To najczęstsze błędy w komunikacji z dzieckiem. 5 punktów od pedagożki

7 min. czytania
Aktualizacja 22.04.2025
22.04.2025 09:16
Zareaguj Reakcja
---- ----

Jakie są najczęstsze błędy komunikacyjne dorosłych wobec dzieci i – co najważniejsze – jak je naprawić? Magdalena Boćko-Mysiorska, pedagożka, autorka książek i trenerka All About Parenting podpowiada.

5 najczęstszych błędów w komunikacji z dzieckiem według pedagożki
fot. Shutterstock
--1-- ----
  • To, co mówimy do dziecka, ma ogromne znaczenie. Ważne jest, by nasze słowa wspierały pociechę, a nie podcinały jej skrzydła
  • Dowiedz się, czego nie powinno się mówić do dziecka i czym zastąpić te komunikaty
  • Poniższy materiał opracowała pedagożka Magdalena Boćko-Mysiorska

Z dziećmi rozmawiamy niemal nieustannie. W drodze do przedszkola, przy kolacji, między jednym „zaraz” a drugim „poczekaj chwilkę”. Słowa płyną z przyzwyczajenia, pośpiechu, troski. Czasem próbujemy coś wyjaśnić, czasem tylko zatrzymać jakiś chaos, czasem mówimy to, co zawsze – bo tak mówiono do nas. I choć mamy dobre intencje, bywa, że zamiast budować most, niechcący wznosimy mur. W komunikacji z dzieckiem najłatwiej popełnić błąd właśnie wtedy, gdy robimy „jak zwykle”. Bo nikt nas nie uczył mówić inaczej – spokojniej, uważniej, z większym zrozumieniem. Ten tekst to nie zbiór „dobrych rad”. To zaproszenie. Do tego, żeby czasem zatrzymać się przy słowie i zadać sobie pytanie: Czy to, co właśnie mówię, wspiera nasze połączenie?

„Przestań płakać”, czyli gdy próbujemy wyciszyć emocje, a nie je zobaczyć

„Zgubiłam mój ulubiony kamyk. Już nigdy nie znajdę takiego samego”. Dla nas, dorosłych, to może być nic. Kamień jak kamień, przecież można znaleźć inny. Ale dla dziecka to może być świat zawalony na chwilę. Kamień nie był tylko rzeczą, był skarbem, pamiątką z wakacji, symbolem. Miał znaczenie. Kiedy mówimy: „Nie płacz, nie przesadzaj”, „To tylko kamień”, „Nie warto płakać o takie rzeczy” – przekazujemy, że to, co dziecko czuje, nie jest warte uwagi. I choć robimy to w dobrej wierze – czyli aby pomóc, pocieszyć, przywrócić równowagę dziecku – efekt bywa odwrotny.

Dziecko nie potrzebuje, żeby ktoś je natychmiast pocieszał, naprawiał sytuację, zmieniał temat. Potrzebuje, aby ktoś po prostu uznał to, co się w nim dzieje. Czasem wystarczy jeden komunikat typu: „Widzę, że jest ci trudno. Bardzo go lubiłaś, prawda? Nic dziwnego, że ci smutno.” To nie „użalanie się” nad drobiazgiem, to nauka rozpoznawania emocji i przyjmowania ich jako naturalnej części życia. Dziecko, którego nikt nie próbuje uciszać, uczy się, że nie musi walczyć o uwagę, ale że może czuć. I że z tym (u)czuciem nie zostanie samo.

„Bo tak”, czyli kiedy władza wygrywa z relacją

„Dlaczego muszę już iść spać?” – „Bo tak powiedziałem”. Znamy ten scenariusz. Dzień był długi, wszyscy są zmęczeni, a w nas już tylko potrzeba ciszy i końca obowiązków. „Bo tak” jest szybkie. Kończy temat. Ustawia granicę. Ale zostawia po sobie coś jeszcze: zamknięcie kontaktu. Dziecko nie tylko nie rozumie decyzji – ono czuje, że jego pytania nie mają znaczenia. A to, co czuje - nie zasługuje na odpowiedź. Takie zdania uczą dzieci nie tylko „kto tu rządzi”, ale też czego lepiej nie mówić, by nie podpaść. Gaszą ciekawość, wycofują z dialogu, uczą, że rozmowa z dorosłym nie jest przestrzenią na pytania – tylko na posłuszeństwo. A przecież dzieci pytają nie po to, by podważyć nasz autorytet. Pytają, bo szukają sensu, próbują rozumieć świat i siebie w tym świecie. Kiedy odpowiadamy „bo tak”, nie uczymy ich granic, tylko bezsilności.

Można inaczej, np.: „Jest już późno. Wiem, że nie masz ochoty, ale jutro wcześnie wstajemy”. „Chcesz się jeszcze chwilę poprzytulać, zanim zgasisz światło?” To nie jest „miękkie wychowanie”. To wychowanie oparte na relacji, w której granica może współistnieć z empatią. Dziecko nie zawsze dostanie to, czego chce – ale może dostać coś dużo ważniejszego: poczucie, że jego potrzeby są widziane, nawet jeśli nie zawsze mogą być spełnione. To buduje zaufanie i zostawia dziecku jasny komunikat: „Twoje pytania mają sens. A ja jestem kimś, kto ich nie zbywa”.

„Zobacz, jak Tosia ładnie się zachowuje, a ty?”, czyli porównania, które dzielą

Porównania często ubieramy w dobre intencje. Mamy nadzieję, że dziecko weźmie przykład, zmobilizuje się, poczuje impuls, żeby się postarać. Mówimy więc: „Zobacz, Staś już zjadł cały obiad”, „Zosia tak pięknie siedzi przy stole”, „Tomek potrafi powiedzieć dzień dobry, a ty tylko stoisz”. Ale dziecko nie słyszy zachęty, słyszy, że nie jest wystarczające. Że ktoś inny radzi sobie lepiej i że trzeba się zmienić, by zasłużyć na akceptację. Porównania nie uczą dzieci, jak coś zrobić – uczą, że wartość leży gdzieś poza nimi. Że „dobrze” to zawsze „tak jak ktoś inny”. Dla wrażliwego dziecka taki komunikat może być ciosem w poczucie własnej wartości. Dla bardziej walecznego – początkiem rywalizacji. W obu przypadkach oddalamy się od tego, co najważniejsze: relacji opartej na autentyczności i poczuciu, że dziecko może być sobą, także w niedoskonałości.

Weźmy przykład tzw. „grzecznego zachowania”: Dziecko nie chce powiedzieć „dzień dobry” albo schowało się za plecami mamy. A my, zawstydzeni sytuacją, rzucamy: „Zobacz, Natalka tak ładnie się wita. Czemu ty nie możesz?” W tym momencie dziecko nie uczy się, jak okazywać szacunek. Uczy się, że jest zawstydzane przy innych. Że musi spełniać oczekiwania, żeby nie rozczarować. Że czyjeś zachowanie jest miarą jego wartości.

Można więc próbować inaczej. Zamiast mówić: „Popatrz, ona potrafi”, możemy powiedzieć: „Widzę, że nie masz ochoty mówić ‘dzień dobry’. Czujesz się niepewnie? Jak inaczej możesz się przywitać?”, „Nie musisz się spieszyć. Możesz się przywitać, jak będziesz gotowy”. W ten sposób dziecko nie traci kontaktu z sobą, a zyskuje wsparcie, aby krok po kroku uczyć się społecznych zasad w tempie zgodnym ze sobą, a nie w rytmie porównań. Porównania to szybki komunikat, ale niosą długie konsekwencje. Zamiast uczyć zdrowego rozwoju, podcinają skrzydła, zanim dziecko zdąży je rozwinąć.

„Zaraz cię tu zostawię”, czyli kiedy straszymy zamiast wspierać

Są takie chwile, w których jesteśmy na granicy swojej cierpliwości. Dziecko krzyczy, nie chce się ubrać, płacze bez końca, odmawia wejścia do sklepu albo szarpie się w drzwiach przedszkola. Czujemy złość, napięcie, bezradność. Mamy ochotę powiedzieć coś, co „zadziała” natychmiast, co zatrzyma ten chaos, co da nam złudne poczucie kontroli. I wtedy często padają słowa, które nigdy nie powinny paść: „Zaraz sobie pójdę i zostaniesz tu sam”, „Idź, ja już na ciebie nie czekam”, „Jak się nie uspokoisz, to wracam do domu bez ciebie”. Często wypowiadane bezmyślnie, z frustracji, „dla postrachu”. Ale dla dziecka to nie jest gra słów. To realne zagrożenie emocjonalne.

Dzieci nie filtrują komunikatów, jak dorośli. One nie słyszą: „Mama potrzebuje, żebym się ogarnął, bo jest zmęczona”. One słyszą: „Zaraz zostanę sam. Odejście mamy jest możliwe. Nie jestem bezpieczny”. Taki lęk nie uczy współpracy. On uruchamia panikę, wstyd, zamrożenie albo jeszcze większy bunt. Dziecko, zamiast uczyć się regulować emocje, uczy się, że w trudnych momentach zostaje samo, a przecież właśnie wtedy najbardziej potrzebuje obecności.

Co możemy zrobić zamiast straszenia? Po pierwsze: zauważyć siebie. „Jestem zmęczona. Mam dość. Ale nie chcę mówić rzeczy, których potem pożałuję”. Ta autorefleksja to nie słabość, to siła. To oddech, który daje przestrzeń na kontakt. Po drugie: zobaczyć dziecko: „Widzę, że ci trudno. Nie chcesz iść. Nie wiem jeszcze, co z tym zrobić, ale nie zostawię cię samego”. To pokazuje dziecku, że może mieć duże emocje i nie traci przez to relacji. Czasem wystarczy usiąść obok i nic nie mówić. Czasem wziąć dziecko za rękę i po prostu być. Bez rozwiązywania, bez wykładów, bez grożenia. Dziecko w silnej emocji nie potrzebuje kary. Nie potrzebuje nawet natychmiastowego rozwiązania. Potrzebuje dorosłego, który nie ucieknie, kiedy świat zaczyna mu się walić. To właśnie w tych momentach - gdy jesteśmy zmęczeni, bezradni, a jednak zostajemy przy dziecku, buduje się prawdziwe zaufanie. Nie wtedy, gdy wszystko idzie gładko. Ale wtedy, gdy jest trudno i jesteśmy razem.

„Zostaw, nie dasz rady”, czyli cichy sposób na podcinanie skrzydeł

To jedno z tych zdań, które padają szybciej, niż zdążymy je usłyszeć uchem serca. „Nie dasz rady, zostaw to”, „Daj, zrobię za ciebie, będzie szybciej”, „Nie ruszaj, jeszcze się zranisz”. Na pierwszy rzut oka brzmi jak troska i najczęściej z niej właśnie pochodzi – z potrzeby ochrony, pośpiechu, chęci zaoszczędzenia dziecku frustracji. Ale pod spodem czai się coś więcej: brak wiary w dziecko. Przekaz, który brzmi: „Nie próbuj, i tak nie umiesz”, „Nie jesteś wystarczająco dobry, by to zrobić sam”. Jeśli dziecko słyszy to wystarczająco często, zaczyna wierzyć, że próbowanie nie ma sensu, że porażka jest czymś, czego należy unikać, że lepiej się nie wychylać, niż nie dać rady. Z czasem staje się niepewne, wycofane, niechętne do podejmowania wyzwań. Nie dlatego, że „nie ma ambicji”. Tylko dlatego, że nigdy nie dostało szansy, by poczuć własną sprawczość. A przecież dziecko nie potrzebuje gwarancji sukcesu, ale pozwolenia na próby.

Można powiedzieć: „Spróbuj. Jestem obok”, „To może być trudne, ale możesz się pomylić. I tak będę przy tobie”, „Chcesz, żebyśmy spróbowali razem?”. To nie jest „pozwalanie na wszystko”. To fundament samodzielności. Bo zanim dziecko nauczy się, że potrafi, ktoś musi uwierzyć w nie pierwszy. To nasze słowa stają się jego wewnętrznym głosem. Jeśli dziś mówimy: „Zostaw, nie dasz rady” – jutro usłyszy to samo w swojej głowie, zanim jeszcze podejmie próbę. Ale jeśli dziś usłyszy: „Zobaczmy, co ci się uda” – to może jutro powie sobie: „Jeszcze nie umiem, ale jestem coraz bliżej”. Nie chodzi o to, by dziecko zawsze sobie radziło. Chodzi o to, aby nie bało się próbować.

Nie istnieje coś takiego jak „idealna komunikacja z dzieckiem”. Nie ma ludzi, którzy zawsze trafiają w punkt, mówią właściwie, spokojnie i czule – szczególnie wtedy, gdy emocje sięgają sufitu, a życie domowe toczy się między nieopłaconym rachunkiem, niezjedzonym obiadem a dziecięcym „nie chcę!”. Każdemu z nas zdarza się powiedzieć coś za ostro, za szybko, nie w tym tonie. I to jest normalne. Nie chodzi o to, żeby być rodzicem, który nigdy nie popełnia błędów. Chodzi o to, żeby być takim, który widzi, że słowa mają znaczenie – i chce się ich uczyć na nowo. Bycie „wystarczająco obecnym” nie oznacza nieomylności. Oznacza gotowość, by się zatrzymać. Spojrzeć dziecku w oczy i powiedzieć: „Wiem, że moje słowa mogły cię zranić”, „Nie chciałem, żebyś poczuł się nieważny”, „Jestem tutaj. Możemy zacząć jeszcze raz”. Takie momenty są często bardziej wychowawcze niż sto mądrych wykładów. Dziecko uczy się wtedy, że relacja nie zależy od perfekcji. Że można się pomylić i naprawić, a bliskość nie kończy się na złym słowie, ale może się od niego zacząć, jeśli mamy odwagę powiedzieć: „Chciałem cię usłyszeć. Nie udało mi się wtedy, ale słucham teraz”. To właśnie wtedy dzieje się coś ważnego. Nie w idealnym zdaniu, ale w prawdziwym spotkaniu.

----------------------

Magdalena Boćko-Mysiorska – pedagożka, autorka książek dla dzieci i rodziców. Trenerka All About Parenting i wykładowczyni. Promotorka bliskościowego rodzicielstwa i neuropsychologii. Na co dzień wspiera rodziców i specjalistów w budowaniu empatycznych relacji z dziećmi. Autorka bloga magdalenabockomysiorska.pl.

Nie przegap

Źródło: CHILLIZET