudniej było przyznać, że ona ich nie interesuje, że nie jest ciekawa. Stwierdzają, że skoro tyle poświęcili czasu i uwagi, to po prostu będą tę pracę cenić bardziej. Tak samo jest w związkach. Jest taka świetna praca, już trochę zapomniana, napisana przez Aleksandrę Kozłowską i Andrzeja Nowaka "Miłość jako katastrofa", ona właśnie dowodzi, że jak coś ciężko osiągnąć, tym bardziej to cenimy. Pokazaliśmy to też wiele lat temu z moją magistrantką, panią Poniatowską. Porównywaliśmy pary, które powstały mniej więcej w tym samym czasie. Jedna grupa, to były pary bez presji społecznej. Rozumiemy przez to, że obie osoby są białego koloru skóry, ludzie to w Polsce akceptowali (to były wczesne lata dwutysięczne, teraz są już inne czasy). Druga grupa, to pary, które różniły się. Jedna z tych osób miała inny kolor skóry, więc była presja społeczna. Padały pytania, czemu się spotykacie, czemu nie wybierzesz kogoś z nas. Patrzyliśmy na jedną prostą rzecz. Kto, kiedy bierze ślub? I w tej drugiej grupie, gdzie istnieje opór społeczny, te śluby były zawierane wcześniej. Ten mechanizm czasem się tłumaczy efektem Romea i Julii. Gdyby ojciec Julii powiedział, "droga wolna, nie lubię starego Romea, ale nie będziemy wtrącać się w waszą miłość" i podobnie zrobiłby ojciec Romea, to nie mieliśmy romansu wszech czasów. Nie musieliby stawiać czoła całemu światu i pewnie ten związek szybko, by się zakończył. Nie byłoby tak romantycznie i tragicznie. Podsumowując, my dorabiamy teorie. Jeśli jest coś ciężko zdobyć, to uważamy, że jest lepsze.
Zresztą opisana przez Elliota Aronsona w latach 60. technika "play hard to get" (udawaj trudnego do zdobycia) to idealnie potwierdza. W tamtych czasach nie było Facebooka, nie można było wyguglować nikogo, jedyną szansą na umówienie się na randkę było zdobycie numeru telefonu. Najczęściej mężczyzna prosił o to kobietę, a jeśli ona stawiała przez pewien czas opór, a potem ulegała, to była uważana za atrakcyjniejszą kandydatkę na randkę niż kobieta, która od razu ten numer telefonu dawała.
Jeremi Pedowicz: Czy łatwiej jest być z kimś, kto jest do nas fizycznie podobny, czy może jest na odwrót?
Prof. Wojciech Kulesza: To łatwo sprawdzić, wystarczy wykonać pewien eksperyment. Wpiszmy w wyszukiwarkę frazę "fotografia ślubna" i zobaczmy, jakie zdjęcia się wyświetlą na dziesięciu stronach różnych fotografów. Możemy śmiało założyć, że znakomita większość osób na tych zdjęciach jest szalenie w sobie zakochana (tylko niewielki procent robi to z wyrachowania). Oceńmy podobieństwo tych osób pod względem wieku, wagi, atrakcyjności. Jestem pewien, że dostrzeżemy niezwykłe podobieństwo. My jednak częściej dobieramy się przez podobieństwa niż przez różnicę. Oczywiście czasami przeciwieństwa też się przyciągają (najczęściej w bajkach lub romansach), ale o wiele częściej podobieństwa. Szansa, że piękny książę poślubi piękną księżniczkę, jest większa, niż że książę poślubi Kopciuszka. Choć oczywiście może się to zdarzyć.
Jeremi Pedowicz: A jeżeli dobieramy partnera lub partnerkę o zupełnie odmiennej fizyczności od naszej, to, czy to znaczy, że wtedy ten wybór jest bardziej świadomy?
Prof. Wojciech Kulesza: Nie. To jest raczej wyjątek od reguły. Od czego to zależy? Nie mam zielonego pojęcia.
Jeremi Pedowicz: Na ile cechy fizyczne, czy zachowanie partnera, muszą być podobne do partnera ojca lub matki, żeby ta osoba była dla nas atrakcyjna? To dość wyświechtana teoria, pytanie, czy aktualna.
Prof. Wojciech Kulesza: Sięgnąłbym do takiej teorii, która nie wprost odpowiada na pytanie pana redaktora, a mianowicie do stylów przywiązania. Ta teoria wywodzi się z podejścia psychodynamicznego, która mówi o tym, że coś z przeszłości może wpływać na teraźniejszość. Są, w zależności od różnych teorii, 3 lub 4 style przywiązania, które wynosimy z domu. Czyli jeżeli widzę, że moi rodzice prezentują bezpieczny styl przywiązania, czyli nie uważają, że ktoś kogoś nam odbije, nie są zazdrośni, czują się bezpieczni, kiedy ta druga osoba wychodzi albo spotyka się z innymi, albo poświęca czas czy pieniądze, inwestując w relacje z innymi ludźmi. To jest bardzo prawdopodobne, że my też taki styl przywiązania nabędziemy. Trudno, żebyśmy nawiązali inny, choć oczywiście się to zdarza, ale niezwykle rzadko. I w drugą stronę, jeżeli jest ogromny poziom lęku, duży poziom zazdrości, niepewności, no to pojawia się, mniej bezpieczny styl przywiązania. I ta teoria może tłumaczyć, dlaczego szukamy osób podobnych do naszych rodziców. Trudno, żebyśmy pożądali czegoś, czego nie znamy. Wiele wzorców wynosimy z domu, to jak pojmujemy słowo "miłość", "dobro związku", jakie mamy cele.
Jeremi Pedowicz: Z całej naszej rozmowy wynika to, że wybór partnera/partnerki to raczej podświadomy wybór. Dziękuję za rozmowę.
Źródło: CHILLIZET/ podcast "Tylko dla dorosłych"