Ola ma 34 lata i pracuje w dużej firmie. "Wszystko, co kreuję na zewnątrz, jest kłamstwem"

6 min. czytania
06.07.2026 16:21
Obserwuj nas w Google
---- ----

Niska samoocena często prowadzi do maskowania niepewności drogimi ubraniami, modnymi gadżetami. Nadmierne dbanie o wygląd swój i otoczenia może, ale nie musi, być sygnałem ostrzegawczym. Wiele zależy od tego, co jest naszą motywacją.  Robert Pinkert w książce "Jak polubić siebie. Przewodnik po samoakceptacji" wspomina historię jednej ze swoich pacjentek. Ola wydawała się pewną siebie, silną i kompetentną kobietą. To jednak były tylko pozory. 

Kobieta z długimi, kręconymi włosami, w niebieskim swetrze, zasłania twarz dłońmi, wygląda na zmartwioną.
fot. Shutterstock
--1-- ----
Z tego artykułu dowiesz się:
  • Jak presja doskonałości wpływa na samoocenę?
  • Co oznacza prawdziwa akceptacja siebie?
  • Dlaczego ważne jest zrozumienie swoich intencji dbania o siebie?
  • Jak zmiana perspektywy może pomóc w akceptacji siebie?

Tekst jest fragmentem książki "Jak polubić siebie. Przewodnik po samoakceptacji" autorstwa psychoterapeuty Roberta Pinkerta (Wydawnictwo RM). 

Jak zaakceptować fakt, że czasem się sobie nie podobamy?

Żyjemy w czasach nieustannego doskonalenia siebie. Przykładamy ogromną wagę do tego, jak wyglądamy na co dzień, w co się ubieramy i jakie stosujemy kosmetyki. Dbamy o to, aby nasze domy i mieszkania wpisywały się w najnowsze trendy kreowane przez media. Nawet jadąc na wakacje, staramy się uchwycić najlepsze momenty, które idealnie wpiszą się w instagramowy obraz „życia”. Nie twierdzę, że jest w tym coś złego – każdy możne odnajdywać szczęście w czymś innym. Chodzi raczej o to, że wiele osób wcale nie czuje się ze sobą dobrze. Wtedy wszelkie sposoby upiększania życia czy wyglądu mogą tylko zwiększać dysonans między światem wewnętrznym a zewnętrznym. Inaczej wygląda to u osób ze zdrowym poczuciem własnej wartości – kiedy dbają o siebie tylko dla siebie, bo czują się z tym dobrze. Wtedy nawet nie jest to kreacja, a bardziej naturalny styl bycia i funkcjonowania.

Problem pojawia się, gdy niską samoocenę próbujemy „przykrywać” zewnętrznymi upiększaczami.

Presja „idealnego Ja”

Pewnego razu otrzymałem powiadomienie mailowe od mojego byłego klienta, który zakończył jakiś czas temu terapię. Wiadomość była prosta: „Panie Robercie, bardzo proszę o znalezienie terminu dla mojej koleżanki z pracy. Potrzebuje wsparcia przy zbudowaniu samooceny”. Kilka tygodni później poznałem panią Olę, która na pierwsze spotkanie przyszła z dwójką dzieci – ledwo wyszła z pracy i odebrała je z przedszkola. Zapewniała mnie, że wystarczy im dać coś do rysownia i zajmą się same sobą. Uśmiechnąłem się, daliśmy dzieciom kartki i zakurzone długopisy z dolnej szuflady.

Ola ma trzydzieści cztery lata i pracuje w dużej firmie jako manager projektu IT. Na pierwszy rzut oka wydaje się pewna siebie, zorganizowana i lubiąca mieć kontrolę nad sytuacją. Sama o sobie mówi, że ludzie postrzegają ją jako kompetentną i silną kobietę, która za wszelką cenę dąży do realizacji swoich planów.

Zapytałem więc, jakie ma oczekiwania względem naszego pierwszego spotkania. Po chwili namysłu odpowiedziała, spoglądając na dzieci:

– To, jak widzą mnie ludzie, to nie jest prawda. Gdy zapada wieczór, a dzieci idą spać, zostaję sama ze sobą. Cały czas czuję się niewystarczająca. Mam wrażenie, że wszystko, co kreuję na zewnątrz, jest jednym wielkim kłamstwem. Wtedy właśnie załącza mi się w głowie grające radio, które powtarza ten sam nagrany materiał: „Nie jesteś dość szczupła”, „Nie masz cierpliwości do dzieci”, „W pracy mogłabyś być bardziej błyskotliwa”. Na zewnątrz tego nie pokazuję, ale w środku cały czas toczę walkę, aby na coś zasłużyć. Na odpoczynek albo chociaż chwilę spokoju, bez wyrzutów sumienia. Nie mówiąc już o akceptacji siebie.

Po tym spotkaniu przyszła do mnie taka refleksja: ile razy my sami stajemy się taką „panią Olą”? Ile razy patrzymy w lustro – to prawdziwe, odbijające nasz wizerunek, ale też to metaforyczne, społeczne – i widzimy tylko to, co nam się nie podoba? Wypukły brzuch, pogłębiające się zmarszczki, włosy, które nie chcą się układać. Ale też cechy charakteru: zbytnią wrażliwość, nieśmiałość, porywczość. Łatki, które przypięli nam inni albo które sami sobie przyczepiliśmy pod wpływem porównań, niespełnionych oczekiwań, a nawet – co najgorsze – negatywnych komentarzy, które usłyszeliśmy w dzieciństwie i które wbiły się w naszą pamięć jak drzazgi.

Te „nielubiane” fragmenty nas samych to często echo dawnych przekazów. Rodzice, którzy chcieli dla nas jak najlepiej, ale czasem w dobrej wierze mówili: „Jesteś za głośny”, „Powinnaś być bardziej grzeczna”, „Chłopcy nie płaczą”. Nauczyciele, rówieśnicy, a później media, które bombardują nas obrazami „idealnych” sylwetek, „sukcesu” mierzonego stanem konta czy liczbą followersów. Wszystko to tworzy w nas wyobrażenie, jacy „powinniśmy być”, a każde odstępstwo od tego szablonu staje się powodem do wstydu i odrzucenia.

Redakcja poleca

I tak jak Ola podejmujemy walkę – nie z problemem, ale z samym sobą. Za wszelką cenę próbujemy zamaskować te „nielubiane” części siebie. Kupujemy modne ubrania, aby nadrobić brak wiary w siebie. Chodzimy na siłownię, żeby ukryć wstyd przed własnym ciałem. Malujemy się, by zakryć poczucie niedoskonałości. I wszyscy to robimy – jedni mniej, drudzy bardziej. Często jednak nie zdajemy sobie sprawy, że to, co robimy na zewnątrz, rzadko leczy ranę w środku. Bo ból i poczucie niewystarczalności są niczym czarna dziura, która pochłania wszystko, co się do niej wrzuci.

Ola pragnęła akceptacji. Chciała być kochana i dostrzegana przez męża, rodzinę i współpracowników. Problem polegał na tym, że odrzucając jakąś część siebie, czuła, że nikt inny też jej nie zaakceptuje. Wynikiem tego był narastający lęk przed odrzuceniem i usilne próby ukrycia tego przed światem.

To, że czasem się sobie nie podobamy, jest normalne. Tak samo jak to, że czasem nie lubimy swoich zachowań, emocji czy decyzji. Trudności zaczynają się dopiero wtedy, gdy każdą z tych rzeczy traktujemy jak powód do samoodrzucenia. Gdy mówimy sobie: „Jeśli nie jestem idealny, to znaczy, że jestem do niczego”.

Ale przecież nie jesteśmy idealni. I nigdy nie będziemy. I nawet nie musimy być. Akceptacja nie oznacza, że wszystko w sobie uwielbiasz. Że stajesz rano, patrzysz w lustro i z zachwytem wołasz: „No, cud-miód!”.

Akceptacja oznacza raczej: „Znam siebie. Wiem, co czasem mi nie wychodzi. Wiem, czego się wstydzę. I mimo to nie będę siebie porzucać”. To właśnie oznacza dojrzałą relację z samym sobą – bycie przy sobie również wtedy, gdy coś się posypie. Kiedy się spóźnisz. Kiedy wybuchniesz. Kiedy odwołasz spotkanie, bo po prostu nie masz siły.

Okładka książki \
Fot. Wydawnictwo RM
Wydawnictwo RM

Pielęgnacja z miłości czy maskowanie z lęku? – pytanie o intencję

I tutaj dochodzimy do sedna. Wstępując w ten świat nieustannego doskonalenia, musimy zadać sobie kluczowe pytanie: „Co jest moją intencją?”. Czy dbanie o siebie – o swój wygląd, o swoje otoczenie – wynika z prawdziwej miłości i szacunku do siebie, czy raczej jest desperacką próbą ukrycia czegoś, czego się w sobie wstydzimy? Czy jest to gest pielęgnacji, czy maski?

Kiedy dbasz o ciało przy pomocy zdrowej diety i ruchu, bo czujesz, że daje ci to energię i siłę, bo czujesz się w nim dobrze – to jest akt zdrowego poczucia własnej wartości. Kiedy poświęcasz czas na pielęgnację skóry, bo to cię relaksuje i sprawia, że czujesz się zadbana – to jest akt szacunku do siebie. Kiedy ubierasz się w to, co daje ci komfort i pewność siebie, bo odzwierciedla twój styl – to jest autentyczność. Wtedy nawet jeśli spojrzysz w lustro i zobaczysz niedoskonałość – zmarszczkę, pieg, bliznę – nie wywołuje to w tobie paniki ani wstydu. Po prostu jest. I jest częścią ciebie.

Redakcja poleca

Problem pojawia się, gdy obsesyjnie kontrolujesz każdy element, gdy na myśl o pójściu na basen bez makijażu oblewa cię zimny pot. Kiedy wybierasz ubrania, które mają „ukryć”, a nie wyrazić. Kiedy gonisz za idealnym ciałem nie dla zdrowia i dobrego samopoczucia, ale dlatego, że boisz się osądu innych albo sama siebie osądzasz za to, że nie wyglądasz jak „tamta osoba z Instagrama”. Wtedy twoja intencja jest podyktowana lękiem przed odrzuceniem i brakiem akceptacji – zarówno tej z zewnątrz, jak i tej wewnętrznej. To rozróżnienie jest kluczowe. To nie jest pytanie o to, CZY dbamy o siebie, ale DLACZEGO to robimy.

Przypomnij sobie osobę, którą bardzo kochasz i szanujesz. Czy kochasz ją tylko za jej idealne cechy? A może kochasz ją również za drobne niedoskonałości, za to, co czyni ją wyjątkową i autentyczną? Za to, że czasem się potknie, popełni błąd albo ma specyficzny sposób bycia, który sprawia, że jest niepowtarzalna? Pewnie to właśnie te „skazy” dodają jej charakteru, prawda?

Zaczynamy kochać kogoś nie pomimo jego niedoskonałości, ale często właśnie dzięki nim. A gdybyś spróbował spojrzeć na siebie z taką samą życzliwością i wyrozumiałością? Gdybyś na chwilę odrzucił surowy głos wewnętrznego krytyka i zastąpił go głosem najlepszego przyjaciela? Co powiedziałby ten przyjaciel, widząc, że patrzysz na siebie z takim dystansem i brakiem akceptacji? Prawdopodobnie: „Hej, spójrz na siebie! Widzę w tobie o wiele więcej niż to, co teraz odrzucasz. Widzę twoją siłę i twoje serce”.

To właśnie od tego zaczyna się proces rozbrajania negatywnych przekonań – od momentu, w którym decydujemy się zmienić perspektywę. Od świadomej decyzji, by nie walczyć ze sobą, ale zacząć siebie… akceptować. Nie dlatego, że jesteśmy idealni, ale dlatego, że jesteśmy autentyczni. I właśnie w tej autentyczności tkwi nasze prawdziwe piękno.

Źródło: ChilliZET/Wydawnictwo RM

Redakcja poleca