Tam czas się zatrzymał 110 lat temu. Magiczny Nikiszowiec w Katowicach
To osiedle przetrwało praktycznie w nienaruszonym kształcie do dzisiejszego dnia i znajduje się na szlaku zabytków techniki województwa śląskiego. Nikiszowiec albo też Nikisz – tak nazywa się zbudowana przed ponad wiekiem robotnicza dzielnica w Katowicach. Osiedle wybudowano w latach 1908-1919. To dziś miejsce magiczne, o którym w audycji „W pogoni za kulturą extra” opowiedziała Anna Solińska ze Stowarzyszenia Fabryka Inicjatyw Lokalnych.
Magdalena Mleczko: Na co dzień oprowadza Pani wycieczki po Nikiszowcu. Gdzie je zaczynacie?
Anna Solińska: Bardzo różnie, ale w ostatnim czasie na ulicy Rymarskiej. To jest jedna z wąskich uliczek prowadząca do rynku i bardzo często turyści przystają, kiedy tylko znajdą się na jej początku, mówiąc „wow”.
Co ich tak na dzień dobry uderza?
Anna Solińska: Że czas się zatrzymał. Przed sobą widzimy biało-czerwony komin elektrowni Jerzy, czerwone okiennice, widzimy przepiękne balkony często ozdobione kwiatami, a przede wszystkim czerwoną cegłę. Oczywiście, nie jest już ona taka błyszcząca jak na początku, kiedy 110 lat temu osiedle było budowane, ale cały czas zachwyca. Już zanim się wejdzie na centralne miejsce rynku, robi duże wrażenie.
Choć ta dzielnica powstała dla ludu pracującego, dla górników, została stworzona z niezwykłą dbałością o każdy detal.
Anna Solińska: Bardzo często mówię o tym podczas wycieczek. Gdy stoimy przed wejściem na ulicę Świętej Anny, gdzie znajduje się brama, na której widzimy perlik i młotek, symbole górnicze, wtopione w cegły, to nie pozostawia to wątpliwości, dla kogo osiedle zostało wybudowane. Najbardziej wartościowe, co dostaliśmy w spadku od Zillmannów, projektantów osiedla, to jest właśnie architektura, nawiązanie do różnego rodzaju stylów architektonicznych. Liczba detali architektonicznych znajdujących się na Nikiszowcu to jest coś niebywałego. Spacerując po tym osiedlu często mówię: ja to pierwszy raz widzę na oczy! Często uczulam turystów, żeby, owszem, patrzyli pod nogi dla bezpieczeństwa, ale przede wszystkim w górę: na okna, na wykusze, na niesamowite ułożenie cegieł, na obmalowane na czerwono okna, na ornamenty, które znajdują się pod parapetami, nad wejściami do klatek schodowych. Jeżeli ktoś ma bujną wyobraźnię, to naprawdę na Nikiszu rozwiąże być może niejedną zagadkę, co autorzy mieli na myśli.
Można powiedzieć: prawdziwy majstersztyk tamtych czasów.
Anna Solińska: Tak jest. Często turyści mówią, że jest przecież na Śląsku dużo osiedli górniczych zbudowanych przy kopalni. Ale Nikiszowiec jest jedyny w swoim rodzaju. To bogactwo architektoniczne nie powtórzyło się na żadnym innym osiedlu. Zilllmanowie, którzy byli autorami wielu obiektów przemysłowych na Śląsku, stworzyli coś, co naprawdę do dnia dzisiejszego zachwyca, jest warte podziwu.
A skąd się wzięła ta czerwona cegła? Bardzo czerwona, bo aż bije po oczach.
Anna Solińska: Jestem o to często pytana, ale odpowiedź jest prosta: tam obok była po prostu cegielnia. Powstała bardzo blisko osiedla i pozwoliła na szybką jego budowę. Cegły były wypalane na miejscu i to dzięki temu osiedle zostało wybudowane w tak krótkim czasie – bo pierwszy blok został zasiedlony już w 1911 roku, a ostatni w 1919 roku. Po prostu pomyślano kompleksowo: jak budujemy osiedle, to miejmy cegielnię pod nosem.
W ogóle to było osiedle samowystarczalne, tam było wszystko na miejscu.
Anna Solińska: To jest właśnie ten fenomen, bo Zillmanowie, a tak naprawdę Anthon Uthemann, zarządca kopalni, który dostał pozwolenie budowę osiedla i to w jego głowie powstała koncepcja osiedla kompleksowego. Osiedle Nikiszowiec musiało spełniać wiele warunków – ja się dziś śmieję, że niejeden deweloper absolutnie by tego nie wytrzymał. Osiedle musiało być skanalizowane, musiała być bieżąca woda, toalety na półpiętrach w każdej kamienicy. Dzięki temu Nikiszowiec został uznany za bardzo nowoczesne osiedle, a mówimy o 110 latach wstecz. Była bieżąca woda, na osiedlu powstała pralnia, łaźnia, magiel – to budynek dzisiejszego Muzeum Historii Katowic, w którym możemy obejrzeć świetne wystawy.
To był swego rodzaju dom kultury, bo tam się wszyscy spotykali, mogli sobie porozmawiać
Anna Solińska: Ja mówię, że to był taki ówczesny Facebook. Kobiety w ciągu jednego dnia musiały wyprać, wysuszyć, wymaglować, a jeszcze dodatkowo na przykład dzieci korzystały z łazienek na miejscu. Tam się spędzało bardzo dużo czasu. Nie tylko pranie było maglowane, ale też wszystko to, o czym się mówiło na osiedlu, w maglu też było przerobione. Zilllmanowie chcieli stworzyć bardzo dobre miejsce do życia, do mieszkania. Nikiszowiec bardzo się zmienił, jest teraz atrakcją turystyczną, ale trzeba mieć też na uwadze, że to jest dalej przede wszystkim osiedle mieszkalne, to nie jest skansen. W czasie wycieczek uświadamiamy ludziom, że gdy wchodzimy na podwórko, to wchodzimy trochę na prywatną przestrzeń mieszkańców i musimy uszanować ich spokój, bo oni się z nami dzielą się swoim dobrem niekiszowieckim. Między mieszkańcami a turystami interakcje są bardzo serdeczne, ale zawsze trzeba mieć na względzie, że to miejsce nadal jest przede wszystkim osiedlem mieszkalnym. Przedszkola, żłobek, szkoła, która dzisiaj obchodzi swoje 110-lecie, te wszystkie obiekty dalej żyją, dalej funkcjonują.
Pralnia, o której Pani mówiła, poczta, gospoda, zakład fotograficzny, fryzjer i kościół są oczywiście też w samym centrum.
Anna Solińska: Aptekę też mamy w tym samym miejscu od 110 lat. Jedynie ciekawostką jest, że nad apteką zamieszkuje w tej chwili organista z naszego kościoła, a wcześniej było to mieszkanie aptekarza.
Ale Nikiszowiec nie zawsze miał dobrą renomę, bywało, że mówiono także o nim bardzo źle.
Anna Solińska: Kopalnia i osiedle to były naczynia połączone. Jeżeli było dobrze na kopalni, to było dobrze na osiedlu. Jeżeli kopalnia dobrze prosperowała, to górnicy też to odczuwali. Każdy, kto mieszkał na Nikiszowcu, był z kopalnią bardzo mocno związany nie tylko emocjonalnie, ale przede wszystkim finansowo. A lata dziewięćdziesiąte zeszłego wieku, restrukturyzacja, duże zubożenie ekonomiczne mieszkańców oznaczały bardzo dużo zmian. Dom kultury, lodowisko, obiekty, które były wspierane finansowo przez kopalnię, GKS Naprzód Janus, czyli górniczy klub sportowy – nagle wszystko prawie w tym samym czasie upada. Zaczyna się bardzo smutny czas, czas marazmu, bardzo ciężki czas. W ciągu 10 lat dzielnica bardzo mocno podupada. Rośnie przestępczość. Młodzież jest niezaopiekowana. Ludzie, którzy do tej pory mieli hokej, ślizgawki, dom kultury, różne sekcje, nie mają co ze sobą zrobić. Bardzo wiele osób zaczyna mieć konflikty z prawem. Zachodzą bardzo duże zmiany w samych rodzinach, bo Nikiszowiec to pewien schemat. Ojciec – główny żywiciel rodziny, kobieta – pracująca w domu. Bo roboty w domu było bardzo dużo, jeżeli było kilkoro dzieci. Ja to wiem po swojej babci, że ona zawsze miała co robić: jeżeli nie było to gotowanie, to było szycie, heklowanie, sztrykowanie.
Heklowanie – co to jest?
Anna Solińska: Szydełkowanie. Zawsze skarpety były do zacerowania, więc kobiety miały co robić, a część z nich dorabiała, tworząc przepiękne obrusy, serwety, firany – to było dodatkowe źródło zarobku. Nie musiały w większości pracować poza domem, więc największą zmianą, jaka zaszła, to było pójście kobiet do pracy. Gdy kobieta wyszła z domu do pracy, to rodzina musiała zupełnie inaczej się poukładać, inaczej wyglądał ich rytm dnia. Kolejne dziesięć lat to było przyzwyczajenie się do trochę innej rzeczywistości i odnalezienie w świecie, w którym nie jest się zależnym tylko od kopalni. Dziś na szczęście ta sytuacja uległa znacznej poprawie.
Nikiszowiec jako plan filmowy. To miejsce często odwiedzają różni filmowcy, nie tylko z Polski.
Anna Solińska: Zgadza się. Tu może nawiążę do osobistej historii. Pierwsze pieniądz w swoim życiu zarobiłam na ulicy Świętej Anny w wieku 15 lat – jakkolwiek wiem, że to źle brzmi. Ale zostałam zhaltowana jako statystka w filmie Radosława Piwowarskiego „Kolejność uczuć”. Dla mnie jako 15-latki niebywałe było poznanie reżysera, który podchodził do każdego niezależnie od tego, czy był aktorem czy statystą, i witał się, mówiąc się: „Nazywam się Radosław Piwowarski, będzie mi bardzo miło, że będziesz tutaj z nami pracować”. Takie mam miłe wspomnienie. Film „Kolejność uczuć”, który wtedy był kręcony na Nikiszowcu z Danielem Olbrychskim i Marią Seweryn, był dużym wydarzeniem na Nikiszowcu, bardzo wielu mieszkańców wzięło w nim udział jako statyści. Wtedy zrozumiałam, że Nikiszowiec jest miejscem niezwykłym, bo jeżeli tutaj przyjeżdża Daniel Olbrychski i inne gwiazdy kina polskiego... Potem poszukałam innych informacji i okazało się, że także Kazimierz Kutz wcześniej kręcił tutaj swoją trylogią śląską, a Maciej Pieprzyca nakręcił „Barbórkę”, wspaniale pokazującą górnicze święto, które do dzisiaj na Nikiszowcu jest obchodzone, więc 4 grudnia w telewizji rano Nikiszowiec zobaczymy na pewno. Więc Nikiszowiec w wątkach filmowych, artystycznych jest teraz bardzo obecny. Także różnego rodzaju sesje zdjęciowe, także ślubne, mają miejsce na Nikiszowcu, bo jest to miejsce bardzo urokliwe.
Całej audycji „W Pogoni za kulturą extra” można wysłuchać w podcaście.
Źródło: CHILLIZET / audycja „W Pogoni za kulturą extra” / redakcja: Aleksandra Sobieraj