Patrick The Pan o wrażliwości i najnowszej płycie. „Zawsze byłem apostołem szczerości”

9 min. czytania
Aktualizacja 09.09.2024
09.09.2024 16:35
Zareaguj Reakcja
---- ----

Patrick The Pan powraca z nowym albumem. „To nie najlepszy czas dla wrażliwych ludzi” już niebawem, bo 14 października. O nowym albumie, byciu wrażliwym i swoich odczuciach w związku z premierą, Piotr Madej opowiedział Dominice Biegańskiej w audycji „Kawka, muzyczka”.

Patrick The Pan i Dominika Biegańska
fot. Chillizet/Patrick The Pan i Dominika Biegańska
--1-- ----

Dominika Biegańska: Wiesz, że niektórzy myślą, że masz na imię Patryk?

Patrick The Pan: Wiem, ale branżowo już wszyscy mówią do mnie Patryk i bardzo to lubię. No i to jest właśnie fajne.

Też długi czas myślałam, że masz na imię Patryk, a później jednak okazało się, że nie. Zaczniemy od przeszłości czy od tego, co za chwilę się wydarzy?

Patrick The Pan: Możemy od przeszłości.

To kiedy to się wszystko zaczęło? Bo jednak byłeś dzieciakiem, kiedy chwyciłeś za pierwsze instrumenty.

Patrick The Pan: Za pierwsze instrumenty chwyciłem, będąc piętnastolatkiem. Wtedy dostałem pierwszą gitarę od taty i wtedy to mi zakiełkowało w głowie. Natomiast mój tata był disc jockeyem, czyli didżejem, w czasach studenckich, więc muzyki zawsze było w domu pełno: winyle, dobre słuchawki, płyty. No więc będąc dzieciakiem didżeja, ciężko nie pokochać muzyki.

W ogóle chyba z wyglądu również jesteś podobny do taty. Na twoim Instagramie widziałam zdjęcie taty z młodości i wyglądacie dość podobnie.

Patrick The Pan: Nie ma wątpliwości, że to jest mój tata.

Premiera płyty „To nie najlepszy czas dla wrażliwych ludzi” 14 października. Dlaczego taki tytuł?

Patrick The Pan: Ja jako wrażliwy człowiek mam takie poczucie – a może po prostu z wiekiem coraz bardziej zauważam okrucieństwo tego świata – że świat zwariował, skręcił w jakiś powalony dla mnie kierunek, którego nie rozumiem, i wszystko się wywróciło do góry nogami. Uczę się, jak się na nowo odnaleźć w tym świecie.

Ile miesięcy robiła się ta płyta?

Patrick The Pan: Z siedem.

Ale byłeś też bardzo zapracowany w ostatnich miesiącach, a nawet latach, bo sporo pracujesz też dla innych artystów. Czy to jest łatwe, jak się jeździ od koncertu do koncertu, gra się z innymi i w tym wszystkim trzeba złożyć swoją płytę?

Patrick The Pan: Ja się dopiero nauczyłem to wszystko balansować bardzo niedawno, bo faktycznie moich muzycznych obowiązków jest dużo i one są różne. I był taki czas, gdzie trochę wariowałem i pielęgnowałem w sobie jakąś frustrację wynikającą z tego, że muszę tyle rzeczy zrobić dla kogoś, a mam tak mało czasu dla siebie. Natomiast teraz już bardzo umiejętnie umiem zarządzać kalendarzem. I umiem też sobie wytłumaczyć, że teraz jest czas na to, a za chwilę będzie czas na tamto.

Ale to nie jest trochę tak, że np. po dużej trasie z Dawidem P. musisz trochę sobie jednak odetchnąć i gdzieś tam wrócić na te swoje muzyczne tory? Czy po prostu w ferworze roboty od razu siadasz do następnej?

Patrick The Pan: Nie, nie, tak się nie da. Podchodzę do zadań projektowo. Czyli czerwiec mamy na przykład stadiony, więc wchodzę w to. I oczywiście jeśli na przykład znajdę jakiś czas, bo na przykład jadę 5 godzin gdzieś pociągiem, no to jest fajny czas na to, żeby na przykład napisać tekst albo sobie posłuchać domówek i zastanowić się, czy tam dobrze wszystko porobiłem. Próbowałem inaczej, ale nie da się. A przynajmniej ja nie potrafię w sobotę zagrać stadion, a w poniedziałek nagrywać swoje refreny. Trzeba odpocząć, trzeba pozwolić sobie na ostudzenie i właśnie przeskoczenie na inny bieg.

A dlaczego ty się nigdy nie stałeś warszawski? Tylko tu bywasz, a jednak jesteś krakowski. Tam ci lepiej?

Patrick The Pan: Jeszcze parę lat temu bym tak odpowiedział. Dzisiaj nie wiem. Jest mi dobrze w Krakowie i już tam się zakotwiczyłem. Natomiast wydaje mi się, że wtedy, kiedy była na to przestrzeń, to ktoś przyjechał do Krakowa za mną z innego miasta – moja żona to zrobiła i ona raczej by nie dźwignęła przeprowadzki jeszcze do kolejnego miasta. Ona poszła na pewien kompromis, więc ja też musiałem, choć akurat ja bym się odnalazł w Warszawie, bo już znam to miasto siłą rzeczy, dużo tutaj przyjeżdżam, dużo czasu tu spędziłem, lubię je. Ale nigdy się nie udało.

Ile piosenek na płycie jest o twojej żonie albo dla niej? Bo kawałków jest 10.

Patrick The Pan: Myślę, że tak z połowa na luzie.

Połowa na luzie jest o niej albo dla niej?

Patrick The Pan: Tak, ona się tam zawsze gdzieś przewija. Ona jest takim duszkiem tej płyty.

A czy kawałek „Nikt mnie tak nie zdradził jak to miasto” jest o Krakowie czy o innym mieście?

Patrick The Pan: O Krakowie.

Napisałam sobie taką notateczkę przy tym numerze, że on taki ma trochę Daft Punkowy vibe. To była taka moja pierwsza myśl, jak odpaliłam ten numer.

Patrick The Pan: Ciekawe. Na tym polega piękno muzyki, że ja nie myślałem o Daft Punku, kiedy robiłem ten numer, a nagle słyszę, że jest Daft Punkowy. Tam jest taki puls cały czas, może ten puls tak działa...

Ty tak trochę lubisz się pobawić różnymi rzeczami w tej swojej muzyczce.

Patrick The Pan: Lubię, lubię. Ten konkretny utwór jest przeze mnie postrzegany jako najbardziej eksperymentalny na tej płycie. To było takie: a daj se, a pobaw się.

W jakich chwilach pisze się piosenki o kimś, kogo wszyscy znamy? Bo ona nie jest łatwa. Ona jest życióweczką?

Patrick The Pan: To jest życióweczka, ona nie jest o mnie, ale to jest piosenka będąca wynikiem jakichś tam obserwacji. Jako artysta czuję, że moim obowiązkiem jest obserwowanie świata i nazywanie pewnych rzeczy, opisywanie ich. Czasami jest to jakaś moja forma dialogu z kimś, bo inaczej nie potrafię. To jest piosenka, do której inspiracją jest jakiś konkretny człowiek/ludzie, natomiast ja sobie jeszcze tam podopisywałem trochę, żeby miała szersze znaczenie. To jest piosenka o ludziach, którzy boją się porzucić swoje życie dla marzeń, a z drugiej strony są w miejscu, w którym im się nie podoba.

A czy „Ballada do sąsiada z góry” jest do sąsiada z góry, czy to jest jakaś postać...

Patrick The Pan: Totalnie, totalnie, to jest ballada dla Pana Kotka. Ja jeszcze do niedawna mieszkałem w miejscu, gdzie nade mną mieszkał starszy pan, który miał kotka i wyprowadzał tego kotka na smyczy na spacer. On nie wie, że jest Panem Kotkiem, my go po prostu tak nazwaliśmy przez tego rzeczonego kotka. Był taki epizod w moim życiu, kiedy miewałem dosyć spore problemy ze snem i budziłem się zestresowany dosyć często. Słyszałem o czwartej w nocy skrzypienie parkietu u tego mojego sąsiada. I tak sobie wyobraziłem, że ktoś patrzy z zewnątrz na budynek, w którym mieszkamy, i widzi, że nasze światła świecą się do późna, bo oboje nie śpimy i – to już sobie dopowiedziałem, bo nie znam życia mojego sąsiada, nie wiem, jak żyje Pan Kotek i czy jest szczęśliwy, choć wydaje mi się, że jest samotny – przeżywamy to samo. Wysyłam ci moc mojej energii i wiedz, że jestem empatyczny i zbijam z tobą piątkę, Panie Kotku, bo ja też nie śpię i też się z czymś borykam.

Może dobrze, żeby Pan Kotek dowiedział się, że powstała o nim piosenka? A może nie?

Patrick The Pan: On mógłby to różnie odebrać. Ja nie wiem. czy on by się z tego ucieszył. Ja nie mam z nim właściwie żadnej relacji. Nawet o tym śpiewam, że „mówisz mi na klatce, że dzień dobry, a noc zła”. Nasza znajomość ograniczała się właściwie do „dzień dobry”. Dla mnie to ważne, żeby mieć choć taką więź z sąsiadami. Uważam, że to jest zapomniana sztuka, umierająca, a jak się ma świetny przelot z sąsiadami, to życie jest lepsze i łatwiejsze.

Redakcja poleca

Czy ta płyta będzie dla ciebie najważniejsza jak dotąd?

Patrick The Pan: Nie wiem. Myślę, że najważniejsza to była debiutancka, bo ona mnie urodziła, że tak to ujmę. Na pewno jest najważniejsza i najlepsza w tym momencie życia. Czy jest najważniejsza, bo na przykład najwięcej zmieni w moim życiu? Nie wiem. Zobaczymy, powiem ci za pół roku, ale ja czuję że ta płyta jest dla mnie o tyle rewolucyjna, że jestem na niej najspokojniejszy ze wszystkich pięciu, które do tej pory wydałem i czuję, że odnajduję jakąś równowagę życiową. I jako człowiek, jako artysta czuję, że zataczam na niej jakiś krąg, że po raz pierwszy od 11 lat obracam się za siebie i widzę jakąś szlachetność na przykład w swojej pierwszej płycie, podczas gdy zawsze miałem takie poczucie, to już nie ja. Teraz czuję, że na tej płycie wraca gdzieś Patrick sprzed 11 lat, więc ona jest też taka trochę sentymentalna. Taka właśnie jest.

Ona jest bardzo sentymentalna… Ja na przykład bardzo lubię tekst: „Nigdy nie myślałem w życiu o kimś wcześniej tak zachłannie”. Myślę, że to jest takie zdanie, które chyba każdy w życiu chciałby usłyszeć o sobie. A to jest o twojej żonie?

Patrick The Pan: To jest znowu o niej. I trochę o Sopocie.

Skąd ten Sopot? Opowiedz.

Pomysł na tę piosenkę powstał w roku pełnym pracy, gdy dużo było jeżdżenia po Polsce, koncertów, właśnie z Dawidem i generalnie byłem w rozjazdach. Z jednej strony powinienem być szczęśliwy, bo jeżdżę, pracuję, zarabiam na muzyce i, oczywiście, w jakimś stopniu byłem, ale z drugiej strony czułem tęsknotę za domem. Był taki czas, że siedzieliśmy długo w Sopocie, który bardzo lubię, szczególnie poza sezonem Sopot jest po prostu najlepszym miastem, ale Sopot bez niej jest tylko jednym z wielu miast, a nie tym pięknym Sopotem na północy Polski.

Znowu ładnie powiedziane. Wszystkie te piosenki są takie bardzo o tobie. Ty chyba tak szczerze o sobie w tych numerach…

Patrick The Pan: Tak. Ja chyba nie umiem albo straciłem tę umiejętność wchodzenia w czyjąś głowę, bo kiedyś przychodziło mi to łatwiej i faktycznie miałem dużo piosenek, które kompletnie mnie nie dotyczyły. A teraz znalazłem jakąś łatwość w śpiewaniu o sobie, która nie budzi we mnie poczucia rozbierania się, przesadnej ekspresji. Poprzednia płyta i jeszcze wcześniejsza pokazały mi, że nawet jeśli śpiewam bardzo o sobie, to i tak ludzie odnajdują w tym siebie, bo żyjemy to samo życie, na tej samej planecie, w tych samych okolicznościach, więc to, co się przydarza mnie, przydarza się też wielu osobom. Nie mam z tym problemu i wiem, że ludzie i tak poczują to, co ja.

Chyba też fajnie jest, kiedy śpiewa się tak prosto z serduszka, o sobie, niż o innych ludziach czy na zasadzie, że ktoś mi napisał piosenkę.

Patrick The Pan: Tak mi się wydaje, że tak jest. Ja zawsze byłem apostołem szczerości i autentyczności, staram się jak mogę i wierzę w te cnoty bardzo, więc śpiewanie o sobie i o moich przeżyciach i obserwacjach jest po prostu dla mnie naturalne.

„Ty wiesz, nie ma co trzymać najlepszych talerzy dla gości”. Kiedy ten utwór się napisał, w jakich okolicznościach?

Patrick The Pan: To jest pierwsza piosenka, która powstała na płytę, dopowiem, że najmniej ją lubię przez to, że jest po prostu już najstarsza. Przymiarki do niej były właściwie zaraz po premierze poprzedniej płyty, czyli trzy lata temu, ale wtedy czułem, że już jestem trochę przepracowany, nie mam siły, wrócę do tego za jakiś czas, więc wróciłem do tego dwa i pół roku później. Zawsze chciałem napisać piosenkę o starszych ludziach, którzy dalej się kochają, bo jest dla mnie coś rozczulającego w obrazku, że dziadziuś idzie z babcią za rękę i widać, że tam jest dalej chemia i miłość, oczywiście już przełożona na nowe okoliczności i warunki, i wiek, ale że to nie jest takie bycie ze sobą z przyzwyczajenia, tylko że da się kochać, mając po 80 lat. Dla mnie to jest wzruszające, rozczulające i motywujące, ja też tak chcę, jest to dla mnie jeden z celów życiowych, żeby to osiągnąć. Napisałem więc piosenkę o miłości z perspektywy zmarszczek.

Zazwyczaj jest tak, że w „Kawce, muzyczce” pytam o piosenkę życia.

Patrick The Pan: A mogę sięgnąć po telefon? Bo ostatnio stworzyłem playlistę największych hitów ever mojego życia. I tam sobie wrzucam rzeczy. Bo ja nie umiem na takie pytania odpowiadać, po prostu nie pamiętam. Słucham dużej ilości muzyki i nawet jeśli jakiś numer jest dla mnie superważny w skali życia, to jak ktoś mnie na szybko pyta tu i teraz, jaka jest twoja najważniejsza piosenka, to nigdy nie pamiętam. No to np. mam „Linger” The Cranberries, Myslowitz „My”, „Something About Us” Daft Punk, „Here Comes The River” Patricka Watsona, bardzo go lubię, oraz, to jest ciekawe, „Trudno nie wierzyć w nic” Raz, Dwa Trzy.

Dobre zestawienie. Jak na pięć numerów, to tak różnorodnie bardzo. To powiedz jeszcze, skąd się wziął Patryk The Pan? Jak to wymyśliłeś?

To jest taka historyjka – o, będzie ładna klamra – że w liceum, kiedy miałem 15 lat i dostałem gitarę od taty, zacząłem komponować piosenki, to uznałem, że kiedyś będę miał zespół i on się będzie nazywał się Patrick The Pan, bo tak się nazywał mój długopis, który miałem wtedy. Nieważne dlaczego, nie drążmy tego, bo miałem wtedy 15 lat i uważałem, że to będzie świetna historia do wywiadów.

No to mamy to. I mamy też świetną klamrę do wywiadu.

Całej rozmowy z Patrickiem The Pan możesz posłuchać na kanale Chillizet na You Tube'ie.

Oglądaj

Redakcja poleca

Źródło: CHILLIZET/ audycja „Kawka, muzyczka” / spisała i zredagowała: Aleksandra Sobieraj