Magdalena Cielecka o filmie "Lęk": "To rola, o której marzy każdy aktor"

14 min. czytania
Aktualizacja 16.05.2024
05.03.2024 14:39
Zareaguj Reakcja
---- ----

Za rolę umierającej na nowotwór Małgorzaty w filmie "Lęk" otrzymała statuetką Orła 2024 w kategorii: "Najlepsza pierwszoplanowa rola kobieca". W rozmowie z Tomkiem Śliwińskim przyznała, że to rola, o której marzy chyba każdy aktor, aktorka. "Od razu poczułam potencjał w tej postaci, w tej roli, w tej historii też". Magda Cielecka opowiada, jak wyglądała praca nad filmem "Lęk".

Magdalena Cielecka
fot. Artur Zawadzki/REPORTER/ East News/ na zdjęciu Magdalena Cielecka
--1-- ----

(Wywiad został przeprowadzony w listopadzie 2023 r. Magdalena Cielecka za rolę w filmie "Lęk" otrzymała statuetkę Orły 2024 w kategorii "Najlepsza rola kobieca pierwszoplanowa")

Tomasz Śliwiński: Mam dzisiaj wielką przyjemność gościć wyjątkową, charyzmatyczną artystkę, panią Magdalenę Cielecką. Dzień dobry.

Magdalena Cielecka: Dzień dobry.

Tomasz Śliwiński: Chciałbym porozmawiać dzisiaj o filmie "Lęk", który robi piorunujące wrażenie i potrafi poruszyć serce. Miałem takie wrażenie po seansie, że ten film zostawia człowieka w ciszy, ale potem bardzo długo się o nim myśli, rozmawia. Pani rola, Małgorzaty, jest bardzo trudna i poruszająca. Co sprawiło, że zdecydowała się Pani zagrać Małgorzatę?

Magdalena Cielecka: Przede wszystkim bardzo dziękuję za takie wrażenia i przepraszam za ten ciężar, który zostaje po tym filmie. To jest ogromna satysfakcja, gdy widzowie tak go odbierają, gdy czują się nim dotknięci, poruszeni, gdy pojawia się u nich jakąś refleksja na temat tego, o czym ten film jest. A obraz ten rzeczywiście nie jest prosty i nie jest zabawny. Jest o życiu, ale jest przede wszystkim o śmierci.

Dostałam propozycję przeczytania scenariusza, takiego performatywnego przeczytania scenariusza od Sławka Fabickiego, jakieś 7-8 lat temu już. To czytanie odbyło się w Szkole Wajdy, ponieważ scenariusz, który napisała do tego filmu Monika Sobień-Górska (wtedy jeszcze tylko Sobień), powstał właśnie w tej szkole. Sławek był jej mentorem, promotorem tego scenariusza i wspólnie nad tym pracowali.

My z Martą Nieradkiewicz przeczytałyśmy ten scenariusz przed taką niedużą publicznością. Potem zaczęła się walka o finansowanie i o to, żeby ten film zrobić, więc już wówczas wiedziałam, że to jest materiał, o którym, co tu dużo mówić, aktorzy marzą. Ja w każdym razie od razu poczułam potencjał w tej postaci, w tej roli, w tej historii też.

To historia dwóch kobiet, sióstr, które postawione są wobec bardzo trudnej, ekstremalnej wręcz sytuacji. Jedna drugiej towarzyszy w ostatniej drodze. To są takie role, na które się czeka. Można by oczywiście troszkę zażartować, że to również taka hollywoodzka możliwość zmiany swojego wizerunku, popracowania przed zdjęciami nad rolą, nad fizycznością. Próba takiego wgryzienia się w tę postać, nie tylko od strony psychologicznej i emocjonalnej, ale również od tej zewnętrznej.

Potraktowałam to jako dar i czekałam niecierpliwie, czasem wątpiąc trochę, czy uda nam się ten film zrealizować, bo – tak jak wspomniałam – powstał dopiero po 7-8 latach.

Oglądaj

Tomasz Śliwiński: To jest taki film, którego akcja rozwija się nieśpiesznie, ale jeśli widz złapie tę nić i tę główną emocję, która towarzyszy podróży dwóch sióstr, to nie może od ekranu się oderwać. Tam jest wiele takich scen, które bardzo mocno chwytają za serce. Chciałbym się na kilku z nich skupić, ale to za chwilę. Ale najpierw wyjaśnimy, gra Pani Małgorzatę, która ma nowotwór w bardzo zaawansowanym stanie...

Magdalena Cielecka: W ostatnim stadium. To dość ważne tutaj, bo mój stan zdrowia jest beznadziejny, terminalny...

Tomasz Śliwiński: Jadą panie Szwajcarii, ale już wiadomo, że Pani z tej podróży nie wróci. Wróci tylko jedna siostra. I to jest film, który w sposób bardzo ciekawy porusza kwestie wyborów osoby chorej i rozmowy na ten temat. Bo to temat, po który kino sięga stosunkowo często, ale nadal niełatwo o tym rozmawiać. Moglibyśmy tu wymienić, chociażby "Wszystko poszło dobrze" z Sophie Marceau. Ale w polskim kinie chyba nikt dotąd o tym nie mówił w ten sposób.

Magdalena Cielecka: Nie ma co ukrywać, że jest to temat trudny, wrażliwy, myślę, że bardzo intymny i trzeba o nim mówić w sposób niezwykle delikatny, ze względu na to, jak bardzo indywidualne są zdania, poglądy poszczególnych osób w tej sprawie. Bez względu na to, czy to kogoś dotyczyło, czy nie, bo to właściwie nie ma to znaczenia.

Dla mnie ten film jest przede wszystkim o wyborze, o prawie do wyboru, o swoim życiu, o jego jakości, długości, ale też o ewentualnym zakończeniu tego życia i sposobie jego zakończenia, na jakich i czyich warunkach, a także kto może sobie na to pozwolić. Bo musimy pamiętać, że moja bohaterka jest osobą dobrze sytuowaną, uprawiała zawód prawniczki, więc może sobie finansowo na to pozwolić. To nie jest tania procedura.

Oczywiście zdawaliśmy sobie z tego sprawę, że to temat trudny, nawet powiedziałabym zahaczający o tabu, zwłaszcza w naszym kraju, w którym zakorzeniona jest ta kultura judeo-chrześcijańska, ale też wywodzące się nasze myślenie w ogóle o śmierci, o życiu również, ze względu na religię, na Kościół.

Redakcja poleca

Tomasz Śliwiński: No właśnie, ale u nas też coraz częściej pojawiają się takie myśli, że skoro potrafimy ulżyć w cierpieniu naszym zwierzętom, które też chorują na raka, to dlaczego nie mamy prawa podjąć podobnej decyzji w naszej, ludzkiej sferze życia. To, co mi się podobało w tej historii, to, że decyzja należy do Małgorzaty, bo na przykład we wspomnianym filmie "Wszystko poszło dobrze" ten wybór już należy do rodziny, a sam koniec tej drogi jest gdzieś poza kadrem. A w "Lęku" ten koniec drogi jest pokazany, przepięknie sfilmowany. Ten moment Pani odchodzenia (ja nie spoileruję tej historii, bo to jest coś, co od początku wiadomo, że się stanie) jest tak pięknie nakręcony, z tą płytką głębią ostrości. To Pani zanikanie, rozmywanie się tej postaci jest bardzo pięknie pokazane. Teraz znowu mi się łzy pojawiają. Przyznam, że przydałyby się chusteczki na tym filmie. Jak pracowaliście nad tą sceną?

Magdalena Cielecka: Ten film opowiada o naprawdę terminalnym stadium choroby, czyli z całym sztafażem reakcji fizjologicznych, biologicznych, w tym reakcji ciała na ból, który towarzyszy bohaterce i z powodu którego, ona właśnie chce to życie zakończyć. Ona nie ma innej drogi na przerwanie tego bólu, już wyczerpała wszystkie możliwości uśmierzenia go i leczenia. Byliśmy zgodni co do tego, że te reakcje, w ogóle całą tę fizjologię choroby, trzeba pokazać bardzo... Właśnie nie tak, jak to się mówi, z bebechami na wierzchu, tylko gdzieś schowaną, gdzieś w dalekim planie. Wszystkie te ataki bólu Małgorzaty są kręcone właściwie w ogólnym planie, trochę może niewyraźnie, nie zaglądamy jej wtedy w twarz.

Tomasz Śliwiński: Scena w hotelu, kiedy ona tarza się z bólu i siostra do niej śpieszy, żeby podać jej zastrzyk przeciwbólowy...

Magdalena Cielecka: Tak, ale to wszystko jest w ogólnym planie. Byłam bardzo szczęśliwa, że Sławek wybrał taki język na ten film, że nie chciał tak epatować fizjologią, biologią. Oczywiście można byłoby to zagrać wspaniale i fizjologicznie, ale cieszę się, że tak nie było. Ta ostatnia scena też jest niezwykle ważna.

Mieliśmy szczęście, że w zasadzie ten film kręciliśmy chronologicznie. Oczywiście nie dosłownie scena po scenie, ale zaczęliśmy (film się toczy w trzech krajach) w Polsce, gdy wsiadamy do samochodu, potem w Niemczech i na końcu w Szwajcarii. I te trzy etapy naszej produkcji były właśnie po kolei. Zaczęliśmy od Polski, potem pojechaliśmy do Niemiec i dojechaliśmy do Szwajcarii. To było bardzo komfortowe, bo mogliśmy razem z tymi postaciami trochę dojrzewać i odkrywać swoje reakcje, przemyślenia na ten temat. Pojawiały się nowe pomysły, a stare, które były wymyślone wcześniej, odpadały.

Ta ostatnia scena była naprawdę kręcona na końcu i była bardzo trudna. Ale też wiele już wiedziałyśmy o naszych postaciach. Sławek i wszyscy twórcy, którzy byli z nami, towarzyszyli nam. To było takie zwieńczenie. Wiedzieliśmy też, że to tak będzie nakręcone, że nie będzie takiego zaglądania w twarz, takiego typowego kontrplanowego montażu, czyli pokazanie jednej przeżywającej twarzy i drugiej przeżywającej twarzy.

Tomasz Śliwiński: To w ogóle ciekawy zabieg stylistyczny z tą fakturą obrazu. To było dla mnie dużym zaskoczeniem, bo też stoi to w ogromnej opozycji do całej reszty tej historii, która jest prawie taka reporterska.

Magdalena Cielecka: Jak oglądam tę scenę, to mam ochotę odsunąć tę jedną bohaterkę i zajrzeć w twarz drugiej, ale się tego nie da zrobić. I to jest piękne, bo gdzieś ta śmierć jest intymna, to po pierwsze. A po drugie, myślę sobie, że jednej siostrze w tym momencie towarzyszy druga siostra, ale tak naprawdę umierając i będąc ze śmiercią, jesteśmy w tym sami. Ta scena chyba to pokazuje, ja przynajmniej tak interpretuję język filmowy tej sceny, że jesteśmy sami na końcu.

Tomasz Śliwiński: Jesteśmy sami na końcu, zresztą jesteśmy też sami ze swoim strachem. Pani filmowa siostra, którą gra Marta Nieradkiewicz, idzie wybrać dla Pani szminkę. Wybiera ją dość szybko, potem wybiera ją jeszcze raz, i jeszcze raz. Po drodze idzie jeszcze do kina...

Magdalena Cielecka: ...żeby przeczekać.

Tomasz Śliwiński: No właśnie, bo niezależnie od tego, czy żyjemy, czy umieramy, to zostajemy sami z naszym strachem. I o tym też się rozmawia w tym filmie. Zresztą nie tylko o tym, poruszana jest też kwestia samej procedury, czy powinna być dostępna dla wszystkich, niezależnie od statusu, jak to zorganizować. To są pytania, które po sensie zostają, właśnie w tej długiej chwili ciszy.

Magdalena Cielecka: Tak.

Tomasz Śliwiński: Chciałbym jeszcze wrócić do tego, co się dzieje między wami, Panią i Martą Nieradkiewicz, na ekranie. Ten siostrzany duet zagrałyście fenomenalnie. Czy to jest pokłosie tego, że znacie się tak długo? Czy raczej wypracowałyście sobie sytuację między sobą tak, że nawet jak się wyzywacie, ubliżacie sobie, to jest tak piękne, bardzo naturalne i czuć te emocje między wami. Jest i ta czułość, i ten spokój, który potem też przychodzi w niektórych scenach.

Magdalena Cielecka: My już drugi raz zagrałyśmy siostry. Pierwszy raz zagrałyśmy u Tomka Wasilewskiego w "Zjednoczonych Stanach Miłości", więc można powiedzieć, że trochę przetarłyśmy sobie już ten siostrzany szlak. Ale od tamtego filmu też minęło już parę ładnych lat. Tam oczywiście była troszeczkę inna sytuacja, niemniej jednak grałyśmy siostry. Tutaj również uznano, że zagramy wiarygodne.

My też się znamy, lubimy. To nie jest bez znaczenia. To znaczy, to nie jest tak, że trzeba się lubić z aktorem czy z aktorką, żeby dobrze zagrać jakąś scenę. Ale między nami jest też jakaś chemia. Lubimy ze sobą pracować, szanujemy się w tej pracy. Jestem ciekawa Marty odsłon aktorskich, ona pewnie moich też. Lubimy się też prywatnie, ale nie jesteśmy takim typem przyjaciółek, które się spotykają dwa razy w tygodniu na kawkę, to nie.

Jest między nami pewnego rodzaju chemia czy bliskość. Myśmy też podczas tych dwumiesięcznych zdjęć spędziły ze sobą bardzo dużo czasu, nie tylko w trakcie pracy, ale też poza nią. Długo byłyśmy poza domem, więc wszystkie te dni czy wieczory, w których nie było zdjęć, siłą rzeczy spędzałyśmy blisko siebie, czy to podczas podróży, czy podczas jedzenia etc. My też lubimy się ze sobą powygłupiać i lubimy ze sobą porozmawiać na poważnie, ale też nie mamy problemu z tym, że się nic między nami nie dzieje, że na przykład potrafimy i lubimy ze sobą pomilczeć. Nie ma w tym żadnego napięcia, tylko jest naturalna swoboda. To świadczy, moim zdaniem, o jakiejś takiej zdrowej, fajnej relacji, w której dwie osoby czują się na miejscu. Żadna nie czuje się ani wyżej, ani niżej. Nikt ze sobą nie rywalizuje. A jeśli już, to staramy się po prostu strzelać do tej samej bramki. Tutaj w tym filmie udało się pokazać to, że my jesteśmy właściwie jednym organizmem, że oddychamy właściwie w tym samym rytmie. Jedna pracuje na drugą i jedna bez drugiej właściwie nie istnieje, nie funkcjonuje.

Tomasz Śliwiński: Nawet w scenie finałowej tego filmu (nie będziemy tutaj mówić dokładnie, co i jak się tam dzieje), jest pani obecna swoją nieobecnością.

Magdalena Cielecka: Tak, tak. To też może być ciekawe dla widza, bo ta końcówka daje duże pole do interpretacji. Ta jedna siostra zostaje i w zasadzie można by nakręcić "Lęk 2", odpowiadający na pytania, co się z nią dzieje, jak ona układa sobie życie po tej podróży, po tym doświadczeniu, po tej traumie. Podoba mi się to, że ta kwestia pozostaje otwarta.

Tomasz Śliwiński: Chciałbym wrócić do jeszcze jednej ważnej kwestii w tym filmie – chodzi o przygotowanie się do tej roli. Ona wymagała nie tylko przygotowania emocjonalnego, uczuciowego, ale również fizycznego. Miałem takie skojarzenie z filmem "Mechanik", w którym grał Christian Bale. On podobno stosował dietę jednego jabłka dziennie, żeby doprowadzić się do tego stanu chudości, który po prostu przerażał.

Magdalena Cielecka: Ja nie mogłam tego zrobić, bo nie byłabym w stanie pracować (śmiech).

Tomasz Śliwiński: Ta zmiana fizyczności robi kolosalne wrażenie. Na ile to był wysiłek, a na ile fenomenalna charakteryzacja?

Magdalena Cielecka: Jedno i drugie, bo to było rzeczywiście wyzwanie dla mnie. Nie miałam wątpliwości, że muszę to zrobić, że nie zagram takiej postaci, nie uwiarygodnię jej, mając długie włosy, witalne, dość zdrowo wyglądające i dobrze działające ciało. Jakieś trzy miesiące przed zdjęciami przeszłam na dość restrykcyjną dietę, która stopniowo doprowadziła mnie do utraty kilku kilogramów. Ale też muszę powiedzieć, że to nawet nie chodziło o to, żeby mnie wychudzić, choć oczywiście gdy teraz widzę na ekranie tę moją wiotkość i jak to działa, to lepiej to rozumiem, ale chyba bardziej o taką moją słabość. Gdy chudłam, to też słabłam. To moje ciało inaczej funkcjonowało. Byłam w coraz gorszej kondycji, inaczej oddychałam, trochę wolniej się poruszałam, ciszej mówiłam, nie byłam w stanie gestykulować i być witalna, aktywna, czyli taka, jaka zwykle jestem.

Zaczęłam po prostu tego ciała słuchać. Ono, tak zmienione, podpowiadało mi jak grać, podpowiadało mi tę fizyczność, motorykę. Na tym mogłam zacząć budować emocjonalność i psychologię tej postaci, ale nie musiałam już myśleć nad fizycznością. To mi naprawdę bardzo pomogło. Było trochę jak kostium, jak charakteryzacja, która podpowiada mi, jak się poruszać w tym pokrowcu fizyczności.

Tomasz Śliwiński: A propos fizyczności i takich akcentów, które w tym filmie też się wybijają, to ja, patrząc zawsze na taką stronę formalną, produkcyjną filmu, chylę czoła przed osobami, które były odpowiedzialne za kolory w tym filmie. Jest tam kilka takich scen, kiedy Pani twarz, poszerzała z choroby, wyraża to całe udręczenie, umęczenie zarówno życiem, chorobą, jak i emocjami... Ale kamera kilkakrotnie zagląda w Pani oczy i one są tak niebiesko, tak żywo zrobione, że wręcz przeszywają widza. Czujemy dosłownie te sztylety spojrzenia, ale nie złego, czy spojrzenia z wyrzutem, tylko takiego przenikliwego. Tak jakby tymi oczami Pani postać trzymała się tego życia. To robi kolosalne wrażenie.

Magdalena Cielecka: Wszyscy mieliśmy świadomość, jaką historię opowiadamy i co każdy z nas ma do zrobienia swoje. Ja oczywiście miałam wiele do zrobienia z ciałem, ale wszyscy pracowali nad tym, by to uwiarygodnić. Operator Boguś Gotfrejów, wspaniały artysta obrazu, oczywiście całkowicie świadomie i po przegadaniu tego ze Sławkiem Fabickim, reżyserem, używał odpowiednich filtrów, odpowiedniego kąta kamery i jakiejś korekcji koloru. Wszystko to miało pracować na tę postać.

Podobnie było z kostiumami. Umówiliśmy się, że będę to kostiumy wiarygodne w takiej sytuacji, czyli miękkie, które nie ranią skóry, i tak już bardzo podrażnionej lekami i chemią. One też musiały być za duże, by bohaterka topiła się w nich, właściwie tonęła w nich, bo ona traci na wadze i traci na masie właściwie nieustająco, więc wszystko tutaj pracowało na tę bohaterkę, na to, żeby to uwiarygodnić.

Z kolei postać Marty była wykreowana na kontrze. Marta jest osobą witalną, która ubrania wypełnia swoją kobiecością i swoim zdrowym, witalnym ciałem. Ma bluzeczkę na ramiączka, maluje paznokcie i jest dziewczyną, która jest pełna życia i która kompletnie jest na innym końcu tego wektoru. Wszyscy wiedzieliśmy, jaką opowieść snujemy i pracowaliśmy na to, żeby to było wiarygodne.

Tomasz Śliwiński: Zresztą tam jest taka scena, kiedy siostra siostrze maluje paznokcie i to jest takie piękne wyznanie miłości bez słów. To też jest pięknie filmowane, bardzo delikatnie.

Magdalena Cielecka: Tak, ja też lubię scenę pod prysznicem, gdzie też widzimy tak bardzo różne dwa ciała. One są tak różne ekstremalnie. Jedna ma ciało już kompletnie pozbawione tych kobiecych atrybutów (moja bohaterka jest po podwójnej mastektomii), schorowane, wychudzone, wymęczone. A druga ciało witalne z pełnymi piersiami.

Tomasz Śliwiński: Ta scena też ma swój epilog, kiedy pani filmowa siostra zaczyna się badać... Czy ja nie jestem następna w kolejności?

Magdalena Cielecka: Tak, tak, tak. To też robi wrażenie. Zwłaszcza że to historia rodzinna. Matka tych sióstr, której w filmie nie ma, zmarła na raka, więc jakby ten gen choroby i to ryzyko nowotworowe w tej rodzinie istnieje. To też jest o tym, że powinniśmy się badać.

Tomasz Śliwiński: To jest też film o dystansie do życia, bo tam jest taki moment, gdy Pani się wkurza, chcąc odebrać herbatę zakupioną na stacji benzynowej. Dla mnie to była taka soczewka, skupiająca wiele rzeczy, które w naszym życiu wydają się nam ważne, ale tak naprawdę możemy bez nich żyć. Czasami niektóre rzeczy nam przeciekają przez palce, najczęściej czas, a my chcemy to chwycić. Ta herbata jest takim ważnym elementem. "Mnie tu nie będzie po weekendzie, tę herbatę muszę dostać teraz".

Magdalena Cielecka: Tak, to jest rodzaj desperacji, która towarzyszy osobom, które wiedzą, że nie mają czasu. W tej postaci bardzo mi się podobała (i starałam się to podkreślić) taka bezkompromisowość i taka determinacja. Ta bohaterka nie ma nic do stracenia. Ona bywa bardzo obcesowa, czasem brutalna. Ona jest egoistyczna. Nawet w pewnym momencie siostra mówi do niej: "Myślisz, że jak umierasz, to wszystko ci wolno?". I w zasadzie tak, można byłoby to tak usprawiedliwić. Umieram, więc wszystko mi wolno, bo nie ma nic do stracenia. Mogę zaryzykować, mogę zrobić coś, czego jeszcze nie sprawdziłam w życiu, czego jeszcze nie doświadczyłam, to jest ostatni moment.
Ta scena z herbatą oczywiście jest też o tym. Ale jest też tak, że ta moja bohaterka całe życie miała taką silną potrzebę kontroli, również nad swoim życiem. Była prawniczką, miała wszystko zaplanowane. Widzimy to w tym filmie. Ona planuje wszystko, siostrze, sobie, nawet własny pogrzeb zaplanowała. Nagle coś jej się nie zgadza, nad czymś nie ma kontroli i to powoduje furię, gniew, niezgodę. Dzieje się to w momencie, w którym to już nie powinno właściwie nie mieć żadnego znaczenia. Ale to też jest, moim zdaniem, emanacja życia, to też jest taki instynkt życia, którego ona się chwyta. Nie wiadomo po co ona się kłóci o tę herbatę.

Tomasz Śliwiński: Ten film jest niesamowitą podróżą emocjonalną dla widza, ale i dla Pani. Zastanawiam się, jak się wraca po takim filmie, po takiej postaci, do siebie. Jak odnajduję Pani po takim wyzwaniu siebie samą, czyli Magdę Cielecką? Bo przecież żyje Pani z tą postacią bardzo długo.

Magdalena Cielecka: Uśmiecham się, bo jestem o to pytana dość często. Niestety muszę rozczarować, bo ja dość szybko wychodzę z postaci, z takich nawet trudnych tematów. Myślę, że nauczył mnie tego teatr. Po spektaklu po prostu zdejmuję kostium i idę do domu, albo do przyjaciół, albo do kina, albo gdziekolwiek. Ja miałam czas, najpierw na oswojenie się, rozwinięcie, a potem też stopniowe żegnanie się z tą rolą, z tą postacią. Myśmy byli w zdjęciach ponad dwa miesiące, oczywiście nie dzień w dzień, ale ten okres zdjęciowy był bardzo długi. Tuż po zdjęciach, gdy wiedziałam już, że wracam z tej Szwajcarii, leciałam na wakacje (chyba dwa, czy trzy dni później). To mnie, myślę, trochę trzymało przy życiu. Ja na tych wakacjach zaczęłam normalnie jeść, nawet makarony, nie czekałam na takie bezpieczne przejście. Mało tego, po ostatniej mojej scenie, po zagraniu ostatniego dubla, ostatniego ujęcia, gdy Sławek powiedział: "Mamy to", dostałam od ekipy... kebaba i piwo. To była niespodzianka. Ja po prostu nie pamiętałam tych smaków w ogóle. Oczywiście nie zjadłam wszystkiego, bo bym się chyba przewróciła. Potem poszliśmy się wykąpać do jeziora. To było takie trochę rytualne przejście, oczyszczenie i zamknięcie tego etapu. Potem pojechałam na wakacje, mając takie poczucie, że bardzo na nie zasłużyłam.

Tomasz Śliwiński: Skoro o makaronach mowa, to chciałem jeszcze zapytać o strawę dla ducha. Czy ma Pani jakieś ulubione filmy, które Panią krzepią, które włącza Pani, gdy chce przed ekranem trochę odetchnąć?

Magdalena Cielecka: Jest bardzo wiele takich filmów. To jest bardzo trudne pytanie, bo natychmiast w głowie pojawiają mi się różne tytuły, ale potem myślę: "nie, ale przecież jeszcze ten, jeszcze tamten". Ale są takie filmy, na które trafia się przypadkiem, przelatując różne kanały, i nie sposób ich wyłączyć. Na przykład "Forrest Gump"... no nie jestem w stanie go wyłączyć. To jest taki film, na którym można się poryczeć, który też krzepi, wzrusza. Takim filmem jest też "Pożegnanie z Afryką", czy "Nietykalni". Ja też lubię hardkorowe przeżycia w kinie. Od "Pianistki" po "Miłość" Hanekego. Uwielbiam też komedie. Lubię się pośmiać na filmach typu "Jaja w tropikach", czy "Vabank". W ogóle uważam, że każda sztuka leczy, czy to jest malarstwo, czy to muzyka, czy to teatr, czy to filmy. Mnie też ratuje jako aktorkę, bo sztuka leczy z różnych niepokojów czy traum (te problemy sobie troszeczkę "spalam" przed kamerą i na scenie), ale też jako widza.

Tomasz Śliwiński: Bardzo dziękuję za tę rozmowę i zachęca wszystkim do zobaczenia filmu "Lęk".

Redakcja poleca

Źródło: CHILLIZET/ podcast radiowy "FilmoZgrani"