"Matka Polka niezwyciężona, królowa rozpaczy". Agata Komorowska: Taka byłam i ja
Narodziny niepełnosprawnego dziecka – mężczyzna i kobieta zupełnie inaczej przeżywają tego typu tragedie. Kobieta otacza opieką każdego potomka, bez względu na jego przyszłe miejsce w stadzie i społeczności. Więcej, matka instynktownie otacza intensywniejszą troską młode wymagające więcej wsparcia i opieki. Dzisiaj patrzę na to zjawisko z dystansu. Minęło kilkanaście lat, szmat czasu. Wtedy czułam się porzucona, osamotniona i oszukana – tak napisała Agata Komorowska w swojej książce "Przez Ciebie Synu. Czego nauczył mnie syn z zespołem Downa". Jaką dzisiaj dałaby radę kobietom, które są w podobnej sytuacji?
Poniższy fragment pochodzi z książki "Przez Ciebie Synu. Czego nauczył mnie syn z zespołem Downa" (Wydawnictwo Purple Book, Warszawa 2023). Publikacja za zgodą wydawnictwa i autorki. Śródtytuły pochodzą od redakcji.
Moje pokolenie zostało wychowane w kulcie męczeństwa i poświęcenia. Matka dziecka niepełnosprawnego zanurza się w tym po czubek głowy. Niektóre z nas z czasem wypływają na powierzchnię, zaczynają na nowo oddychać i powoli dochodzą do wniosku, że musi istnieć inna metoda na spełnienie jako człowiek, matka i kobieta niż pełzające upokorzenie. Bo pokora, z jaką przyjmujemy kolejne krzyże, staje się w końcu upokorzeniem. Z wpajanych nam przez pokolenia cnót niewieścich pleciemy sobie pokornie stryczek.
"Ja i mąż otorbialiśmy się w swoim cierpieniu"
Od momentu otrzymania diagnozy na papierze mój mąż i ja zaczęliśmy otorbiać się w swoim cierpieniu. Mój mąż szedł rano do pracy, ja zostawałam z Krystianem. Jego świat zaczął się kręcić wokół pracy, mój wokół Krystiana. Każdego dnia musiałam podejmować dziesiątki decyzji, co mnie przytłaczało i osłabiało. Napięcie, w którym żyłam przez dwadzieścia cztery godziny na dobę, wyostrzone zmysły i bezustanny stan gotowości wysysały ze mnie wszystkie siły. Nie mogłam się dzielić moim cierpieniem z mężem. Jego nie było na wizytach u Asi Surowińskiej, nie słyszał, jak Krystian charczy, nie rozumiał, dlaczego siedzę po nocach i szukam nie wiadomo czego w internecie. Ja zaś nie rozumiałam, że jego problemem było to, że ludzie, którzy nas znali, pytali, jak tam dziecko, a on nie wiedział, co im odpowiedzieć. Dla mnie odpowiedź była prosta, dla niego nie.
Mężczyzna i kobieta zupełnie inaczej przeżywają tego typu tragedie. Kobieta otacza opieką każdego potomka, bez względu na jego przyszłe miejsce w stadzie i społeczności. Więcej, matka instynktownie otacza intensywniejszą troską młode wymagające więcej wsparcia i opieki. Dzisiaj patrzę na to zjawisko z dystansu. Minęło kilkanaście lat, szmat czasu. Wtedy czułam się porzucona, osamotniona i oszukana. Czułam, że nie tylko muszę walczyć z zespołem Downa Krystiana, systemem opieki medycznej i skrajnym przemęczeniem, wisienką na tragicznym torcie były ignorancja i totalne wyparcie prezentowane przez mojego życiowego partnera, męża i ojca moich dzieci w jednej osobie. I ta wisienka coraz częściej stawała mi kołkiem w gardle.
"Wyhodowałam więc kolce, które miały mnie chronić"
By uniknąć bólu i rozczarowania, smakowałam tego naszego małżeńskiego tortu coraz rzadziej. W zamian coraz częściej czułam się osamotniona niczym kaktus na pustyni. Podobnie jak on wyczekuje zbawiennego deszczu, tak ja potrzebowałam opieki i wsparcia. I tak jak ten kaktus mogłam sobie czekać… nawet latami. Wyhodowałam więc kolce, które miały mnie chronić przed skrzywdzeniem i zapewnić mi jak najmniejszą powierzchnię odparowywania życiodajnych uczuć. Robiłam to, co uważałam za najlepsze dla moich dzieci, bez konsultacji z mężem. Po prostu przestaliśmy o tym rozmawiać.
Mam taki charakter, że szybciutko umiem się dostosować do nowych okoliczności. (...) Dlatego uznałam, że to jest całkiem sensowny i bardzo tradycyjny podział: mąż zajmuje się zarabianiem kasy, a ja ratowaniem dzieci. Miałam umiejętności adaptacyjne meduzy. Szybciutko negując własne potrzeby, stawiając na pierwszym miejscu potrzeby najbliższych, konsekwentnie i skutecznie traciłam własne kształty. Nikt mnie o to nie prosił, ja jednak poświęcałam siebie i w zamian liczyłam, że ktoś zaopiekuje się mną. Tylko jakim prawem oczekiwałam, że tak będzie? Czy ustaliłam to z mężem? Czy tylko czekałam, a potem miałam żal, że nie spełnił moich oczekiwań. Mogę mieć mnóstwo fochów i pretensji, ale prawda jest taka, że ja również nigdy nie zapytałam mojego partnera, czy sobie radzi, co czuje i czy możemy coś dla siebie nawzajem zrobić. Miałam żal i pretensje dokładnie o to, czego sama dla niego nie robiłam.
"To dziecko jest w równym stopniu twoje, jak i twojego męża"
Stałam się robotem, napędzanym złością i wiarą w cud. Moim jedynym celem stało się doprowadzenie do ziszczenia się tegoż cudu. Osobiście, bez pomocy męża czy Najwyższego. Skoro obaj się na mnie wypięli, to zamiast lamentować, wzruszyłam ramionami i zaczęłam robić swoje. Wytrwale i niezmordowanie. Sama. Poczułam ulgę. Jeśli człowiek jest sam, to wszystko zależy od niego. Nie musi o nic prosić i czekać w niepewności na realizację zamówienia, bo sam realizuje swoje zamówienia. To daje poczucie kontroli i siły. Teraz wszystko zależało tylko ode mnie, ale również spoczywało wyłącznie na moich kościstych ramionach.
Gdybym miała cokolwiek radzić tamtej Agacie sprzed lat, powiedziałabym tak: – Kochana, to dziecko jest w równym stopniu twoje, jak i twojego męża. Razem trudziliście się latami, by pojawiło się na świecie, i teraz razem musicie wziąć na swoje barki efekt waszego bara-bara. Nie ma, że „to nie dla mnie”, nie ma „pracowałem przez cały dzień”. Nie powinnaś pytać: „Czy mogę wyjść…”, tylko z czułą stanowczością poinformować: „Wychodzę na jogę, bo inaczej zwariuję”. Zamiast z nadąsaną miną i w klimacie dumnego męczeństwa pakować dzieci na samotne wycieczki na basen czy rehabilitację, powinnaś informować, że zajęcia na basenie zaczynają się o dziewiątej rano, a rehabilitacja o piętnastej. W twoich oczekiwaniach nie powinno być przestrzeni na „jeśli się zgodzisz/chcesz/możesz, jeśli masz siłę/ochotę/wenę czy cokolwiek innego…”.
"Przetrwali Ci, którzy robili wszystko RAZEM"
Znam bardzo dużo małżeństw, które los uszczęśliwił dzieckiem chorym lub niepełnosprawnym. Duża część z nich się rozpadła, spośród tych, które pozostały związane węzłem małżeńskim, większość się tym węzłem dusi i dławi. Są razem, ale tak bardzo osobno, jak tylko można być, mieszkając pod jednym dachem. Jednak kilka wyjątkowych związków zamiast się rozłazić na szwach, przez trudy i tragedie życiowe zostało wzmocnionych, utwierdzonych i sklejonych na amen. Patrząc z boku, pokuszę się o takie podsumowanie: Ci, którzy nadal cieszą się swoim towarzystwem, to ci, którzy cieszyli się nim również przed tragedią. Ci, którzy pozostali razem, to ci, którzy przez wszystkie etapy żałoby po tragedii przeszli razem. I kiedy mówię RAZEM, mam na myśli faktyczne przeżywanie wszystkiego razem. Smarkanie z rozpaczy razem, przyjmowanie dramatycznych diagnoz razem, obecność w gabinecie i wysłuchiwanie tych słów razem. Do RAZEM zaliczam również wspólną opiekę, rekonwalescencję po operacjach, rehabilitację, walczenie o opiekę medyczną, terminy, właściwych specjalistów.
"Samotność w związku jest bolesna"
Z bólem stwierdzam, że wiele kobiet doświadcza porzucenia, jeszcze będąc w związku małżeńskim. A samotność w związku jest znacznie bardziej bolesna niż bycie osobą samą i dzielną. Samotność w związku boli podwójnie, bo nie daje nadziei na jakąkolwiek zmianę. Jest ciężarem nie do uniesienia. Mimo wszystko chcemy polegać na tej drugiej osobie, chcemy móc okazać słabość, wiedząc na sto procent, że wtedy partner wykaże się siłą, by nieść wspólny krzyż na tym odcinku drogi, kiedy my nie mamy siły. Wtedy oboje, mąż i żona, mają szansę na to, by płakać, ale też by się regenerować. Oboje mają możliwość realizować siebie, nie tylko jako rodzice, ale też jako ludzie z pasjami i marzeniami, które nie mają nic wspólnego z chorym dzieckiem.
"Dajcie swoim facetom szansę doświadczyć tego, co wy"
Drogie panie, do was też muszę skierować parę słów. Wiem, że wszystko robicie najlepiej na świecie, ale dajcie swoim facetom szansę. Nawet jeśli twoim zdaniem on nie rehabilituje, nie karmi, nie ubiera, nie bawi się tak genialnie jak ty, daj mu szansę… Mniej intensywna rehabilitacja co drugi raz nie wpłynie na to, że dziecko w ostatecznym rozrachunku będzie chodziło lub nie. Natomiast twoja upierdliwość sprawi, że facet wypnie się na ciebie i powie, że jak jesteś taka mądra, to rób to sama. Stracisz, bo będziesz miała związek do dupy i będzie ci brakowało czasu dla siebie, poza tym mąż będzie się czuł jak mały gówniarz, któremu matka daje po łapach, a dziecko nie będzie miało okazji związać się z ojcem i doświadczyć tego, co on może mu zaoferować jako mężczyzna i zwyczajny tata. Zwyczajny, czyli taki, który popełnia błędy, ale ma silne ramiona, który płacze, ale również jest gotów zrobić wszystko, by ratować swojego potomka.
Żadne opowieści, żadne żale i płacze, prośby i obrazy nie zastąpią osobistego doświadczania bólu i radości płynących z trudnego rodzicielstwa, gdy dziecko jest niepełnosprawne czy chore. Dlatego, droga mamo, jeśli będziesz tylko opowiadała partnerowi o swoich doświadczeniach, zostaniesz uznana za jęczydupę, natomiast jeśli tata doświadczy tego sam, oboje macie szansę nie tylko przetrwać, ale i pomóc waszemu, wspólnemu przecież, dziecku. A kiedy tak się nie dzieje, to zamiast się obrażać i brać wszystko dumnie na swoje barki, powiedz mu, jak ty się czujesz, i spytaj go, jak on sobie z tym wszystkim radzi. Udajecie przed całym światem, ale przed sobą nie powinniście. Nam, kobietom, wydaje się, że ukrywając swoje emocje, chronimy naszych partnerów, ale potem mamy do nich żal, że nie pochylają się nad nami, by razem nieść ciężar niepełnosprawnej codzienności. Być może twój mąż faktycznie sobie nie radzi, a czy ty sobie radzisz, czy tylko udajesz, że tak jest? Będzie dla was lepiej nie radzić sobie razem, niż radzić sobie każde z osobna. (...)
"Jestem spadkobierczynią tradycji Matki Polki"
Ja niestety byłam wierną spadkobierczynią tradycji poświęcającej się Matki Polki. Dlatego za każdym razem, kiedy słyszałam od męża „nie”, albo nawet samo „eee”, to zapierałam się mocniej i wrzucałam kolejny tobołek na swój grzbiet. Przecież moja mama, jej mama i wszystkie mamy, które znam, też tak robiły. Te, które omdlewały złożone migreną, oglądałam głównie na ekranie telewizyjnym, z pogardą, kpiną i niedowierzaniem. Kiedy ja poprawiałam tobołki na barkach, mężowie owych niewiast wyciągali w pośpiechu wachlarze dla cierpiącej, szykując równocześnie śniadanie dla dzieci i odkurzając podłogę. Bo żona zaniemogła, bo nie ma siły… Ja tam zawsze siły miałam, a jak nie miałam, to i tak dawałam radę, wypinając przy tym dumnie klatę. Nie potrafiłam ani omdlewać z bólu, ani oczekiwać od partnera równego zaangażowania. Cichutko prosiłam, a kiedy nie otrzymywałam, poprawiałam koronę (cierniową) i robiłam to sama. Duma nie pozwalała mi wyrazić prośby ponownie. (...)
"Nie wierzyłam w rozwody"
Za każdym razem, kiedy jakaś zbrukana rozwodem myśl zabłąkała się w moje okolice, przepędzałam ją miotłą, opluwając jej pozostałości soczyście. Co za małpa i jak ona śmiała! Dla mnie rozwody nie istniały. Kropka. Jako kobieta światła i odpowiedzialna brałam na siebie pełną odpowiedzialność za powodzenie mojego małżeństwa. Chodziłam do seksuologa, psychologa i terapeuty, żeby naprawić siebie, bo to w sobie dopatrywałam się źródła małżeńskich fochów. Przecież wystarczy zmienić perspektywę, wystarczy, żeby mnie się zachciało, tak jak mi się nie chce, żebym była, jaka nie jestem… Zespół Breakout śpiewał kiedyś piosenkę zatytułowaną Gdybyś kochał, hej, a ja dziwnym trafem zamiast kierować tekst do niego, skierowałam słowa do siebie. W związku z tym bezustannie i niezmordowanie próbowałam dostosowywać i naprawiać siebie, a to, czego naprawić się nie dało, racjonalizowałam i usprawiedliwiałam, tyle że zwykle usprawiedliwiałam innych, a naprawiałam siebie.
"Matk Polka niezwyciężona, królowa rozpaczy"
Wtedy też nie wiedziałam, że kochać drugiego człowieka możemy tylko na tyle, na ile kochamy siebie, akceptować – tylko na tyle, na ile akceptujemy siebie, wreszcie szanować – tylko na tyle, na ile szanujemy siebie. I tu zaraz podniosą się protesty. No bo przecież ty swoje dziecko kochasz i szanujesz bardziej niż siebie. To dla niego całe to poświęcenie, umordowanie i umartwienie. Naprawdę? Zastanówmy się, po co wozisz swoje maleństwo od specjalisty do artysty, od doktora do znachora? „Żeby je ratować! Żeby dać mu szansę na godne życie!” – brzmi odpowiedź. I jeżeli faktycznie walczysz o życie potomka, to wycofuję pytanie. Ale jeśli wykorzystujesz każdy kontakt, każdy adres, każdą metodę, żeby naprawiać dziecko, bo nie akceptujesz jego niepełnosprawności, bo inne matki tak robią, bo nie chcesz czuć się gorsza, bo boisz się oceny tych bardziej zaradnych i zorganizowanych, to jaki jest prawdziwy powód twojego poświęcenia? I dla kogo to robisz? Dla dziecka czy jednak dla siebie? Wiem, że to trudne, tym bardziej że jesteśmy wychowywani w kulturze negatywnej motywacji, w kulturze sukcesu przez porównanie: moje dziecko musi być ładniejsze, mądrzejsze i sprawniejsze niż rówieśnicy. A jeśli nie jest, to obwiniamy siebie. Z poczuciem winy ciężko żyć. Łatwiej jest wyegzekwować siłą i wrzaskiem to, co się da, i to, czego się nie da. Umieramy po trochu każdego dnia, patrząc, jak dziecko nie daje rady, jak przegrywa. Każda jego przegrana staje się moją porażką, gwoździem do trumny, cierniem w koronie Matki Polki niezwyciężonej, królowej rozpaczy. Taka byłam i ja… Nie miałam pojęcia, że to, co robię, nie ma nic wspólnego z miłością do dziecka. Za to pozostaje w ścisłym związku z oczekiwaniami formułowanymi wobec samej siebie, a oczekiwałam, że jestem w stanie sprawić, by mój syn był normalny jak inne dzieci. Dzisiaj mogę to porównać do sytuacji, w której urodziłabym dziecko bez nogi i uznała za życiowy cel osiągnięcie przez niego mistrzostwa świata w biegu przez płotki.
Źródło: CHILLIZET