Co robić, by nie urazić Koreańczyka? To musisz wiedzieć, zanim polecisz do Korei
Agnieszka Klessa-Shin poleciała do Seulu, do Korei Południowej, jako studentka koreanistyki. Znała język i miała wiedzę o tym kraju. Na miejscu okazało się, że wylądowała na obcej planecie. Innej, ale niezwykle fascynującej. Została tam, ułożyła sobie życie. Prowadzi teraz vlog na YouTubie "Pyra w Korei", który subskrybuje prawie 200 tys. osób. Jest też autorką książki "Polka w Korei. Jak się żyje w kraju K-popu, kimchi i Samsunga".
Dominika Biegańska: "Pyra w Korei" to Twój kanał na YouTubie, z bardzo dużymi zasięgami. Jak długo pracowałaś na to, żeby ten kanał tak wiele osób oglądało?
Agnieszka Klessa-Shin: Kanał "Pyra w Korei" powstał w 2016 roku, czyli 8 lat temu.
A jak długo mieszkasz w Korei?
Agnieszka Klessa-Shin: Prawie 11 lat.
Muszę więc zapytać o początek. Jak to się stało, że zamieszkałaś w tym kraju?
Agnieszka Klessa-Shin: To był naturalny krok. Studiowałam filologię koreańską w Poznaniu, na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza. Jestem poznańską pyrą, całe życie w Poznaniu, ale na szczęście dostałam takie rządowe stypendium w Korei w 2013 roku i poleciałam. Najpierw na przygotowawczy, roczny kurs koreańskiego, a później na studia magisterskie.
Pokochałam i zostałam, czy tak wyglądała Twoja historia?
Agnieszka Klessa-Shin: Tak, dosłownie: pokochałam i zostałam. Wyszłam za mąż za Koreańczyka (śmiech).
Gdy zapytałam Cię na początku, jak się mogę do Ciebie zwracać: Aga czy Agnieszka, od razu odpowiedziałaś: Agnieszka. Wytłumaczmy dlaczego, bo to akurat ciekawe.
Agnieszka Klessa-Shin: Tak, to jest taka moja reakcja automatyczna i ma to związek z Koreą. Gdy byłam w Polsce, nie zwracałam uwagi na to, że ktoś mówi do mnie Aga. Tak czasami zwracała się do mnie rodzina, czy znajomi. Dopiero w Korei zaczęłam przedstawiać się jako Agnieszka, albo Maria (to moje drugie imię). Dlaczego nie skrótem Aga, które byłoby prostsze dla Koreańczyków do wymówienia? Bo "Aga" po koreańsku oznacza "dziecko", albo "kochanie". Tak czasem zwraca się do mnie teściowa (śmiech). Jednak na studiach wolałam, aby profesorowie, czy moi koledzy, nie zwracali się do mnie "kochanie" (śmiech).
"Kraj spokojnego poranka", czy rzeczywiście w Korei panuje spokój, czy raczej taki azjatycki pośpiech, chaos?
Agnieszka Klessa-Shin: To jest takie mylne pojęcie. Tak nazwano Koreę po angielsku "The country of morning calm", ale to nie jest spokojny kraj. Tu życie jest bardzo intensywne, bardzo szybkie. Nie wiem, skąd wzięła się ta nazwa. Podejrzewam, że ktoś przyjechał z zagranicy, doświadczył jakiegoś "spokojnego poranka" i tak przyjęła się ta nazwa. Ale, tak jak wspominałam, ona nie pasuje do współczesnej Korei.
Agnieszka Klessa-Shin. Czy ludzie często Cię pytają o to, jak to Twoje nazwisko się zapisuje?
Agnieszka Klessa-Shin: Nie, raczej mają problem z wymową. Koreański nie jest łatwym językiem. Ludzie myślą, że pisownia jest wyzwaniem, bo mamy inny alfabet. Ale to nieprawda. Alfabet koreański ma tylko 40 znaków, które – jak mawiają niektórzy śmiałkowie – można opanować w godzinę (śmiech). To nie są język chiński, czy japoński, które mają tysiące znaków. Problem tkwi w koreańskiej gramatyce i w honoryfikacji, czyli w tym, jak się do kogoś zwracamy w Korei.
Tak, w Twojej książce "Polka w Korei. Jak się żyje w kraju K-popu, kimchi i Samsunga" jest taki rozdział, w którym opisujesz, jak nie urazić Koreańczyka. Pojawia się tam m.in. kwestia mówienia do kogoś na ty. Możesz to wyjaśnić?
Agnieszka Klessa-Shin: Jeżeli chcemy urazić Koreańczyka, to możemy zwrócić się do niego na "ty" (śmiech). Koreańczyk do Koreańczyka raczej się tak nie zwróci. Inaczej, jest niewiele osób, do których mógłby się tak zwrócić. Na "ty" (lub po imieniu) możemy się zwrócić do rówieśnika, znajomego, lub do osoby młodszej, ale do innych osób, z którymi nie jesteśmy w zbyt bliskich relacjach, już nie. Nie możemy się tak zwrócić ani do osób starszych, czy to wiekiem, czy to stażem. Nawet jeśli jest to siostra męża. Powiedzenie to tych osób po imieniu jest wielkim faux pas. Do tych osób zwracamy się po tytule, albo używając specjalnych koreańskich słów, które są do tych osób przydzielone.
Czy naprawdę trzeba ściągać buty przed wejściem do domu?
Agnieszka Klessa-Shin: Tak, trzeba to zrobić. W Korei prawie całe życie toczy się na podłodze, na przykład siedzi się na podłodze. Są tu takie tradycyjne niskie stoliki, na których rozkładamy owoce, gdy podejmujemy gości. Tak więc podłoga musi być czysta, czyli nie wchodzimy w butach do domu. To też byłoby faux pas. Mój mąż, gdy był w Polsce, nie mógł zrozumieć, gdy ktoś mówił do niego: "wejdź w butach, posprzątam później". On się przed tym wręcz wzbraniał.
Agnieszko, chciałam jeszcze na chwilę wrócić do tematu "jak nie urazić Koreańczyków". We wspomnianym rozdziale książki poruszyłaś także kwestię przepuszczania kobiet w drzwiach. O co z tym chodzi?
Agnieszka Klessa-Shin: Gdy przyjechałam do Polski, to przeżyłam szok kulturowy (śmiech). Tutaj panowie się zatrzymywali, otwierali mi drzwi, przepuszczali mnie w drzwiach, tymczasem w Korei tego nie ma. Nawet mój mąż nie przepuści mnie w drzwiach, tylko przejdzie pierwszy (śmiech).
Ale ty już się chyba do tego przyzwyczaiłaś, prawda? (śmiech) A co robimy, gdy podajemy coś drugiej osobie?
Agnieszka Klessa-Shin: Na przykład, gdy podajemy wizytówkę albo pieniądze, to trzeba to zrobić dwoma rękoma. Jeżeli pijemy z kimś alkohol, kto jest wyżej od nas rangą, doświadczeniem, wiekiem, to kieliszek podajemy, trzymając go w jednej ręce, ale drugą ręką podtrzymujemy pod łokciem naszą rękę z kieliszkiem. W ten sposób okazujemy szacunek. Warto też pamiętać, że jak pijemy, to się odwracamy od tej osoby (w lewo, albo w prawo) i dopiero pijemy. Nie można pić twarzą w twarz. Tego trzeba się po prostu nauczyć.
Spędziłaś w Korei Południowej wiele lat, co Twoim zdaniem, jest tam największą ciekawostką? Co może nas tam najbardziej zaskoczyć?
Agnieszka Klessa-Shin: Tego jest tak dużo, że nie wiem, co mam wybrać (śmiech). Wiele rzeczy może naprawdę zaskoczyć Polaków. Na przykład Koreańczycy na swoje największe święta często dają sobie w prezencie mielonkę w puszce. Dla nich jest to normalne, ale dla Polaków może być szokujące.
W Twojej książce jest w ogóle dużo ciekawych, zaskakujących historii. Na przykład koreańska matura.
Agnieszka Klessa-Shin: Tak, to prawda. W Polsce egzaminy maturalne trwają kilka dni, każdy przedmiot jest w innym czasie, a Koreańczycy wszystko mają w jednym dniu. Cały dzień siedzą i piszą maturę z różnych przedmiotów. To jest bardzo ważny dzień w ich życiu. Można powiedzieć, że najważniejszy dzień aż do tego momentu. Spóźnialskich na maturę przywożą policjanci radiowozem i nikogo to tam nie dziwi.
Mieszkasz już 11 lat w Korei. Czy planujesz kiedyś wrócić do Polski?
Agnieszka Klessa-Shin: Może na emeryturze, kiedy stwierdzimy: "ok, Koreę mamy opanowaną", to teraz jedziemy do Polski, by mój mąż mógł się nacieszyć naszym krajem. On uważa, że Polska jest krajem luzu i on bardzo chciałby tu zamieszkać, mieć domek z ogródkiem.
Wszystko przed Wami. Interesuje mnie jeszcze kwestia urlopu w Korei. Czy Koreańczyk może dostać dwa tygodnie urlopu?
Agnieszka Klessa-Shin: Myślę, że w niektórych, dużych firmach jest to możliwe, ale większość koreańskich firm jest mała albo średnia i tam z tak długim urlopem byłoby bardzo ciężko. W firmie, w której pracowałam, urlop letni trwał trzy dni. W Polsce zwykle trwa on dwa tygodnie, a i tak niektórych czasami się na siłę wypycha (śmiech).
A jeśli wydarzy się coś złego?
Agnieszka Klessa-Shin: Jeżeli ktoś w rodzinie umrze, na przykład rodzice, to bez problemu dostaje się pięć dni urlopu, ponieważ koreański pogrzeb trwa trzy dni.
Chciałabym jeszcze porozmawiać o kawie. Wydawałoby się, że tamta strona świata jest herbaciana, a tymczasem Koreańczycy kochają kawę.
Agnieszka Klessa-Shin: Koreańczycy wręcz żyją na kawie. Najbardziej uwielbiają Ice Americano, czyli czarną, mrożoną kawę. Piją ją, nawet gdy na zewnątrz jest minus 20 stopni C. Oni w puchowych, wielkich płaszczach biorą taką kawę na wynos, piją w biegu i są już gotowi do działania. Zresztą ta kultura pośpiechu jest dla nich charakterystyczna. Oni nawet jak się przeprowadzają, to robią to szybko i sprawnie w jeden dzień.
A za czym najbardziej tęsknisz, będąc w Korei?
Agnieszka Klessa-Shin: Za fasolką szparagową.
Dziękuję Ci za to spotkanie i rozmowę o Korei Południowej.
Źródło: CHILLIZET/ podcast "Dobre wibracje"