Natalia Szroeder: chcę opowiadać swoje historie po swojemu, nie zrezygnuję już z tego

10 min. czytania
Aktualizacja 20.06.2024
10.05.2024 15:29
Zareaguj Reakcja
---- ----

"Wiem, co jest dla mnie ważniejsze. Już nie wyobrażam sobie, abym mogłabym rezygnować z jakiejś części siebie, na rzecz jakiegoś spektakularnego, mainstreamowego sukcesu. Wiem, jak smakuje wolność, bo ją ją poznałam. Wiem też, jakie to wspaniałe uczucie, gdy znajdziesz słuchacza, który chce razem z Tobą doświadczać tego. To jest chyba najważniejsze" – powiedziała Natalia Szroeder. W rozmowie z Dominiką Biegańską opowiedziała o najnowszym singlu "Sama na planecie". 

Natalia Szroeder i Dominika Biegańska
fot. Chillizet
--1-- ----

Dominika Biegańska: Dzisiaj wyszedł kolejny, nowy singiel, pierwszy pojawił się 5 kwietnia tego roku. To kolejny etap. Czym on jest dla Ciebie?

Natalia Szroeder: Zawsze, kiedy szykuję jakiś większy projekt, a premiery singli, które zwiastują album, są jego elementem, to czuję masę różnych emocji. Bo to nie tylko szczęście, choć ono raczej przeważa, ale również stres, czasami frustracja. Jest to więc taka bomba emocjonalna, ale rozciągnięta w czasie, bo to nie jest kwestia jednego dnia, na przykład premiery singla, czy wydania albumu. Jestem na wysokich obrotach przez dłuższy czas, dosłownie i w przenośni.

A czy masz tak, że przy każdej kolejnej płycie czujesz, że coś się kończy, a coś zaczyna?

Natalia Szroeder: Nie mam poczucia, że coś się kończy. Zbieram doświadczenia, tak było w przypadku płyty "Pogłos". Wiele się wydarzyło podczas premiery, ale ona cały czas mi coś nowego przynosi. To nie jest tak, że coś się zamyka. Ja "z wiatrem" tamtej płyty wchodzę w nowy rozdział. Nie zapominam o tym, co było, absolutnie nie odcinam się, uważam, że ten nowy album ma wiele z tego "Pogłosu", mimo że jesteśmy już w innym miejscu, w innym uniwersum, bo minęło dużo czasu. Jestem innym człowiekiem, ale jest też we mnie dużo tamtej Natalii.

A gdy czasami wracasz myślami do początków, do swoich pierwszych numerów, to masz takie myśli: "Hej, od tamtego czasu sporo się zmieniło"? Wiem, że na przykład "Parasole" nadal śpiewasz na koncertach.

Natalia Szroeder: Pewnie, na maksa. "Parasole" śpiewam, bo one nadal wpisują się w to, co robię teraz. Ale mam też dużo piosenek, które są już po prostu z jakiejś innej planety, której ja od długiego czasu nie odwiedzam (śmiech). Czasem wracam sentymentalnie do tych rzeczy i nie mogę uwierzyć, jak dużo się od tego czasu zmieniło.

To też jest fajne, że słuchasz tamtych piosenek i myślisz sobie: "jestem już innym człowiekiem".

Natalia Szroeder: Fajnie jest też patrzeć na progres, jaki zrobiłam, że zmieniam się, że jest to widoczne gołym okiem nie tylko dla mnie, ale też dla innych. Nie minęło wcale aż tak dużo czasu (nadal jestem przed trzydziestką), ale zmieniło się dosłownie wszystko. We mnie, w Natalii, też zaszło sporo zmian, przede wszystkim mentalnych. Kiedyś nie miałam w sobie tyle odwagi, którą mam teraz, aby tupnąć nogą i powiedzieć: "ja nie chcę tak, ja chcę tak". To się przede wszystkim zmieniło. Gdyby nie ta zmiana, to nie wiem, co bym dzisiaj robiła. Bo ja wtedy wcale nie byłam taka super zadowolona z tego, co robię, tylko po prostu brakowało mi odwagi.

Oglądaj

Czy czułaś, że śpiewasz nie do końca swoje piosenki?

Natalia Szroeder: Oczywiście, że tak. Używając takiego skrótu myślowego, ja wtedy śpiewałam trochę na zlecenie. Miałam zaledwie 16 lat, byłam dzieckiem, niewiele wiedziałam o tej branży, o życiu. Cieszyłam, że mogę śpiewać, że mogę się spełniać, będąc na scenie. Dopiero z czasem, z doświadczeniem, gdy obserwowałam moich kolegów, koleżanki po fachu, zrozumiałam, że mogę spełniać swoje marzenia, być na scenie, i mogę robić to tak, jak ja tego chcę, że to się nie musi wykluczać. Trochę mi to zajęło.

Ale co musiało się wydarzyć, że końcu tupnęłaś nóżką i stwierdziłaś, że czas to zmienić?

Natalia Szroeder: Po prostu doszłam do ściany, zmęczyłam się. Wiedziałam, że nie chcę tak dłużej pracować, że nie chcę tak działać. Zobaczyłam, że można inaczej funkcjonować w tej branży, że można muzykę robić tak, jak się chce. Musiałam tylko nabrać odwagi, dojrzeć do pewnych decyzji, przestać się bać. To były bardzo trudne decyzje. Pracowałam przecież z ludźmi, z którymi się zżyłam, i nawet jeśli nie zawsze dogadywaliśmy się na gruncie zawodowym (bo mieli inne spojrzenie niż ja), to jednak przywiązaliśmy się do siebie.

Odczuwam też wdzięczność, że poznałam tamten biegun. Wielu artystom wydaje się to oczywiste, że to oni odpowiadają za wszystko, że mogą ustalać plan działania, że teraz chcą spokojnie, wolno, że teraz ma być gitara taka i taka. Dla mnie to pewna nowość. Jestem więc stale i niezmiennie wdzięczna za to, że mogą być wolnym twórcą, że mogę robić tak, jak ja chcę.

Redakcja poleca

Wielu artystów działa tak, jak kiedyś ty działaś, czyli jak mi napiszą, tak zaśpiewam, jak mi zagrają, tak będzie. Odpowiedzialność jest wtedy wspólna. Natomiast, gdy działasz na własną rękę, odpowiedzialność za to, czy się to kliknie, czy radio zagra, czy nie, spada na samego twórcę. Czy masz w sobie taki luz, że nawet jeśli coś nie wyjdzie, to i tak będzie ok?

Natalia Szroeder: Ja już byłam po tamtej stronie, więc ja już sobie wszystko zważyłam. Wiem, co jest dla mnie ważniejsze. Już nie wyobrażam sobie, abym mogłabym rezygnować z jakiejś części siebie, na rzecz jakiegoś spektakularnego, mainstreamowego sukcesu. Wiem, jak smakuje wolność, bo ją poznałam. Wiem też, jakie to wspaniałe uczucie, gdy znajdziesz słuchacza, który chce razem z Tobą doświadczać tego. To jest chyba najważniejsze. Bo ja mogę sobie robić wszystko, ale jeśli to nie odbije się od drugiego człowieka, to... mogę sobie robić, nie? (śmiech) Na szczęście mój poprzedni materiał znalazł sobie odbiorcę. Oczywiście chciałabym, aby moje piosenki były numer 1 na platformach streamingowych, to byłoby wspaniałe, ale nie kosztem mojej wiarygodności. Chcę opowiadać swoje historie po swojemu, nie zrezygnuję z tego. Wierzę w to, że te piosenki znajdą swoje miejsce na playlistach, przecież nie skręciłam w jakiś off alternatywy (śmiech).

Przesłuchałam "Północ" i "Sama na planecie", jest trochę inaczej, to słychać.

Natalia Szroeder: Tak, tak, mam tego świadomość. Czasem sobie gdzieś jadę, włączam radio i myślę sobie, to jest tak szerokie spektrum piosenek, dlaczego moje nie miałyby się znaleźć na tej playliście. Mój tata kiedyś powiedział, że "gustom się nie ulega, gusta się kształtuje", więc ja działam w myśl tej zasady. Nie będę ulegać, chciałabym kształtować. Te rzeczy, które robimy, są naprawdę jakościowe, wkładamy w nie serce. Nie robimy tego pod szablon, nie robimy tego w sposób schematyczny, tylko robimy co w naszej mocy, żeby to było dobre i żeby wnosiło jakąś fajną, nową barwę do tego naszego muzycznego świata. Wiedziałam, że "Północ" może być trudna w odbiorze, nie miałam ambicji, by była radiowym przebojem...

A wiedziałaś, że będzie pierwszym singlem?

Natalia Szroeder: Od jakiegoś czasu wiedziałam. To się trochę zmieniało, ale potem stwierdziłam, że to chyba jest dla mnie najlepsza, otwierająca nowy rozdział wizytówka. W zeszłym roku miałam wiele trudnych życiowych (i prywatnie, i zawodowo) zakrętów. To był trudny dla mnie emocjonalnie rok. Czułam, że chcę rozmawiać z moimi odbiorcami szczerze i otwarcie, i to właśnie musi być to otwarcie. Tak się czułam przez długi czas, to jestem ja w tamtym momencie mojego życia...

Tu mała dygresja. Ostatnio rozmawiałam w wieloma osobami i okazuje się, że zeszły rok był trudny dla wielu z nich.

Natalia Szroeder: Tak, ja też miałam bardzo trudny rok, a końcówka roku w ogóle mnie zmiotła z planszy. Nie wiedziałam, jak się nazywam. Pamiętam ten moment, kiedy byłam w fatalnym stanie, nic mi się nie układało, ale wciąż sobie powtarzałam: "to przejdzie, wszystko przechodzi, życie jest rzeką, płynie, jeszcze się wszystko zmieni". Wtedy wydawało się to niemożliwe, ale wyszłam z tego. I teraz, gdy na to patrzę, z perspektywy kilku miesięcy, to myślę sobie, że nie ma takich rzeczy, który nie da się przejść. Wszystko da się przejść.

Czy tata jest pierwszą osobą, która słyszy Twoje piosenki?

Natalia Szroeder: Rodzice, bo mam bardzo dobry kontakt i z tatą, i z mamą. Oni bardzo często słyszą jako pierwsi piosenki, ale kwestie decyzyjne zawsze zapadają w studiu pomiędzy mną a Arcim, czyli producentem, współkompozytorem tych piosenek. Ale ostatnio, przyznam, bywam katem dla ludzi, którzy są blisko mnie, bo stale siedzę z tymi piosenkami i oni siłą rzeczy też (śmiech). Chyba najbiedniejszy jest Staś, moj najmłodszy brat, z którym mam taką bliską sztamę, przyjaźnię się. Często razem podróżujemy i słucha ze mną tego materiału...

Redakcja poleca

A ja myślałam, że ty po prostu słuchasz tego do momentu, kiedy uznasz, że teraz jest perfekcyjnie...

Natalia Szroeder: Nie ma takiego momentu (śmiech). To znaczy, może być, ale to trwa bardzo długo i ten moment pojawia się tylko na chwilę. Tak jest z "Pogłosem", gdy włączam sobie tę płytę, to myślę, że jeszcze coś bym zmieniła (śmiech).

Kiedy napisałaś "Samą na planecie"?

Natalia Szroeder: Tekst powstał jakieś trzy miesiące temu, więc jest to dość świeży tekst. To był moment wychodzenia z tej ciemności. To zresztą słychać, zarówno w warstwie tekstowej, jak i muzycznej.

To teraz muszę zapytać o piosenki życia. Składałaś naszą playlistę do "Znanych zasłuchanych". Zrobiłaś ją bardzo szybko...

Natalia Szroeder: Tak, tak, dosłownie w 5 minut.

Gdy ją zobaczyłam, pomyślałam sobie, ale fajnie złożona playlista. Otwiera ją "Santa Fe" Beiruta. Czy kolejność tych utworów ma dla Ciebie znaczenie?

Natalia Szroeder: Ona po prostu się wydarzyła (śmiech). Natomiast cieszę się, że zaczyna się Beirutem, bo to jest moja wielka miłość od wielu lat. Nie było mi dane zobaczyć ich na żywo. Oni chyba mieli kiedyś zagrać w jakimś klubie warszawskim w 2017 r., ale odwołali koncert. A ja wtedy kupiłam chyba z 15 biletów, bo chciałam całą rodzinę zabrać (śmiech). Nie widziałam ich na Openerze, ale cały czas na nich poluję, mam nadzieję, że w końcu mi się uda.

Mam pytanie od słuchacza: z kim najlepiej Ci się śpiewa?

Natalia Szroeder: Ale chodzi o polską branżę?

Nie, tak ogólnie. Jeśli lubisz śpiewać z bratem, to może być z bratem...

Natalia Szroeder: Na koncertach towarzyszy mi siostra (chórkowo) i wspaniale mi się z nią śpiewa.

Wow, nie wszyscy chyba o tym wiedzą.

Natalia Szroeder: Wzięłam do naszego składu całe moje rodzeństwo. Jest nas czwórka i wszyscy jeżdżą ze mną w trasy. Jest bardzo wesoło. Mamy osiem osób na scenie, z czego cztery to są Szroedery. W planach jest też mama na trąbce, a tata na klarnecie (śmiech).

Bo u Was wszyscy na czymś grają, prawda?

Natalia Szroeder: Tak, oczywiście z tymi rodzicami żartuję, chociaż mama twierdzi, że mogłaby być nawet garderobianą... Ale wracając do pytania, to rzeczywiście z Marcysią bardzo dobrze mi się śpiewa. Ja uwielbiam śpiewać w duetach i cieszę się, bo mam sporo takich doświadczeń scenicznych, duetowych. To niezwykłe doświadczenie, bo mamy wspaniałych artystów w Polsce i z większością tych, których najbardziej cenię, miałam okazję wystąpić.

Będą goście na płycie?

Natalia Szroeder: Będą.

Mężczyźni, czy kobiety?

Natalia Szroeder: Obu płci. Mogę wam zdradzić, że moja gościni, która jeszcze się nie nagrała, ale obiecała, że to zrobi, to postać, której ja jestem fanką od bardzo, bardzo dawna. Jeszcze nigdy z nią nie śpiewałam, przy żadnej okazji, więc będzie ciekawie.

To zapytam inaczej, czy zaprosisz swoich muzycznych przyjaciół?

Natalia Szroeder: Z artystką, o której wspomniałam, jeszcze zbyt dobrze się nie znamy prywatnie, choć miałyśmy już parę razy styczność i zawsze było super. Natomiast z tą drugą postacią (mężczyzną), która ma mi się nagrać, ale gadaliśmy o tym w zeszłym roku i mam nadzieję, że to jest aktualne, znamy się lepiej i rzeczywiście się ziomujemy.

A jak Ci się śpiewa z Vito?

Natalia Szroeder: Wspaniale. Kocham Vito pod każdym względem. Jako człowieka, osobę, artystę, wokalistę, tekściarza, autora, duszyczkę. Jest mi bardzo, bardzo bliski.

Zapytałam o to, bo dzisiaj grałam kawałek "Oddaj" i to jest numer, który kiedyś puszczałam sobie w kółko.

Natalia Szroeder: Naprawdę? To jest taki smutny kawałek. Moment, w którym Vito mnie zaprosił do nagrania tej piosenki, był dla mnie niezwykle ważny. Ja do dziś jestem wielką fanką Bitaminy, dlatego też znalazła się ona na mojej playliście. Pamiętam 2017 r., kiedy usłyszałam płytę "Kawalerka" i totalnie się zakochałam. Nie mogłam uwierzyć, że jest taka pozycja na polskiej scenie. To był czas, kiedy ja się cały czas wyczołgiwałam z tej mojej poprzedniej ery. Jeszcze wtedy nie byłam w miejscu, w którym jestem teraz, więc zaproszenie od niego było dla mnie niezwykłą nobilitacją.

Bardzo mi się w nim podoba to, że on nie szufladkuje, że on nie patrzył na mnie tak, jak jeszcze wtedy patrzyło wielu innych artystów, że nie jestem z ich świata. On w ogóle się tym nie przejął i to mną bardzo poruszyło. Tak samo było, gdy zaprosiłam Ralpha Kamińskiego na "Przepływy". Ja wciąż jeszcze jedną nogą byłam tam, a mimo to on bez wahania się zgodził. To było takie budujące, że oni patrzą na ciebie przez ludzki pryzmat i nie zastanawiają się nad tym, z czym ty się kojarzysz i jaki ogon możesz mieć.

Redakcja poleca

Ty w ogóle masz szczęście do tych duetów. Każdy jest trafiony.

Natalia Szroeder: Rzeczywiście te ostatnie lata obfitowały w duety muzyczne. Nie wszystkie były rejestrowane, niektóre były takie koncertowe. Miałam okazję spotkać się na wspólnym śpiewaniu z legendami polskiej sceny muzycznej. A jeszcze parę lat temu wydawało mi się, że to jest po prostu nierealne.

A gdybyś miała śpiewać z kimś spoza Polski, to kto to by był? Bo na przykład Darii Zawiałow się udało zagrać z panem z The Strokes.

Natalia Szroeder: Tak, jestem z niej dumna. Ale wracając do pytania, jeśli ktoś mnie odrobinę lepiej zna, to wie, jak bliski jest mi Coldplay. To jest zespół, który inspiruje mnie od lat, więc fajnie byłoby się spotkać z nimi na scenie. Oczywiście Beirut też mi chodzi po głowie. Chętnie zaśpiewałabym z Zachem. Zresztą Beirut i Coldplay mają wspólne mianowniki ze sobą.

Marzenia się spełniają, więc kto wie... Ukochane miejsce na ziemi?

Natalia Szroeder: Dom. Zdecydowanie. Nie patrzę na to w kategoriach krajobrazu, tylko miejsca, gdzie są moi ludzie. To są emocje, wspomnienia, doświadczenia, sentyment. To jest miejsce, do którego możesz uciec, kiedy świat wali ci się na głowę.

A czy masz taki jeden numer, do którego często wracasz, myślisz: to jest mój numer życia?

Natalia Szroeder: Tak, mam. Nawet mam tatuaż nawiązujący do niego. Chodzi o Coldplay "Gravity". To nie jest bardzo znana piosenka, nigdy nie miała oficjalnego klipu. Jest klip, który zrobił jakiś fan. To animacja, jest przepiękna. Bardzo polecam. Więc na jednym przedramieniu mam "Gravity", a na drugim mam "Don't Panic", też Coldplay. Ale mam tych tatuaży trochę więcej. (...) Dziękuję za zadanie tego pytania.

Mam jeszcze jedno, na które różnie ludzie reagują. Pytam, co chcieliby, aby im zagrano na pogrzebie...

Natalia Szroeder: "Gravity" też by pasowało do pogrzebu (śmiech).

Płyta jesienią? Ile będzie kawałków?

Natalia Szroeder: Tak, jesienią. Mam ze trzy teksty do napisania, więc cały czas jesteśmy w procesie. Każdą wolną chwilę poświęcam na to, aby pojechać do studia i rzeźbimy. Każda piosenka to wiele godzin, tygodni pracy. Piosenek będzie około 13, więc to nie będzie taki krótki album.

Czego Ci życzyć?

Natalia Szroeder: Zdrówka, cała reszta zależy od nas samych. Ze zdrowia płynie siła, a mając siłę, możemy zrobić, co tylko będziemy chcieli. Wierzę w to, że mam jakąś sprawczość i że jestem kowalem własnego losu.

Więc tego Ci życzę. Dziękuję za tę rozmowę.

Redakcja poleca

Źródło: CHILLIZET