Situationship – co to za relacja? "Jak na Facebooku: To skomplikowane"
„Ja zachęcam pacjentów do tego, żeby monitorowali co jakiś czas swoje relacje. Bo to, że ustalimy sobie pewne zasady na początku, to nie znaczy, że za pół roku one będą takie same, bo nasze potrzeby się nie zmienią. Co jakiś czas fajnie byłoby usiąść i przegadać, czego ja oczekuję, jak ja widzę naszą relację, co mi się podoba, a co mi przeszkadza” – mówi Michał Sawicki, psycholog, psychoterapeuta, seksuolog. W czasie rozmowy z Jeremim Pedowiczem ekspert stara się wyjaśnić, na czym polega situationship i o czym warto pamiętać, wchodząc w taką relację.
Jeremi Pedowicz: Situationship. Czy to jest coś, co już od dawna istnieje, tylko musieliśmy to na nowo nazwać, czy to jest coś absolutnie nowego ze względu na jakieś uwarunkowania społeczne, tryb życia itd. Jak to wygląda z twojej strony?
Michał Sawicki: Trochę tego, trochę tego. Rzeczywiście pewne rodzaje relacji już były, które moglibyśmy teraz podpiąć pod situationship, a z drugiej strony język kształtuje rzeczywistość, więc jak mamy coś nazwane, to jest łatwiej eksplorować ten kawałek.
Jak sobie popatrzymy, to są już określenia situationship, friends with benefits, relacje otwarte. Mnóstwo tego jest i pewnie się pojawi jeszcze więcej. Kiedyś, jak ja byłem chowany, taki wczesny millenials, to był taki ogólny przekaz, jak ma związek wyglądać. To znaczy zobowiązania wobec siebie, jedna osoba do końca życia, miłość najlepiej połączona z seksem, czyli takie mocne zespojenie, które prędzej niż później kończyło się wspólnym zamieszkaniem. A teraz się okazuje, że młodsze pokolenie, co jest głównie spowodowane trybem życia, zmianami kulturowymi i światem, który nas otacza, nie do końca się w tym odnajduje.
Jako młody millenials potwierdzam to, co mówisz. Też byłem wychowany w takich „przykazaniach” dotyczących monogamicznych relacji. Niemniej situationship to jest taka dziwna, trochę niedookreślona relacja. Zastanawiam, czy w ogóle na przykład można ją zamknąć między na przykład romansem albo friends with benefits. Czy to się zawiera gdzieś w takim kręgu, czy to jest coś, co jest szersze, to znaczy zamyka te dwa hasła w jednym pudełku?
Znowu, trochę tak, i trochę nie. Mam taki cel, żeby oswoić trochę z tymi różnymi rodzajami relacji. Jak patrzymy sobie, wróćmy do tego starszego modelu związków, w którym byliśmy chowani, to też każda relacja wygląda inaczej. Tylko mamy w głowie już takie ułożone szufladki, przez co łatwiej jest nam to jakoś zrozumieć.
Z situationship mamy trochę problem. Rzeczywiście, jak patrzymy na definicję, to tam są próby takiego określenia, że to jest coś pomiędzy przyjaźnią a relacją, ale przecież też jest jakiś rodzaj relacji. Bo jak dwie osoby się spotykają i nawet jeśli obowiązki wobec siebie są mniejsze, to i tak coś tam między nimi się tworzy.
Ale czy to znaczy, że można traktować, oczywiście myśląc jeszcze takimi standardami, czy kanonem osoby, która została wychowana do tradycyjnego związku, że jest to jakiś rodzaj relacji z defektem? Bo patrząc na to z boku, to są przyjemności, ale nie ma obowiązków. Czy jest coś, co tej relacji faktycznie brakuje, czy właśnie wręcz przeciwnie, że jest super, bo jesteśmy pozbawieni całego tego „bagna”, z którym również musimy się zmierzyć, jak jesteśmy w związku?
Nie jest to relacja z defektem. To jest po prostu inny rodzaj relacji. Musimy zacząć patrzeć trochę na to tak, jak na płciowość. Kiedyś była męskość, kobiecość, a teraz jesteśmy w stanie szerzej na to spojrzeć i też się tego uczymy. Młodsze pokolenia mają to już wrodzone, a my musimy czasami zastanowić się, o co chodzi. To jest naturalne, bo zostaliśmy wychowani w pewnym systemie społecznym, poznawcze przekonania się kształtują i potem trudno jest je zmienić.
Podam przykład pary, nawet z gabinetu, która tworzyła relację nie do końca pokrywającą się ze standardami uznawanymi w wychowaniu. Oni przedstawiali to tak - „ty masz do zrobienia swoje rzeczy, ja mam swoje, spotkamy się, możemy o tym pogadać, nie musimy”. Czyli to nie chodzi o to, że całkiem pozbawiamy się empatii, zależności, obowiązków, ale bardziej to oddzielamy.
Teraz zastanawiam się, czy wchodząc w taki typ relacji, która społecznie czy słownikowo jeszcze nie jest do końca określona, pary powinny go w jakimś sensie określić. Jeżeli umawiamy się na coś, no to jedna osoba ma oczekiwania, druga osoba ma oczekiwania i one niewypowiedziane mogą prowadzić również do jakiegoś rodzaju konfliktów. Czy zatem takie relacje powinny zostać na jakimś poziomie dookreślone?
Jak o tym mówiłeś, to wyobraziłem sobie taką parę, która jeszcze nie powiedziała, czy chodzą ze sobą, czy nie. Żyją na takim ciągłym wdechu, zastanawiając się, co jest między nimi. Bez względu na to, jaki to jest rodzaj relacji, to musimy określić nasze potrzeby. Może właśnie, mówiąc o przyszłości relacji, dojdziemy do takiego momentu, w którym nie będziemy określać, czy to jest związek na wyłączność, situationship czy jakkolwiek tego nie nazwiemy, tylko każda para będzie sobie sama ustalała zasady tej relacji.
To jest szalenie ważne, o czym mówisz, żeby od początku, no może nie na pierwszym spotkaniu, stworzyć taki ustny kontrakt, czyli poustalać sobie wszystkie najważniejsze elementy dotyczące naszej relacji. Nie można zakładać, że druga strona ma zupełnie identyczne podejście jak ja.
Zakładam, że taki rodzaj relacji również może prowadzić do asymetrii. To znaczy, jeżeli on nie jest w pełni określony, to rodzaj oczekiwań z jednej strony może być znacznie większy od oczekiwań drugiej strony. Zastanawiam się, à propos zagrożeń, czy na przykład takie związki mogą również prowadzić do jakiegoś rodzaju skrzywdzenia, niedopowiedzenia albo na przykład do ghostingu. Jak to oceniasz?
Ja zachęcam pacjentów, pacjentki do tego, żeby monitorować co jakiś czas nasze relacje. Bo to, że ustalimy sobie pewne zasady na początku, to nie znaczy, że za pół roku one będą takie same, bo nasze potrzeby się nie zmienią. Co jakiś czas fajnie byłoby usiąść i przegadać, czego ja oczekuję, jak ja widzę naszą relację, co mi się podoba, a co mi przeszkadza.
To dla kogo jest taka relacja nazywana situationship?
No właśnie, bo czytałem dość niedawno wypowiedź jednej z osób zajmującej się psychologią, że to jest taki wytrych dla osób, które boją się związku, boją się bliskości, albo mają taki styl przywiązania. Mam wrażenie, że każda osoba sama sobie określa, jaki ma styl przywiązania i ta, która zostanie określona tym lękowym, to też jest dla niej opcja, żeby tworzyć więź, w której druga strona nie przekracza jakiejś granicy, żeby po prostu „nie udusić się” w takiej relacji.
Nawet jeżeli ktoś ma takie podejście i to jest dla tej osoby fajna opcja, to czemu mamy poprzez diagnozę mówić, że masz zaburzenia lękowe i nie powinieneś/nie powinnaś w takiej relacji być, tylko musisz na siłę się zmieniać.
To tej też opcja dla osób, które dużo pracują, dla osób, które cenią sobie niezależność, dla osób, które jakoś też już wychodzą poza te tradycyjne ramy miłości.
Myślisz, że to jest taki typ relacji, który można zakwalifikować na przykład do naszej generacji, millenialsów, czy bardziej do zetek?
Bardziej do zetek. Millenialsi, nie wiem, czy sobie jeszcze radzą w taki modelu dobrze, bo ciągle jeszcze nas ciągnie do tego modelu związku zapisanego w przekonaniach. Myślę, że potrzebujemy jeszcze z dekady dwóch na to, żeby zobaczyć, jak ten rodzaj relacji się sprawdza, czy on się zmieni i jeżeli tak, to w którą stronę.
Czy można zaryzykować taką tezą, że to jest na przykład przyszłość relacji? Bawię się może tutaj trochę w futurologię, ale zastanawiam się, czy obecne zmiany w relacjach ludzi to nie jest jakiś etap do takiego modelu? Jak to wygląda z twojej strony? Czy ty uważasz, że takie związki monogamiczne, klasyczne, to jest coś, co z kolejną generacją powoli zacznie odchodzić do lamusa?
Myślę, że zwiększy nam się paleta wyboru. Monogamia to jest wybór, to nie jest też natura, to jest wybór, który mieliśmy zakodowany w przekonaniach. I teraz młodsze pokolenia dochodzą do wniosku, że może bardziej warto skupić się na potrzebach, a nie na tym, co zostało napisane.
Zobacz, jak żyło się wcześniej, patrząc przykładowo na moich rodziców. Zwykle jedna praca, jedno mieszkanie, jedno miasto, w którym się urodzili i nadal żyją, z jednym partnerem/partnerką i to jest taka stałość. Teraz przez te zmiany kulturowe, przez to, że dużo się dzieje, wyjeżdżamy, są media społecznościowe, rozwój technologii, to też nie mamy w głowie takiego założenia, że będę w jednym miejscu pracować do końca życia. Albo, że wchodząc w relacje, to musi być już ta, z którą się zestarzeje. Bardziej patrzę na potrzeby i nie widzę w tym egoizmu, tylko takie większe skupienie na tym, czego ja potrzebuję.
Jest nam dobrze, jesteśmy razem. Jest źle, fajnie było nad tym popracować, bo też słyszę zarzuty od starszych osób, ode mnie, że teraz młodzi tak się szybko poddają jeden problem i zmieniają osobę partnerską. Pewnie też tak się dzieje, ale znam też osoby, które fajnie nad tym chcą pracować i w pewnym momencie po prostu dochodzą do wniosku, że nie ma co się dalej męczyć ze sobą.
Chciałem jeszcze dopytać, też przyjąłem trochę taki kanon rozmowy, jak taką relację zakończyć? Bo jeżeli ona jest w jakimś sensie niedookreślona, formalnie nie zawiązała swoich ram, to jak to w ogóle skończyć?
No właśnie. Wyobraźmy sobie takie idealne podejście, że może nie wiemy, co jest między nami, ale ustalamy sobie, jakie mamy potrzeby, co możemy, na co się decydujemy we dwójkę i co chcemy, a czego nie chcemy, to w moim przekonaniu to już jest dookreślenie. Nie musimy takiej relacji nazywać w żaden sposób. Czyli tak jak na Facebooku kiedyś było, teraz nie wiem, czy to jest takie popularne, ale określenie, w jakiej jesteś relacji. Była tam taka opcja „to skomplikowane”. To może nie tak negatywnie, żeby tego wydźwięku to nie miało, ale jak sobie określimy potrzeby, zakres, ramy, będziemy na bieżąco tę relację monitorować, to dla mnie to już jest pewne jej określenie.
W tych potrzebach i normach fajnie byłoby sobie ustalić, a co, jak jedna ze stron będzie chciała skończyć, albo co w momencie, jak zacznie być gorzej między nami. Ja myślę, że temat situationship jest takim tematem, który, o ile sam w sobie może mieć wiele wymiarów, to w gruncie rzeczy sprowadza się do jednego najważniejszego – do komunikacji.
Źródło: CHILLIZET/ Podcast „Tylko dla dorosłych”