"Zdjęcia dzieci zalewają internet". Czy sharenting zrujnuje prywatność najmłodszych?

4 min. czytania
Aktualizacja 05.04.2025
05.04.2025 07:52
Zareaguj Reakcja
---- ----

Trudno stwierdzić, czy polubienia i komentarze wynagrodzą kiedyś tysiącom dzieci informowanie całego świata o ich postępach na nocniku, w szkole i w życiu. Pierwsze cyfrowe ślady pojawiają się w sieci na etapie, gdy sami zainteresowani nie potrafią jeszcze chodzić.

Co to jest sharenting? To może zrujnować prywatność dzieci
fot. Shutterstock
--1-- ----
  • Sharenting, czyli udostępnianie przez rodziców zdjęć i filmów dzieci w mediach społecznościowych, staje się powszechnym zjawiskiem
  • Aż 40% rodziców dzieli się w sieci zdjęciami i filmami przedstawiającymi potomków
  • Z jakimi zagrożeniami wiąże się sharenting?

Coraz więcej influencerów wykorzystuje swoje dzieci jako bohaterów internetowych reality show, zarabiając na ich zdjęciach i filmach, co prowadzi do pytania, czy to nowoczesne rodzicielstwo, czy raczej eksploatacja najmłodszych.

Albumy są w opłakanym stanie. Stoją dumnie na półce albo wstydliwie chowają się w jakimś pudle, czekając, aż ktoś po raz kolejny ujmie w ręce ich otłuszczone okładki. „Zobacz, jaki byłeś śliczny” – słyszą regularnie i zapewne żałują, że komplement nie jest skierowany bezpośrednio do nich. Z dumą prezentują swoją bogatą zawartość - zatrzymany w kadrach wycinek rodzinnej historii.

Bobasy o wyglądzie barokowych cherubinków radośnie biorą kąpiel, biegają po plaży lub przerażone siedzą na kolanach spoconego z aktorskiego stresu Świętego Mikołaja. Na innych fotografiach mali obywatele w stroju Adama leżą na brzuchu na niedźwiedziej skórze lub drzemią w wyłożonym kocem wiklinowym koszyku (czy w jakiejkolwiek innej scenerii z kategorii absolutnych koszmarków estetycznych). Kartkowanie staje się szybsze. Zobacz, synku, tutaj twoje pasowanie na pierwszoklasistę, tutaj pierwsza komunia; tutaj bawisz się na podwórku z naszym Azorem, obecnie spoczywającym już w wiecznym spokoju pod ogrodową jabłonką. Wędkowanie z dziadkiem, pokaz mody z siostrą, och, jak ty jej wtedy dokuczałeś. Patrz, a tu już gimnazjum, prześmieszne te twoje włosy postawione na żel. O, jest nawet pierwsza jazda samochodem po zdaniu prawka, i twoja za duża, maturalna marynarka.

Katowany wspomnieniami synalek może udawać zmęczonego tym potokiem sentymentu, teatralnie wzdychać czy przewracać oczami, ale po zamknięciu albumu dyskretnie się uśmiechnie. Biedak, nie zdaje sobie nawet sprawy, jak ogromnym luksusem jest przeglądanie z kolejnymi członkami rodziny tego nostalgicznego, szpetnego starocia. Nie ma pojęcia, że na przestrzeni lat album urósł do rangi sejfu zabezpieczającego prywatność. Nie każde dziecko tego doświadczy. Utrwalone w obiektywie dzieciństwo ma obecnie szansę na życie wieczne, bo nieśmiertelnie gładkie lico cyfryzacji wypiera żółknący papier.

Co to jest sharenting i z jakimi zagrożeniami się wiąże?

Zdjęcia dzieci zalewają Internet. Szczęśliwi rodzice dzielą się ze światem szczegółową dokumentacją przełomowych momentów (pierwszy ząb! Pierwsze kroki! Pierwsza wizyta nad morzem!) oraz ujęciami z życia codziennego (rodzinny wypad do restauracji! Zabawa w ogrodzie!). Według rządowych danych 40% rodziców dzieli się w sieci zdjęciami i filmami przedstawiającymi potomków. Zakładając, że tendencja wzrośnie – przyjście na świat już niedługo może zacząć być synonimem uczestnictwa w małym Truman Show. Realizację projektu przewidziano od pierwszego oddechu. Za produkcję odpowiadają natomiast osoby, które sprowadziły małego człowieka na nasz ziemski padół.

Robienie z dzieci bohaterów własnego, nadawanego za pośrednictwem mediów społecznościowym reality show doczekało się już własnej nazwy. Sharenting jest zbitką dwóch słów: parenting (rodzicielstwo) i share (udostępniać, dzielić się). Jego skutki mogą być różne. Czy polubienia i komentarze od osób zaprzyjaźnionych z rodzicami wynagrodzą kiedyś tysiącom Trumanów kilku- lub nawet kilkunastoletnie informowanie całego świata o ich postępach na nocniku, w szkole i w życiu?

Rodzinny album opuszcza półkę i wpada do sieci. Tutaj trudno jednak kontrolować to, czyje oczy podziwiają dzieci taplające się w nadmuchiwanym basenie, drzemiące w wózku czy raczące się kolejną porcją lodów czekoladowych. Zdumiewa również fakt, że pierwsze cyfrowe ślady dziecka pojawiają się już na etapie, na którym sam zainteresowany nie potrafi jeszcze chodzić. Jedyne ślady, które może zatem zostawiać samodzielnie, to zawartość pampersa i plamy na śliniaku. Czasem również – o ironio – skrzętnie dokumentowane, a to dopiero początek zaskakującego, sieciowego ekshibicjonizmu. Dzielenie się radościami życia rodzinnego wkracza na zupełnie nowy poziom, gdy rodzicami dziecka okazują się być niespecjalnie zatroskani o prywatność influencerzy. Truman staje się wówczas nie tylko bohaterem reality show, ale i sprawnym marketerem, który zaczyna zarabiać na siebie już w pierwszych miesiącach życia.

Rośnie nowe pokolenie młodych przedsiębiorczych, wychowanych przez zaradnych rodziców z żyłką do interesów. Delikwenci w śpioszkach od najmłodszych lat będą znać wartość pieniędzy, na które zapracowali w pocie czoła, bo przecież pozowanie w nosidełku w kolorach ziemi bywa wycieńczające (prawie tak bardzo, jak prężenie nóżek w koronkowych skarpetkach). Gdy młodzież dorośnie, nie będzie mieć pretensji do przełożonych, oferujących płacę minimalną i wymagających uśmiechu na myśl o satysfakcjonujących dwunastu godzinach pracy dziennie. Wszak właśnie ta młodzież przekonała się bardzo wcześnie, że bez pracy nie ma kołaczy. Testy smoczków, mleka modyfikowanego i chodzików nie wykonały się same.

Inflacja daje w kość, czasy można uznać za trudne – po wejściu na rynek pracy influencerskie bobasy nie będą zatem grymasić. Wręcz przeciwnie; trzeba spodziewać się skutecznego wygryzania konkurencji (wcale nie dlatego, że mają już zęby). Coraz trudniej przecież znaleźć pozytywne nastawionych dwudziestolatków z co najmniej piętnastoletnim doświadczeniem zawodowym! Młodzież staje się coraz bardziej leniwa, ale w tym przypadku pracodawcy będą z zachwytem wzdychać: „Proszę bardzo, co za bogate CV”. Czyli jednak można!

Sharenting w influencerskim wydaniu to pewna dokładka do podstawowej porcji. W wersji premium bezzębny uśmiech i mocny chwyt małych rączek - poza radością sprawianą internetowej gawiedzi – mają przynosić korzyści. Dziecko nie przychodzi w tym scenariuszu na świat umazane wyłącznie mazią płodową. Z drobnego ciałka skapują już pomysły na jego zmonetyzowanie - oto narodził się kolejny trybik w wielkiej maszynie sukcesu. W momencie, w którym przedsiębiorczy rodzice z odpowiednią liczbą followersów zamieszczą na Instagramie szczęśliwą nowinę, zaczną spływać do nich gratulacje i prezenty od producentów wózków, zabawek i kremów przeciwko odparzeniom. Inne dobre wróżki chrzestne nie będą zwlekać - od razu przejdą do interesów i tak szybko, jak tylko się da, zaproponują współprace reklamowe. Truman, mamy to. Przestań płakać, bo to już się nagrywa.

Redakcja poleca

Źródło: CHILLIZET