Ile kosztuje wyprawa na K2? Monika Witkowska: to jest drogi sport

8 min. czytania
Aktualizacja 26.04.2024
26.04.2024 08:22
Zareaguj Reakcja
---- ----

To wyjątkowa kobieta, która jako druga Polka w historii, stanęła na szczycie K2. Monika Witkowska, podróżniczka, przewodniczka, pisarka dzisiaj opowie nam o dość przyziemnej stronie wyprawy na K2, czyli o kosztach. Kto może wziąć udział w takiej wyprawie i ile ona może kosztować? 

Monika Witkowska
fot. Damian Klamka/East News
--1-- ----

Podróżniczka, himalaistka, żeglarka, autorka wielu książek podróżniczych, przewodniczka wypraw trekkingowych – Monika Witkowska. To kobieta, która konsekwentnie spełnia swoje marzenia, również te z dzieciństwa. Pisze o sobie, że chyba jest normalna, bo mieszka w bloku, ma swoje kompleksy... ale w przerwach od mieszkania w Polsce odwiedziła już 180 krajów, przy czym większość na tzw. własną rękę. Zdobyła 4 ośmiotysięczniki i wiele innych szczytów. Jako druga Polka, po Wandzie Rutkiewicz, stanęła na szczycie K2. Ale lista jej osiągnięć jest znacznie dłuższa.

Rafał Turowski: Właśnie ukazała się na kolejna książka podróżniczki Moniki Witkowskiej "K2. Ostatnia szansa". Monika jest dzisiaj moim gościem, więc myślami przenosimy do Pakistanu, do Karakorum...

Monika Witkowska: Niestety wiele osób nie wie, że K2, czyli druga góra świata, nie leży w Himalajach, tylko wwłaśnie w Karakorum. To zupełnie inne pasmo górskie.

Monika, wiem, że nie ma głupich pytań, ale kilka takich zadam (śmiech). Wyobraźmy sobie sytuację, że dostałem zaproszenie, by wziąć udział w wyprawie na K2, w jakiej ty brałaś udział. Idę więc do sklepu sportowego, kupuję jakieś lepsze buty górskie, cieplejszy szalik i czapkę, ciepłą kurtkę i jadę. Czy tak się da?

Monika Witkowska: Teoretycznie da się wszystko (śmiech), ale raczej tego nie polecam, bo to jest góra trudna, niebezpieczna. Dużo trudniejsza niż Mount Everest. Pomijając kwestię sprzętu, bo można go skompletować, to przyznam, że nie spotkałam na K2 ludzi, którzy byliby kompletnie nieobeznani z górami. Wszyscy, których tam spotkałam, mieli po kilka ośmiotysięczników na koncie. K2 to góra, jak to wspinacze mówią, wymagająca technicznego wspinania, więc trzeba być sprawnym fizycznie, mieć doświadczenie. Ważna jest też sfera mentalna. Trzeba umieć się motywować, ale też mieć w głowie, że jest to góra, gdzie niestety jest bardzo wysoka statystyka wypadków śmiertelnych.

Na stronie 115 jest takie zdanie, które podsumowuje to, co mówisz: "Ta góra musi być w nas". I ona była w Tobie, prawda?

Monika Witkowska: Jak najbardziej. To była góra, do której ja dojrzewałam przez długie lata. Nawet nie wiem, kiedy rozpoczęła się moja przygoda z górami, ale myślę, że tak spokojnie z 40 lat temu, jeszcze w dzieciństwie. Bardzo długo dojrzewałam do tego. To musi być pasja. Nie chodzi o to, aby pojechać tam dla marketingu: "Wejdę na K2 i będę się chwalić".

Ale są i tacy, prawda?

Monika Witkowska: Niestety, tak. W ogóle w himalaizmie, mam takie wrażenie, rośnie grupa ludzi, którzy jadą tam nie do końca z pasji, ale właśnie w celach marketingowych. Media społecznościowe też robią swoje. Ja jestem z tej grupy, która uważa, że do tych gór trzeba dojrzeć...

Redakcja poleca

Zatrzymajmy się przy tym na chwilę. W książce wspominasz o koledze z Malezji, który też się tam wspinał i on traktował to właśnie, jak event marketingowy. Umieszczał zdjęcia, że jest na takiej i takiej wysokości... Ale tak sobie myślę, że jeśli wspina się bezpiecznie, nie stanowi zagrożenia dla innych, ale zarabia na przykład poprzez media społecznościowe, to chyba nie jest źle, prawda?

Monika Witkowska: Nie to miałam na myśli. Chodzi mi o motywację. Według mnie to powinna być chęć bycia w górach, przeżywania tego, co tam jest, w głowie powinny być jakieś normy etyczne... A nie motywacja typu: "nie znam tych gór dobrze, właściwie to nie mam doświadczenia, ale pojadę, bo jak mi się uda, to będę sławny, lub będę miał co wrzucać na Facebooka". Oczywiście, ja też korzystam z mediów społecznościowych, takie mamy czasy. Akurat ten kolega z Malezji, o którym wspominasz, był bardzo doświadczonym wspinaczem. Notabene, stracił palce na Evereście, więc miał przykrą pamiątkę z gór, ale miał też do tych gór ogromny szacunek. Bardzo go cenię. O to właśnie o to mi chodziło.

A kiedy trzeba się zacząć przygotowywać i fizycznie, i psychicznie do takiego wyjazdu na K2? Nie chodzi tylko o treningi, ale też, o czym wspominasz w książce, na przykład o leczenie zębów.

Monika Witkowska: Planowanie wyprawy to działanie długofalowe. Nie da się zbudować formy ani w trzy tygodnie, ani w trzy miesiące. Trzeba nad tym dłużej popracować. Trzeba też pamiętać, że góry wysokie rządzą się troszeczkę innymi prawami niż na przykład zawody triathlonowe. Można być świetnym maratończykiem, czy ironmanem, ale w górach wysokich sobie nie poradzimy, bo na przykład nasz organizm nie będzie się odpowiednio aklimatyzował. Trzeba też pamiętać, że dietetyka wysokogórska jest bardzo istotna. Ona może pomóc organizmowi w odpowiedniej aklimatyzacji. Chodzi o to, że będziemy działali na wysokościach, gdzie bardzo łatwo o duże niedotlenienie organizmu, co może mieć tragiczne skutki. Warto więc zrobić sobie większe zapasy żelaza. Mówię o tym w dużym urposzczeniu, oczywiście. Ważna jest dieta przedwyprawowa i to stosowana nie dwa tygodnie wcześniej, ale wiele miesięcy przed wyprawą. Trzeba zrobić badanie krwi i pod to układać swój jadłospis.

Czyli wyjazd do Pakistanu, by wejść tak ad hoc, bez przygotowania, to zły pomysł...

Monika Witkowska: Powiem Ci tak, jeśli się uprzesz, by pojechać, to na 99 proc. stracisz pieniądze, a możesz nawet z tej wyprawy nie wrócić.

A dlaczego taka wyprawa tak dużo kosztuje?

Monika Witkowska: Jest wiele powodów. Po pierwsze, wspinanie się na te najwyższe góry wymaga zezwoleń, tzw. permitów. One są dość kosztowne. Na przykład zgoda na wspinanie się na Everest kosztuje 11 tys. dolarów, a niedługo będzie drożej. To jest opłata za wpisanie na listę, że możemy iść w góry, powyżej bazy. Wejście na K2 jest trochę tańsze. Po drugie, droga jest też logistyka wyprawy. Trzeba tam po prostu jakoś dotrzeć. Nie pojedziemy tam z jednym plecakiem, tylko jedziemy tam na kilka tygodni. Taka wyprawa zwykle trwa półtora miesiąca, czasami dwa miesiące, a więc ten cały sprzęt, prowiant, trzeba tam donieść. Na wyprawy nie jedzie się z jednym namiotem, tylko tych namiotów trzeba mieć tam minimum dwa, a nawet trzy.

A czy tam na miejscu, w tej logistyce Szerpowie też pomagają?

Monika Witkowska: Tak, tam jest taki odpowiednik Szerpy, mówimy na niego hap (od High Altitude Porter), czyli taki tragarz wysokościowy, ale Szerpowie też tam działają, bo Pakistańczycy, przyznam szczerze, nie są jeszcze dobrze wyszkoleni, nie są też etycznie przygotowani. O Szerpach się mówi, że nikogo w górach nie zostawią, chociaż różnie z tym bywa, ale powiedzmy, że rzeczywiście mają we krwi pomaganie. Z Pakistańczykami bywa różnie.

Ale im też się płaci, prawda?

Monika Witkowska: Oczywiście i to są duże pieniądze. Agencji za takie wejście na K2 trzeba zapłacić jakieś 30 000-100 000 dolarów.

To chyba od całej grupy?

Monika Witkowska: Nie, nie, od osoby. Te 30 000 dolarów to taka standardowa kwota. Natomiast, jeśli ktoś chciałby pojechać tam ze słynnym himalaistą Nirmal Purją (słynny Nepalczyk, o którym Netflix zrobił film), to te ceny zaczynają się od 30 000 dolarów w górę.

30 000 dolarów za samo zezwolenie na wejście na K2?

Monika Witkowska: Nie, za całość wyprawy. Można te koszty troszeczkę obniżyć, na przykład rezygnując z tlenu. Ja na przykład próbowałam obniżyć koszty, zabierając z Polski jedzenie, które się spożywa powyżej bazy, bo w bazie wszyscy mamy wyżywienie. Powyżej bazy gotowałam sobie sama nie korzystałam z pomocy agencji. Na pewnych rzeczach można zaoszczędzić.

Ale wciąż jest to bardzo drogi sport...

Monika Witkowska: Tak, to prawda. Dodam tylko, że jeżeli idzie się w towarzystwie nepalskiego Szerpa albo tego pakistańskiego hapa, to niekoniecznie musi być tak, że oni nam wszystko robią, we wszystkim pomagają, bo w moim przypadku był to partner wspinaczkowy. Była to kwestia bezpieczeństwa, ale też dawał mi wsparcie na przykład w takich sytuacjach, gdy wiał silny wiatr i trudno było mi samej rozbić namiot. W takich sytuacjach on mi pomagał. Ale niczego mi nie nosił, po prostu działaliśmy razem. Natomiast za samo to, że on wychodzi z ostatniego obozu na atak szczytowy, niezależnie od tego, czy się wejdzie na szczyt, czy nie, trzeba mu zapłacić dodatkowo (mimo że on dostaje pieniądze za wyprawę) taki napiwek w wysokości minimum 2 000 dolarów.

Redakcja poleca

A co z ubezpieczeniem? To jest aktywność wyjątkowo ekstremalna. Nie jest tajemnicą, że 1/5 wchodzących na K2 po prostu z tej wyprawy nie wraca. Czy są jakieś specjalne ubezpieczenia dla wspinaczy?

Monika Witkowska: Tak, w Polsce większość wspinaczy korzysta z takiego ubezpieczenia, które nazywa się "Bezpieczny powrót" i tam się dokupuje opcję, bo ona tam działa do 6 tysięcy, a powyżej się dopłaca. To jest u nas najtańsza opcja wykupienia ubezpieczenia. Natomiast najważniejsze jest to, aby ubezpieczenie obejmowało pomoc z użyciem helikoptera, co w Pakistanie i tak nie jest łatwe, bo tam nie ma, tak jak w Nepalu, komercyjnych helikopterów. W Pakistanie to działa tak, że jak nie wyłożymy 20 000 dolarów na stół, to żaden helikopter armii pakistańskiej (bo tylko wojsko ma tam helikoptery) nie wyleci. W związku z tym agencje robią tak, że przygotowują taką gotówkę na wszelki wypadek, aby w sytuacji, gdy ktoś potrzebuje pomocy, umiera na górze, móc wyłożyć ją od razu, by helikopter wyleciał. Ale pamiętajmy, że one latają, ale też do pewnej wysokości.

Powiedz proszę, po co kobietom Viagra w górach?

Monika Witkowska: To kontrowersyjny środek, ale ma taki składnik, który może nam pomóc przy obrzęku płuc. To jest stan bardzo ryzykowny, który może się skończyć śmiercią. Nie ma dokładnych badań, jakie skutki wywołuje Viagra u kobiet himalaistek. Lekarze wciąż to badają.

Przyznam, że to mnie zakoczyło, ale podobne zaskoczenie wywołałaś w pakistańskiej aptece (śmiech).

Monika Witkowska: W pakistańskich aptekach obsługują mężczyźni, zwłaszcza na północy w Skardu, bo kobiety tam w ogóle nie pracują w usługach, sklepach. Więc gdy zapytałam o Viagrę to była konsternacja, ale potem im wytłumaczyłam, że idę wysoko w góry i lepiej mieć coś awaryjnego na wypadek takiej wyższej konieczności.

A propos Skardu, o którym wspomniałaś, tam jest lotnisko, które leży najbliżej K2, więc to tam wszystkie ekipy dolatują. Czy taki zwykły turysta, który nie wspina się, ale chciałby sobie z bliska popatrzeć na góry, może tam polecieć? Czy to coś na kształt naszego Zakopanego? Czy jest tam coś ciekawego do zobaczenia?

Monika Witkowska: W każdym mieście, w takich krajach jak Pakistan, jest coś ciekawego do zobaczenia, chociaż w Skardu nie nastawiajmy się na zabytki. Jest twierdza na wzgórzu, do której warto sobie podejść. Natomiast to miasto jest specyficzne, chodzą tam kozy, kaczki, krowy. To też tworzy taki specyficzny klimat. Ja bardzo lubię Skardu, ale to absolutnie nie jest Zakopane. Nie ma tam tak wielu turystów, nie ma żadnego deptaka w stylu Krupówek. Ogólnie jest to takie miasto pełne chaosu, ale ja akurat ten klimat pakistański bardzo lubię.

Czy można stamtąd K2 zobaczyć?

Monika Witkowska: Nie, tam jeszcze nie widać tych najwyższych szczytów Karakorum. Stamtąd, aby dotrzeć do bazy pod K2, to trzeba jeszcze jechać terenowym samochodem jeden dzień, a potem 7-8 dni drałować na piechotę.
Natomiast Skardu jest ostatnią cywilizacją przed wyjazdem w góry i tam jeszcze można zrobić jakieś zaopatrzenie. Załatwia się tam zezwolenia z wojskiem, a później rozpoczyna się już ta faktyczna wyprawa. Odcinamy się od cywilizacji, gubimy zasięg telefonów komórkowych i wracamy do Skardu dopiero po kilku tygodniach.

Dziękuję Ci za tę rozmowę i serdecznie polecam "K2. Ostatnia szansa".

Redakcja poleca

Źródło: CHILLIZET