"Listem do matki" porwali się z motyką na słońce. Dopiero Villas stworzyła z tego hit
"Listem do matki” Violetta Villas zawojowała polską estradę. Utwór ten stał się największym przebojem jej repertuaru, pomimo że nikt nie wróżył mu sukcesu. Ten odniosła z "Listem" dopiero Villas. To ona dała mu duszę, a wykonanie przemieniła w swoiste misterium.
- Dlaczego 'List do matki' był przełomem w karierze Villas.
- Jak Adam Skorupka przekonał Violettę Villas do wykonania pieśni.
- Co sprawiło, że utwór rozrósł się do kilkunastominutowego misterium.
- Jakie emocje i teatralne gesty Villas wykorzystywała na scenie.
W polskim repertuarze współczesnym próżno szukać drugiego tak wyjątkowego utworu, jakim jest "List do matki". To pieśń, która trwale złączyła się z Violettą Villas, dokonując swoistego przełomu w jej karierze. Wszystko zaczęło się w roku 1966, kiedy to debiutujący kompozytorsko Adam Skorupka zaproponował Villas wykonanie "Listu". A była to propozycja, mówiąc delikatnie, bardzo odważna. Dlaczego?
"List do matki" był przełomem w karierze Violetty Villas
Po sukcesie u boku Tadeusza Woźniakowskiego i piosenki "Z gitarą przez ramię" Skorupka poszukiwał osoby, której mógłby zaproponować "List do matki". Po naradzie z Mirosławem Łebkowskim i Stanisławem Wernerem (autorami słów) stwierdzono, że może odpowiednia będzie Violetta Villas, do której Skorupka i tak miał już ułatwione dojście.
Tu jednak pojawił się kolejny problem – w tamtym czasie Villas zajmowała się repertuarem rozrywkowym. Jej utwory były melodyjne, miały chwytliwe refreny, prędko zapadały w pamięć. A tu nagle przychodzi Skorupka, z rzewnym, modlitewnym wręcz utworem, któremu nikt nie wróży sukcesu.
– Nawet jej się to spodobało, chciała jednak dodać coś swojego. "Wiesz, Adaś", powiedziała, "żeby to nie było takie nudne, to może ja w tym fragmencie, kiedy trąbka gra solo, ja dołożę swoją wokalizę" – wspominał kompozytor. Ale na wokalizach zdecydowanie się nie skończyło.
Villas nie zdawała sobie sprawy, że projekt, który przyniósł jej Skorupka, był nieoszlifowanym diamentem i tylko ona mogła w pełni wykorzystać jego potencjał. Przez lata utwór w oryginale niespełna czterominutowy, rozrósł się do kilkunastominutowego misterium. Westchnienia i szlochy, spazmy i szepty, rzucanie się na kolana, zrzucanie garderoby. Niezamierzenie twórcy dali pieśniarce tworzywo, które ona z pełną premedytacją wykorzystywała na scenie. Witold Filler w książce "Tygrysica z Magdalenki" pisał o tym tak:
"Suknia oczywiście czarna, barwa głosu i postawa niemal modlitewna. Przy drugim refrenie artystka klęka, przy trzecim głos jej dławią łzy. Czy prawdziwe? To wie tylko ona. I teraz nadchodzi moment, kiedy publiczność musi ten szloch odwzajemnić. Musi!!! Ten efekt Villas ma zaplanowany w scenariuszu swojego recitalu. Czasami, gdy odczuwa jakiś psychiczny sprzeciw widza wobec prób ekshibicjonistycznego obnażanie drgań duszy, artystka po prostu intensyfikuje atak: powtarza kolejne canto, powtarza refren. Piosenka, która w oryginale trwa pięć minut, będzie trwać osiem, ale Violetta, musi zwyciężyć. I zawsze zwycięża, poszum zdławionych siorbań odzywa się z widowni coraz silniej, atmosfera staje się, niemal nieuchwytnie, wilgotna. Violetta kończy śpiew, jest spokojna, ale zmęczona. Chyba podobnie jak Harris, czy Kaszpirowski po swoim seansie... Stoi ze schyloną głową, potem krótkim, pozornie spontanicznym i odruchowym ruchem ręki, ociera oczy z łez, brawa trwają. Długie, gorące, bez końca".
Źródło: CHILLIZET / Cyfrowa Biblioteka Polskiej Piosenki