Monika Witkowska: wchodząc na K2 mijałam wiele ciał, tu śmierć jest codziennością
Marzymy o najwyższych szczytach. Śledzimy z wypiekami na twarzy wiadomości o sukcesach himalaistów. Wstrząsają nami wiadomości o śmierci kogoś, kogo znamy i podziwiamy. Tymczasem tam wysoko w górach śmierć to codzienność. "1/5 osób, które chcą wejść na K2, nie wraca" – mówi Monika Witkowska, która weszła na szczyt K2, jak druga Polka w historii.
Monika Witkowska, podróżniczka, himalaistka, żeglarka, przewodniczka górska, pisarka. Ostatnio wydała książkę "K2. Ostatnia szansa", w której opisała swoją wyprawę na K2. Na szczycie tej góry stanęła, jako druga Polka w historii (po Wandzie Rutkiewicz). W rozmowie z Rafałem Turowskim opowiada o ciemnej stronie takich wypraw, czyli o śmierci. Tam wysoko w górach jest ona codziennością.
Rafał Turowski: Dla himalaisty śmierć jest bardzo realna, namacalna. 1/5 osób z K2 (najwyższy szczyt pasma Karakorum – przyp. redakcja) nie wraca. Ginie na miejscu z różnych powodów. Czy to nie jest coś, co by Was himalaistów powstrzymywało przed zdobywaniem szczytów?
Monika Witkowska: Nie powstrzymuje, bo ciągle tam jeździmy. Chyba mamy takie nastawienie, że wypadki się zdarzają, ale one nie zdarzą się nam. To nie jest tak, że tylko K2 jest niebezpieczną górą. Na każdej wyprawie, a byłam na czterech ośmiotysięcznikach, ginął ktoś z moich znajomych. Najbardziej obciążającym psychicznie zdarzeniem było zejście z Lhotse, z czwartej w kolejności góry świata, kiedy w ciągu jednej doby straciłam trzech kolegów. To były trzy różne wypadki. Liczę się z tym, że różnie może być, więc zawsze zostawiam kopertę z napisem "otworzyć, gdyby coś". Są tam jakieś PIN-y, dyspozycje. Ale uważam, że to jest akurat zdroworozsądkowe działanie również na nizinę.
Piszesz w swojej książce, że kiedy się wspinasz na te najwyższe góry świata, to po drodze mijasz zwłoki. One tam zostają. Ale dziwi mnie to, bo przecież jesteście ubezpieczeni i transport jest wliczony w takie koszty. Dlaczego więc te ciała tam zostają?
Monika Witkowska: Problem polega na tym, że zniesienie człowieka z dużej wysokości, powiedzmy z wysokości ponad 7500 m, to nie jest łatwa sprawa. To wymaga tak wielkiego wysiłku, że ani jedna, dwie, a nawet trzy osoby takiego ciała, z tak dużej wysokości, nie zniosą. To po prostu byłoby dla nich niebezpieczne. Kolejna sprawa, gdy ciało zamarznie, to nie waży tyle, co normalny człowiek. To jest dużo większy ciężar. Poza tym, akcje znoszenia ciał w dół, nawet jeśli są możliwe, to są bardzo kosztowne.
O tym, czy się rozpoczyna akcję znoszenia ciała, czy nie, decyduje rodzina. To może Cię zaskoczyć, ale wiele z nich się na to nie decyduje. One raczej proszą, by ciało pochować tam na miejscu, w jakiejś szczelinie. Na K2, przy ataku szczytowym, mija się ciało Islandczyka, który został na poręczówkach. Można było go znieść i pochować nieco niżej, ale jego żona nie potrafiła podjąć decyzji, co z nim zrobić. Kiedy po roku wreszcie zdecydowała, to okazało się, że on tak przymarzł, że nie dałoby się go już zdjąć. Więc został i do tej pory tam jest.
Zresztą pochowanie ciała w jakiejś szczelinie wcale nie gwarantuje, że ono tam będzie wiecznie leżało. Lodowce się cały czas przesuwają. Czasem się słyszy, że gdzieś tam odkryło się jakieś ciało. Teraz była rocznica urodzin Jerzego Kukuczki, który nie wiadomo gdzie jest. Gdy spadł z Lhotse, pewnie wpadł do jakiejś szczeliny, a ona prawdopodobnie się zasklepiła. Ale za jakiś czas lodowiec wytopi się i te szczątki pewnie gdzieś się odnajdą. To samo będzie z Wandą Rutkiewicz i mnóstwem innych wspinaczy.
Mówimy o tym dlatego, że tam wysoko w górach, to jest, jakkolwiek to zabrzmi, codzienność.
Monika Witkowska: Rzeczywiście, to jest trudny temat, z którym trudno się pogodzić, ale on jest niestety wpisany w ten sport. Jeśli ktoś jedzie w takie wysokie góry, to musi zakładać różne scenariusze.
A sam szczyt K2? Widziałem zdjęcia, jest tam sporo miejsca. Można flagę sobie wbić, można się rozbić. Ładnie tam jest...
Monika Witkowska: Sama byłam zaskoczona tym, że jest tam aż tyle miejsca. Z daleka K2 wygląda jak taka przepiękna, idealna piramida, a tymczasem jak się tam wejdzie, no to jest całkiem sporo miejsca. Mieści się tam spokojnie kilkanaście osób.
Ale to chyba zależy od góry, bo z kolei na Lhotse jest bardzo mało miejsca. Jest tam bardzo ostry wierzchołek, dwie osoby, które chciałyby się wzajemnie sfotografować, miałyby z tym problem. Są góry, które mają jeszcze bardziej rozległe wierzchołki niż K2, na przykład Czo Oju. To też ośmiotysięcznik, ja akurat tam nie byłam, ale słyszałam, że trudno określić, gdzie jest ten faktyczny wierzchołek.
Gratuluję Ci serdecznie, że weszłaś na K2, że spełniłaś swoje marzenia. Choć byłem pewien, że to kiedyś nastąpi...
Monika Witkowska: To nie było takie oczywiste. Jestem drugą Polką, po Wandzie Rutkiewicz, która stanęła na szczycie. Przez 36 lat żadnej Polki tam nie było, mimo że wiele próbowało. Niestety dwie z nich przypłaciły to życiem. Powiem szczerze, do momentu, kiedy stanęłam na szczycie, nie zakładałam, że mi się to akurat uda. Oczywiście bardzo się cieszyłam z tego, ale było ciężko. Nawet trudno opisać, jak było ciężko. Muszę powiedzieć, że to była najtrudniejsza z moich wypraw. Najcięższa również mentalnie, bo wychodząc na atak szczytowy, zastanawiałam się, czy to nie są ostatnie godziny mojego życia.
Dlatego określiłbym twoją książkę "K2. Ostatnia szansa" nie jako reportaż, tylko jako opowieść o pokonywaniu trudności zewnętrznych i wewnętrznych, a także opowieść o przyjaźni... bo choć na szczyt nikt Cię nie podsadzał, to miałaś grupę osób wokół siebie, która Cię wspierała.
Monika Witkowska: Tak, my działaliśmy w grupie międzynarodowej i nawet jeżeli się nie wspinamy razem, to zawsze mam w tyle głowy, że w obozie są osoby, które znam i które lubię, na które mimo wszystko mogę liczyć. Miałam też ważne wsparcie mentalne z Polski, zarówno ze strony mojego męża, jak i przyjaciela. Obydwaj mi przesyłali prognozy pogody. Chłopcy też między sobą się tam wzajemnie wymieniali informacjami, co u mnie. Także to było dla mnie ważne i takie rzeczywiście motywujące, ale motywujące też z takim wskazaniem, że naprawdę ten szczyt nie jest najważniejszy. Najważniejsze jest to, abym wróciła.
Przyznam się, że ta książka też dawała mi dużo frajdy, bo to była pierwsza książka, którą ja wydałam samodzielnie, wraz z moim przyjacielem Adamem Mrowińskim. Poprzednie książki wydawały duże wydawnictwa, można powiedzieć, że to było moje wydawnicze K2 (śmiech).
Moniko, bardzo Ci dziękuję za to spotkanie.
Źródło: CHILLIZET