Kolor, który zabijał Europę. Społeczeństwo szalało na jego punkcie
Zieleń to jeden z najnaturalniejszych kolorów. W XIX wieku jednak była to barwa zabójcza, prowadząca do setek zatruć i zgonów. A wszystko przez obecny w jej składzie silnie trujący arszenik.
- Jakie były skutki używania zieleni paryskiej w XIX wieku.
- Dlaczego zieleń Scheelego zdobyła popularność w Europie.
- Jakie objawy powodowało zatrucie arszenikiem z barwników.
Podążanie za modą i trendami ma poważne konsekwencje, choć niewidoczne na pierwszy rzut oka. Konsumpcjonizm, wyzysk, łamanie praw człowieka, zatruwanie środowiska - to cena, jaką współcześnie płacimy za generowanie kolejnych, modnych przedmiotów. Z drugiej strony jednak zamyka nas to w błędnym kole. Ludzie ulegają modzie nie tylko z powodów estetycznych, ale i psychologicznych. Daje ona nam poczucie przynależności, wpływa na nastrój i samopoczucie. A w XIX-wiecznej Europie przyczyniła się też do rozwoju chorób, zatruć i rosnącej liczby zgonów.
Odrobina koloru. Odrobina śmierci
Wyobraźmy sobie scenariusz, w którym szarą, brudną, przemysłową i zdegenerowaną przestrzeń miejską zaczyna zdobić kolor. I to kolor tak piękny i intensywny, że głowę tracą dla niego wszyscy. Tak było właśnie ze słynnym odcieniem szmaragdowej zieleni, którą znamy dziś pod nazwami zieleni paryskiej, szwajnfurckiej czy wiktoriańskiej.
Barwa ta przez lata niemożliwa była do uzyskania. Naturalne metody okazywały się nieskuteczne, bo barwniki płowiały na tkaninie. Przełomu dokonała chemia. W 1775 roku chemik Carl Wilhelm Scheele wynalazł soczyście zielony pigment, który zachowywał kolor, a przy tym nie był drogi w wytworzeniu. Pigment ten składał się bowiem z arsenu i miedzi - tego samego arsenu, którego jednym ze związków, jest silnie toksyczny i trujący arszenik.
Barwna i toksyczna rewolucja Scheelego
Kolor ten nazwano "zielenią Scheelego" i stosowano zarówno w produkcji odzieży, jak i farb, tkanin ozdobnych, zabawek czy nawet żywności. W XIX wieku zastąpiła ją podobnie trująca zieleń paryska, która także przyczyniła się do śmierci ludzi w całej Europie.
Do zatrucia tym barwnikiem nie trzeba było wiele. Jak opisuje Wiktoria Król w książce "Zabójcza zieleń: Historia zielonego pigmentu z arszenikiem", powołując się na słowa żyjącego w XIX wieku pioniera medycyny sądowej w Polsce, doktora Andrzeja Janikowskiego, trucizna rozprowadzała się w ciele nie tylko po jej bezpośrednim spożyciu, ale już po samym kontakcie z nią. Zatrucie arszenikiem mogło nastąpić po przyłożeniu go na ranę, wciągnięciu dymu do płuc, zetknięciu z błoną śluzową nosa, a nawet dotknięciu nienadwyrężoną skórą.
XIX-wieczne społeczeństwo żyło więc w domach pełnych trucizn, a dodatkowo truciznę tę nosiło też na sobie. I chyba nie trzeba tu wiele mówić także o pracownikach fabryk, którzy w imię mody narażeni byli na kontakt z arszenikiem dzień w dzień. Objawy zatrucia trucizną pojawiały się szybko. W ciągu 15-30 minut po dostaniu się arszeniku do organizmu człowieka odczuwa się uczucie ucisku i trudności w połykaniu. Później następują wymioty, a po około 12 godzinach zaczyna się ostra biegunka. Wybitny francuski toksykolog José Matteo Bonaventure Orfila do objawów zatrucia zaliczał także czkawkę, kołatanie serca, omdlenia, cuchnące usta, trudności w oddychaniu, zimne poty, gorączkę, krwawy mocz, sine kręgi wokół oczu, swędzenie ciała czy sine plamy na skórze.
Mimo ryzyka popularność zieleni rosła, a Europejczycy umierali przez nią w katuszach. Choć wiedziano, czym jest arszenik, społeczeństwo widocznie nie zdawało sobie sprawy z tego, że za serie tajemniczych zgonów odpowiada pokrewny mu pigment. Zmierzch morderczej zieleni nastąpił późno. A ile osób faktycznie zabiła? Tego nie da się policzyć.
Źródło: CHILLIZET / Król, Wiktoria. Zabójcza zieleń: Historia zielonego pigmentu z arszenikiem. Wydawnictwo Kobiece, 2025.