Magiczna księgarnia w Poznaniu. „Nie ma u nas wszystkiego, bo wszystko nie jest dobre”

8 min. czytania
Aktualizacja 18.08.2026
09.07.2025 09:04
Obserwuj nas w Google
---- ----

Literatura żyje nie tylko w dużych sklepach sieciowych. Wiele miast skrywa miejsca o magicznej atmosferze, które pozwalają na spotkanie z książkami w zupełnie innym wymiarze. Krystyna Adamczak prowadzi poznańską księgarnię „z Bajki” od lat 90. Poza literaturą oferuje czytelnikom wyprawy do innych światów, choć przyznaje, że nie jest łatwo. Księgarzy ubywa, względy ekonomiczne dają o sobie znać.

Księgarnia „z Bajki” w Poznaniu
fot. Ewelina Fordońska, Daria Olzacka
--1-- ----

Aktualizacja: Zaledwie pięć miesięcy po naszej rozmowie, w grudniu 2025 r. księgarnia „z Bajki” zakończyła działalność ze względu na zbyt wysokie koszty utrzymania. Właścicielka urządziła uroczystą stypę, na której zjawiło się wielu mieszkańców. Poznaniacy przynieśli zamiast kwiatów spisne na kartkach wspomnienia związane z przybytkiem.

Narnia w szafie i gula w gardle

- Jak poszły warsztaty? Udały się? - pytam, wiedząc, że przed naszym spotkaniem księgarnia „z Bajki” na poznańskich Winogradach gościła grupę małych czytelników. Właścicielka Krystyna Adamczak natychmiast się rozpromienia. - Dzieci słuchały dzisiaj bardzo mądrej, indiańskiej baśni – mówi. O konwencjonalnych warsztatach nie ma jednak mowy. Akompaniamentem opowieści była gra na bębnie, a słuchacze leżeli na ziemi z poduszkami pod głowami. - To bardzo ważna rola, która osadza mnie w tym miejscu. Chcę, by dzieci odczuwały ciekawość i zastanawiały się, jakie tajemnice i treści kryją się za drzwiami. Bo książka jest jak drzwi – podkreśla.

Zdarza się, że stwierdzenie nabiera dosłownego charakteru. Wnętrze przybytku przemienia się wtedy w znane z wybranych pozycji literackich krainy. - Kiedyś przez rok robiłam warsztaty narnijskie. Za tymi drzwiami była spora przestrzeń, więc przerobiłam ją na Narnię z książki – pokazuje właścicielka lokalu. - Dzieci trzeba zaczarować i oddziaływać na wszystkie zmysły. Przed wejściem do naszej Narnii wszyscy zdejmowali buty jako symbol zostawiania za sobą codzienności. Wypowiadali swoje imię do małej klamki. W środku wisiały stare futra i każde dziecko wchodziło między nie na minutę czy dwie. Dalej, w narnijskiej przestrzeni paliła się latarenka, pod stopami chrzęścił śnieg, mrozem była niebieska tkanina – opisuje pani Krystyna. Ona sama wcielała się w czarownicę Jadis, częstującą ptasim mleczkiem. Serię „Opowieści z Narnii” C.S. Lewisa opisuje jako „piękną i ważną, budującą osobowość i siłę dziecka”. - Nigdy nie wiemy, co zostanie w pamięci. Dwa lata później byłam na targach książki dziecięcej. Stałam przy stoisku wydawnictwa Media Rodzina, na którym wystawiono „Opowieści z Narnii”. Nagle zobaczyłam chłopca, mającego na oko 8 czy 9 lat, który ciągnąc mamę za rękę, wołał: „Mamo, mamo, kup mi tę książkę, bo ja już jadłem ptasie mleczko z tej książki”. Miałam w oczach łzy wzruszenia i gulę w gardle.

Do tej pory lokal doświadczył wielu rzeczy – warsztatów w innych kreatywnych formach (np. uroczystego pochodu czarodziejów z „Harry’ego Pottera”), aktywności propagujących głośne czytanie, literackich imienin dziecięcych z udziałem aktorów czy spotkań autorskich. W księgarni „z Bajki” na przestrzeni lat gościli m.in. Wanda Chotomska, Małgorzata Musierowicz, Grzegorz Kasdepke, Joanna Olech, Olga Tokarczuk, Krystyna Miłobędzka, Ewa Lipska, Anna Seniuk, Piotr Fronczewski i wiele innych osobowości świata literatury i sztuki.

Fot. Daria Olzacka
Daria Olzacka
Nie przegap

Miało być dziennikarstwo, jest księgarnia

Rozmawiamy przy stoliku usytuowanym obok jednego z regałów, a zatem w samym sercu księgarni. Klienci niespiesznie wybierają lektury, co jakiś czas korzystając też z pomocy księgarki. Wnętrze wypełnia drewno, stare meble i przede wszystkim mnóstwo książek. Krystyna Adamczak ma na sobie długą, żółto-zieloną sukienkę, która na tle czerwonych ścian wygląda jak jaskier w polu maków. W branży jest od ponad 30 lat, ale początkowo wcale tego nie planowała.

Pierwotnie właścicielka księgarni miała zostać dziennikarką. Po maturze przeszła specjalny kurs i rozpoczęła praktyki w „Expressie Poznańskim”. Niespełna 20-letniej pannie Adamczak szło na tyle dobrze, że wysłano ją do Warszawy, gdzie pisała teksty o kulturze do tygodnika „Razem”. - Świetnie się tam czułam.Na zakończenie praktyk dostałam propozycję stałej współpracy. W rozmowie wyszło, że nie mam dyplomu – wspomina pani Krystyna. Umówiła się z naczelnym, że wróci do Poznania, skończy studia, po czym dostanie stałą pracę w „Razem”. Wybrała polonistykę. - Na pierwszym roku urodziłam syna. Macierzyństwo pochłonęło mnie bez reszty. Zakochałam się w byciu mamą. Uznałam, że dziennikarstwo i macierzyństwo są bardzo wymagające – nie do pogodzenia – uśmiecha się założycielka księgarni „z Bajki”.

Na czwartym roku studiów trafiła do szkoły w ramach praktyki zawodowej. - Zaczęłam prowadzić lekcje, spodobało mi się to. Mój brat powiedział mi: „umrzecie z dzieckiem z głodu” – śmieje się. Nie traciła nadziei – liczyła, że tak jak nauczycielki w wioskach lub podmiejskich ośrodkach otrzyma mieszkanie. - Pomyślałam sobie, że jak dostanę mieszkanie służbowe, to jakoś z tej jednej pensji wyżyjemy we dwoje – opowiada. Umówiła się na rozmowę z dyrektorem szkoły w podpoznańskim Puszczykowie. Etat był, ale bez mieszkania. Znów należało zmienić plan. - Brat poradził: „ Rób coś swojego. Na czym się znasz?” - opisuje Krystyna Adamczak. Znała się trochę na książkach.

Zobacz także

Od witrynki do księgarni „z Bajki”

Zaczynała tak, jak wiele osób w pierwszych latach transformacji ustrojowej. Sprzedawała literaturę na straganach i targach. Książki w kartonach przywoziła swoim starym volkswagenem. Najpierw – jak sama przyznaje - była nieśmiała, więc handlowała w Puszczykowie; gdy później ruszyła jednak na podbój Poznania, klienci wykupowali wszystko. - Miałam poczucie spełnienia, bo opowiadałam o książkach i zarabiałam pieniądze. Byłam zadowolona z połączenia tych dwóch rzeczy. Ktoś mnie słuchał, wierzył mi, kupował książki, które rekomendowałam. Troszkę przyszło mi to znikąd, ale okazało się, że chcę to robić – wspomina. W domu kultury „Bajka” na osiedlu Wichrowe Wzgórze udało się jej wynająć małą, zaszkloną witrynę. - Najpierw otwierałam drzwi wychodzące na hol i kładłam przed sobą deskę, która stawała się ladą. Szybko poszerzyłam przestrzeń o jakieś 30 metrów, a potem miałam do dyspozycji już całą, 75-metrową galerię. Tak zaczęła się księgarnia „z Bajki” – nakreśla pani Krystyna.

Fot. Daria Olzacka
Daria Olzacka

Lokal na osiedlu Przyjaźni otworzyła dzięki motywacji pracowniczo-towarzyskiej. - Na stałe pracował u mnie pan Michał. Na sezon podręcznikowy potrzebna była pomoc, więc przyjęłam dodatkowo pana Piotra. W trójkę pracowaliśmy non stop, po kilkanaście godzin dziennie. Gdy sezon się skończył, pracy dla trzech osób już nie było, ale wszyscy ogromnie się lubiliśmy, a mnie było żal ograniczać Piotrowi etat. Jeden z panów wpadł na pomysł: „znajdźmy nowe miejsce”. Pan Michał chodził po osiedlu i wynalazł coś, co było wcześniej szklarnią. Wyglądało strasznie – śmieje się Krystyna Adamczak. Przywołuje widoczną kratkę ściekową na środku, lastryko na podłodze i nieprzyjemny półmrok.

Przekonał ją jednak placyk, przy którym stoi księgarnia „z Bajki”. - Zawsze było tu pełno ludzi. Poczułam, że to dobre miejsce. Uznałam: idę w to – opowiada. Remont robiła w kilka tygodni, „na wariackich papierach”, przeprowadzając modyfikacje architektoniczne przed wydaniem zgody urzędowej. - Zdążyłam wstawić okno, a zgoda przyszła trzy dni później! - mówi. Nieżyczliwi twierdzili wtedy: „Do Wielkanocy pani już tu nie będzie”. Tymczasem po wielu Wielkanocach księgarnia na stałe wpisała się w winogradzki krajobraz. W 2019 r. połączono księgozbiory obu lokali i zadecydowano o prowadzeniu działalności tylko przy osiedlu Przyjaźni.

Zobacz także

Young adult? Nie ma mowy

Zanim książka trafi na półkę, podlega zazwyczaj weryfikacji… czyli lekturze. Pani Krystyna podkreśla, że oferta dobierana jest starannie. - Nie ma u nas wszystkiego, bo wszystko nie jest dobre – wyjaśnia stanowczo. - Nie mam w sobie zgody na tzw. literaturę young adult. Podczas targów książki patrzę, co kupują 13-latki, jakie stosy zabierają do domu. Z daleka wygląda to optymistycznie, ale po zrobieniu próbki literackiej w postaci przeczytania kilku stron można się zatrwożyć. Język z przypisami, slang więzienny, błędy, obsceniczność – wylicza.

Zdaniem Krystyny Adamczak pisany i mówiony język ma własną energię. Można używać go do różnych celów: - Słowa do nas przenikają, a my jako ludzie nie jesteśmy gruboskórni. Zdarza się, że przychodzą tu mamy czy babcie, proszą o konkretne tytuły. A ja pytam, czy wiedzą, co w tych książkach się znajduje i czy naprawdę chcą je podarować swoim córkom. Takie pozycje odbierają siłę, godność i szlachetność. A przecież jest tyle pięknych książek! Tyle literatury, która pokazuje bohaterską postawę dziewczynek, biorących los w swoje ręce i robiących rzeczy, które innym wydają się niemożliwe!

Na poparcie tezy na blacie stołu lądują ściągane z półek tomy – „Lampka” Annet Schaap i „Piraci Oceanu Lodowego” Fridy Nilsson. - Naprawdę wbijają w fotel. Takie bohaterki ożywiają drzemiące w dziewczynkach aspekty odwagi, dzielności, przedsiębiorczości. Dzięki temu one same odwołują się potem do ich przeżyć w trudnych sytuacjach. Mają odwagę walczyć ze złem – opisuje specjalistka. Do Schaap i Nilsson szybko dołączają też inne książki. Jakie? Tematycznie trudne, bo dotyczące śmierci rodzica – „Dziewczynka z parku” Barbary Kosmowskiej i „Tyle miłości nie może umrzeć” Moni Nilsson. - Wyciskają łzy przy każdej lekturze. Tak mało rozmawiamy z dziećmi o śmierci, a ona przecież zawsze jest. Nie może ciążyć przez całe życie jak kamień. Trzeba ją w rodzinie wypowiedzieć, wypłakać, przyjąć, oswoić. Literatura ma ogromną wartość terapeutyczną – podkreśla założycielka księgarni.

Gdy proszę o wskazanie książki, która była dla niej szczególnie ważna, wybiera „W pustyni i w puszczy” Henryka Sienkiewicza. - Pamiętam, że było deszczowe lato. Całe dni padało, podwórko wyglądało jak wielka kałuża. Założyłam marynarkę taty, usiadłam przy oknie i zaczęłam czytać. Czułam, że wędruję przez Afrykę sama i jestem Stasiem. Po wielu latach uzmysłowiłam sobie, że weszłam w jego buty tak mocno, że w wielu trudnych sytuacjach reagowałam jak on. Nie lament, nie szloch, tylko działanie – twierdzi.

Fot. Katarzyna Skotnicka-Nowak
Katarzyna Skotnicka-Nowak

Z jednej strony misja, a z drugiej rachunki

Pod poczuciem misji, krzewieniem czytelnictwa wśród najmłodszych i codziennymi rozmowami z klientami kryją się wyzwania. - Na początku robiłam wszystkie warsztaty za darmo, ale w którymś momencie nasza kondycja finansowa już na to nie pozwalała. Wieczorami siedzę nad rachunkami, liczę, by na wszystko nam starczyło. Ciągle mam ochotę robić warsztaty i pracować, ale jest w tym pewne ziarno goryczy – przyznaje właścicielka księgarni „z Bajki”.

Podczas pandemii sytuacja była niełatwa. W marcu i kwietniu 2020 r. obroty znacząco spadły. - Napisałam wtedy do winogradzkiej spółdzielni mieszkaniowej z prośbą o obniżenie czynszu. Do września mogłam płacić połowę, potem obowiązywał już cały miesięczny czynsz razem z pozostałymi ratami za wcześniej – wyjaśnia pani Krystyna. Pomogli poznaniacy i lokalne media, które nagłośniły sprawę. Akcję nazwano „Ratujmy księgarnię »z Bajki«”. - Ludzie przyszli po książki z sercami pełnymi wdzięczności. Niektórzy pamiętali oferowane przez nas warsztaty z własnego dzieciństwa. Dziś przyprowadzają swoje dzieci – wspomina założycielka.

Kryzysowy czas udało się przetrwać, ale wciąż bywa trudno. Lokal nie może pozwolić sobie na kuszenie klientów promocjami 50%, jak duże sieciówki czy wydawnictwa. Według raportów z początku 2025 r. konieczne było dołożenie 4,5 tys. zł miesięcznie z własnych pieniędzy w celu uiszczenia niezbędnych opłat. Pani Krystyna mówi, że pisze do spółdzielni co roku, nierzadko dołączając do próśb kilkustronicowe uzasadnienia. Odpowiedzi są na razie odmowne. - Trzyma mnie tutaj poczucie, że to, co robię, ma wyższy sens, ale takie pragmatyczne rzeczy trochę podcinają mi skrzydła. Tym bardziej, że pracuję przede wszystkim dla społeczności winogradzkiej – podkreśla. - Czasy mocno się zmieniły, księgarzy jest coraz mniej. Cały czas oscylujemy między przyjemnością czytelnika, walorem edukacyjnym a finansami. W Polsce został nas już niecały tysiąc. Widać to lokalnie. Na Winogradach jestem sama... a przecież tak naprawdę każde osiedle zasługuje na księgarnię.

Krystyna Adamczak nieustająco zapraszana warsztaty, spotkania z autorami i zakupy w księgarni kameralnej. - Księgarnie oferują możliwość najważniejszego spotkania z samym sobą. Jakiś tytuł nas przyciąga? To nie jest przypadkowe. W intymności i ciszy możemy lepiej dostrzec siebie w lekturze. Zobaczyć się w niej jak w lustrze.

Redakcja poleca

Źródło: CHILLIZET